Kraj

Układanka z dzikiem [rozmowa]

Realnym rozwiązaniem dla rolników i sadowników jest łączenie się producentów i tworzenie silnych organizacji. Spółdzielnie w Danii, Francji, Holandii czy Niemczech od lat były silnym narzędziem wzmacniania lokalnych producentów. Niestety, w Polsce główną przeszkodą jest indywidualizm rolników – mówi profesor Jerzy Wilkin.

Michał Sutowski: Ministerstwo Rolnictwa decyduje o masowym odstrzale dzików – na taką skalę, że protestują nawet myśliwi, nie wspominając o ekologach. Komu na tym zależy i czemu to ma służyć? 

prof. Jerzy Wilkin: Dzik to element skomplikowanej układanki, w której kluczową grupą interesów są producenci trzody chlewnej. To ważna gałąź produkcji rolnej w Polsce, która ulega jednak redukcji – dużo wieprzowiny sprowadzamy ostatnio z zagranicy, przede wszystkim z Danii. Spadek krajowego pogłowia świń od dawna niepokoił polityków i wielu rolników, a teraz doszedł kolejny element, czyli epidemia afrykańskiego pomoru świń, tzw. ASF. Stwierdzono, że za część strat w pogłowiu odpowiadają właśnie dziki jako roznosiciele tej choroby. Kiedy znaleziono padłe dziki przy granicy białoruskiej, chore właśnie na ASF, podejrzewano wręcz spisek przeciwko polskiemu rolnictwu…

Taki odpowiednik stonki ziemniaczanej, tylko z Białorusi, a nie zrzucanej przez samoloty amerykańskie? I trzeba ją zwalczyć odstrzałem?

Teoria spiskowa jest oczywiście absurdalna, aczkolwiek pogłowie dzików w Polsce faktycznie rosło w ostatnich latach. Przychodzą do miast i regularnie widać je blisko zabudowań – propozycje zmniejszenia populacji przez odstrzał powiązano jednak przede wszystkim z ASF. Poprzedniego ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela oskarżano między innymi o to, że sobie nie radzi z ASF, bo epidemia się rozszerzała i przekroczyła Wisłę. Nowy minister Ardanowski potraktował to jako jedno z głównych wyzwań, czuje na sobie presję rolników – i dlatego zaproponował masowy odstrzał, a potem uruchomił bodźce dla myśliwych, przede wszystkim premie od zabitej sztuki. Przeprowadzono to metodą akcyjno-polityczną, bez konsultacji ze specjalistami, których w Polsce naprawdę nie brakuje, by wymienić tylko Państwowy Instytut Weterynaryjny w Puławach.

Profesor Jerzy Wilkin, ekonomista.

Eksperci i naukowcy mówią, że do ochrony przed epidemią potrzeba przede wszystkim bioasekuracji, czyli zabezpieczenia hodowli przed zakażeniem. A niedawna kontrola NIK-u wykazała, że tylko 6% gospodarstw realizuje zalecenia w tej kwestii.

W bardzo wielu gospodarstwach hoduje się wciąż po kilka sztuk zwierząt na własne potrzeby, a wtedy stosowanie rygorystycznych zasad jest mało realne. Przede wszystkim brakuje bodźców – w najgorszym razie rolnikowi padną te trzy świnie, do tego ich mięso i tak można potem sprzedać… Ale na dużych farmach, gdzie epidemia to jest kwestia być albo nie być, też specjalnie nie stosowano zabezpieczeń.

A co należy zrobić, żeby epidemię faktycznie powstrzymać?

Ministerstwo dało zielone światło myśliwym, co tylko wzmocniło protesty antyłowieckie i skonfrontowało z nimi ekologów i obrońców zwierząt, ale problemu na pewno to nie rozwiąże. Oczywiste jest, że chory dzik sam nie wejdzie do chlewni, że potrzebne jest pośrednie ogniwo, czyli człowiek, który nie odkazi gumowców czy nie wyłoży mat izolacyjnych przed wejściem. Przede wszystkim trzeba więc wzmocnić służby weterynaryjne, które są w Polsce koszmarnie niedofinansowane, no i doradztwo rolnicze, także bardzo zaniedbane.

A jeśli rolnika nie stać na odpowiednie zabezpieczenia? Małe hodowle muszą po prostu zniknąć?

To jest kwestia proporcji. W wielu krajach Europy mamy gigantyczne fermy z tysiącami zwierząt hodowanych w bardzo złych warunkach, które produkują szkodliwe odpady i sprawiają, że w otoczeniu kilku kilometrów nie da się funkcjonować ze względu na nieznośny fetor. Gigantomania, krótko mówiąc, generuje poważne efekty zewnętrzne. Z drugiej strony hodowle na małą skalę okazują się trudne do utrzymania, bo drobnej produkcji nie można zmechanizować. Uwadze opinii publicznej umyka też, że dopiero większe jednostki mogą zadbać o ekologiczną stronę produkcji.

Dlaczego podzieliły nas dziki?

czytaj także

Dlaczego podzieliły nas dziki?

Agnieszka Kosiorowska

Małe niekoniecznie jest ekologiczne?

Jest tylko tam, gdzie hodowla to działalność hobbystyczna, względnie uzupełnia agroturystykę – nie może być jednak podstawą żywotności ekonomicznej gospodarstwa, głównym źródłem jego utrzymania. Standardy ekologiczne i zabezpieczenia środowiskowe możemy wprowadzić dopiero tam, gdzie jest odpowiednia skala produkcji, bo ona warunkuje dochodowość. UE wspiera ekologiczną modernizację, np. zagospodarowanie odpadów, ale trzeba też włożyć własne środki – dla małych producentów to nieosiągalne.

Jak zapewnić świniom lepsze życie?

Czyli małe gospodarstwa rodzinne są skazane na wymarcie?

Polska od 2003 roku ma nadwyżkę eksportu produktów rolno-spożywczych – wcześniej to saldo było ujemne przez kilkanaście lat – ale to głównie zasługa nowoczesnego przetwórstwa i dystrybucji. „Wsad” rolniczy jest natomiast problemem. I tak np. krajowej wieprzowiny jest po prostu zbyt mało, żeby utrzymać ten przemysł w Polsce, musimy sprowadzać mięso z innych krajów. To znaczy, że musi się rozwijać produkcja wysokotowarowa, oczywiście do dyskusji jest rozsądna jej skala – tak czy inaczej, efektem będzie zmniejszanie liczby producentów, a epidemia ASF tylko przyspieszyła ten proces. Podobne mechanizmy działają w innych gałęziach produkcji.

To znaczy, że setki tysięcy gospodarstw rodzinnych muszą sobie poszukać innego zajęcia? Nie mogą produkować na małą skalę?

Tam, gdzie można postawić na wysoką jakość, różnorodność produktów, wyszukaną żywność delikatesową – to jest możliwe. W Polsce rośnie np. zapotrzebowanie na wędliny dobrej jakości, bo konsumenci mają dość szynki, w której jest 60 procent mięsa i 20 składników z „E” w nazwie. Ale taka produkcja wymaga sporego kapitału i transferu kompetencji. Polska radzi sobie z nią gorzej niż Niemcy czy Austria, gdzie producenci dysponują wszechstronną wiedzą: prawną, środowiskową czy technologiczną. A druga rzecz to łańcuchy marketingowe.

To znaczy?

Z towarem trzeba przecież dotrzeć do konsumenta, a jak ktoś ma małe gospodarstwo, to może co najwyżej wozić go na rynek w pobliskim miasteczku. Nie pójdzie przecież do Biedronki i nie zaproponuje, żeby na trzech półkach wyłożyli jego produkty. To nie tylko kwestia ceny, ale też np. regularności dostaw.

Obława na dziki – czy jest zgodna z prawem?

Ilu to jest ludzi? Ilu producentów? Ilu z nich przetrwa?

W Polsce mamy 1 300 000 gospodarstw pobierających dopłaty unijne, z czego 600 tysięcy praktycznie nie produkuje na rynek, więc dopłaty funkcjonują tam jako socjal. Połowa „rolników” to nie są zatem producenci rolni. Tacy, którzy mają szansę na przetrwanie i rozwój, bo mają nie tylko majątek produkcyjny, ale też zdolność inwestowania i dochód, powiedzmy, na poziomie średniej krajowej, to jest około 300 tysięcy gospodarstw. Czyli mniej więcej 1,5 miliona ludzi, licząc z członkami rodzin, z 15 milionów łącznie mieszkających na wsi. To znaczy, że mniej niż 10 procent ludzi na wsi utrzymuje się wyłącznie z rolnictwa. I oni niedługą przejdą test przetrwania, bo warunki dla producentów rolnych będą coraz trudniejsze.

A to dlaczego?

Będzie mniej środków na wsparcie rolnictwa, a do tego postępować będzie liberalizacja – rynek europejski będzie coraz bardziej otwarty na produkcję z Argentyny, Chin czy kontynentu afrykańskiego, gdzie już dziś UE jest największym odbiorcą towarów rolnych.

I trzeba się tej konkurencji bać?

Rolnictwo unijne jest bardzo wysokiej jakości, od dłuższego czasu panują w nim wysokie standardy zdrowotne i środowiskowe, nie ma też drugiego miejsca na świecie, gdzie panowałaby większa różnorodność produkcji serów, wędlin, a także zbóż. UE zatem dalej będzie ważnym graczem na rynku światowym, jeśli wzmocni produktywność.

Mówi pan o UE jako całości, ale jak się Polska w tym wszystkim odnajdzie?

Na pewno nie jesteśmy w awangardzie, jeśli chodzi o technologię i kapitał wiedzy – do idei smart village i science-based agriculture naprawdę bardzo nam daleko. Niemniej przez ostatnie 15 lat polska wieś radziła sobie zaskakująco dobrze, wbrew obawom, które i ja żywiłem przed wejściem do wspólnoty. Zadecydowała o tym na pewno udana mobilizacja różnych instytucji: wdrożyliśmy sprawnie ustawodawstwo unijne i od razu uruchomiliśmy płatności bezpośrednie, choć z 10 krajów przystępujących do UE w 2004 roku mieliśmy najbardziej rozdrobnioną strukturę własności.

I co, to wszystko dzięki państwu?

Drugi powód to napływ kapitału zagranicznego do dystrybucji i przetwórstwa, co bardzo ułatwiło wejście na rynki europejskie i pozaeuropejskie. Jak polscy rolnicy sprzedają coś do polskiego Lidla, to centrala bierze hurtem ich towary obok tych z Hiszpanii czy z Francji. Dzięki temu w Polsce całkiem dobrze rozwinęła się wysokogatunkowa produkcja nowych towarów, np. twardych serów, które kiedyś były domeną takich krajów jak Francja, Szwajcaria czy Belgia. Modernizacja polskiego mleczarstwa również pozytywnie zaskoczyła – kiedyś krowa była w każdym gospodarstwie, ale jak się ma dwie sztuki, to kupienie dojarki czy chłodziarki przekracza możliwości rolnika.

Bogactwo i kanibalizm miast, czyli nauki Jana Jakuba Rousseau

I to z kolei przez niemieckie hipermarkety?

Akurat koncentracja produkcji i jej modernizacja zaczęła się przy pomocy spółdzielni przetwórczych, jak Mlekovita czy Piątnica – one są przecież zainteresowane, by dostawać dobry i czysty produkt, wspierały więc inwestycje w mechanizację gospodarstw. Dzięki temu mleko trafiające od krowy do konsumenta przestało być właściwie dotykane przez człowieka. To w ten sposób najsłabszy niegdyś rejon rolniczy w Polsce, czyli Podlasie, stał się prawdziwym zagłębiem mleczarskim.

Mówi pan o modernizacji wsi i rolnictwa po 2004 roku, ale ile właściwie gospodarstw załapało się na impuls rozwojowy dzięki środkom z UE? To znaczy jak wielu rolników z tego rzeczywiście skorzystało?

Od 1/4 do 1/3 gospodarstw wykorzystało wejście do UE, żeby wzmocnić potencjał produkcyjny. Inni wyremontowali dom albo zainwestowali w edukację dzieci – to nie były zmarnowane pieniądze. W badaniach ankietowych na pytanie, na co chcieliby przeznaczyć płatności bezpośrednie, rolnicy w mniejszych gospodarstwach odpowiadali przede wszystkim, że na edukację dzieci.

Ile to jest właściwie pieniędzy?

Aktualnie około tysiąca złotych na hektar rocznie, wypłacanych regularnie, i to są środki nieopodatkowane, a dostęp do nich jest stosunkowo prosty. Zależy od tego, czy się posiada ziemię czy nie, a warunki dotyczą głównie utrzymania ziemi w tzw. dobrej kulturze rolnej, np. trzeba wykosić łąkę raz do roku, żeby mogła zostać w każdej chwili wykorzystana jako pastwisko, ziemia orna czy grunty pod nowy sad.

Polska rodzina na samozatrudnieniu – o zakazie handlu w niedzielę

To dużo czy mało?

Rolnicy podkreślali często, że dostają mniej pieniędzy niż Niemcy, Austriacy czy Holendrzy, ale dopłaty w Polsce i tak są powyżej średniej w Unii Europejskiej: Polacy dostają trochę więcej niż rolnicy w krajach postsocjalistycznych, a nawet więcej od Portugalczyków.

Skąd te różnice? To kwestia siły przetargowej państw?

Płatności bezpośrednie uruchamiane na początku lat 90. to były tzw. płatności kompensacyjne. W ramach układu GATT kończącego tzw. Rundę Urugwajską zliberalizowano rynki rolne i zmniejszono cła, więc spadły ceny produktów sprzedawanych przez rolników. Dopłaty miały rekompensować tę różnicę w zależności od poziomu produkcji z hektara – w Holandii ona była nawet trzy razy większa niż w Portugalii, stąd te rozpiętości, które z czasem zaczęto jednak zmniejszać.

Do 2004 roku dominował stereotyp wsi jako morza biedy, z wyspami wielkoobszarowych gospodarstw na terenach po byłych PGR. W raporcie Polska wieś 2018 pisze pan, że okres po akcesji to był najlepszy czas dla polskiej wsi w całej jej historii. Wiemy jednak, że nie wszyscy skorzystali po równo – czy to wywołało jakieś poważne napięcia między mniej i bardziej zamożnymi na wsi?

Wieś z niechęcią obserwowała tworzenie latyfundiów, czyli gospodarstw liczonych w tysiącach hektarów. Ten sektor nie rozrósł się jednak szczególnie, bo ziemię można było nabywać z Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, która nie akceptowała zakupów rzędu, powiedzmy, 15 tysięcy hektarów, a w 2003 roku wprowadzono 300 hektarów jako górny limit zakupu ziemi rolniczej dla prywatnego właściciela – resztę można ewentualnie dzierżawić. Notabene ten próg powinien być wyższy, na poziomie około 500 hektarów: w Polsce mamy blisko 7 tysięcy takich dużych gospodarstw, ale na tle łącznie 1,4 mln rolników to nie jest dużo.

Z miłości do świń

I nie ma konfliktów tych dużych z małymi?

Nie widzę jakichś poważnych klasowych napięć, bo ci drobni rolnicy wydzierżawiają ziemię większym, wiedząc, że inaczej będzie leżała odłogiem – nie dochodzi tu do żadnego rugowania ludzi z ich ojcowizny… Owszem, jest rywalizacja o ziemię, ale odbywa się na rynku, zresztą w dużej mierze zablokowano ją ustawą z 2016 roku: nie handluje się już ziemią skarbu państwa, a i obrót prywatny został mocno ograniczony.

Rolnicy przed 2004 rokiem byli grupą mocno pokrzywdzoną, a w każdym razie tak się czuli. Ich obraz w mediach był dość koszmarny…

Poprawił się na pewno prestiż zawodowy rolnika indywidualnego – w historii nie zdarzyła się wcześniej sytuacja, żeby rolnicy w większości przestali mówić o sobie masowo jako grupie pokrzywdzonej. Wiedzą, że mają pewne atrakcyjne przywileje, np. nie płacą podatku dochodowego, są też objęci normalnym ubezpieczeniem społecznym i emerytalnym, nawet jeśli część ich świadczeń jest niższa. Nastąpiła zatem emancypacja bardzo dużej grupy społecznej, aczkolwiek będzie ona musiała sobie wkrótce uświadomić kilka twardych prawd…

Gzyra: W byciu weganinem nie ma nic heroicznego

To znaczy?

Trzeba będzie wspólną politykę rolną istotnie zmienić, będzie mniej pieniędzy na wsparcie rolnictwa, musi nastąpić większa reorientacja zawodowa. Dziś 18 procent mieszkańców wsi utrzymuje się częściowo z działalności rolniczej.

Ilu się utrzyma?

W UE panuje zasada 7-letnich okresów budżetowania i koncepcji rozwojowych. Moim zdaniem liczba rolników w Polsce powinna się zmniejszyć o 1/3 w ciągu kolejnej perspektywy budżetowej. Teraz jest korzystna sytuacja, żeby to zrobić, bo mamy dobry rynek pracy z niskim bezrobociem, także na wsi. Za sprawą koniunktury gospodarczej i niżu demograficznego pojawiło się coś, czego nie było w Polsce od stuleci: szansa dla mieszkańców wsi na znalezienie przyzwoitego źródła dochodów w pracy pozarolniczej. Kiedyś to była wielka bariera, bo jeszcze w latach 90. szacowano liczbę ludzi zbędnych na wsi na 900 tysięcy, a w okresie międzywojennym to były 2–3 miliony ludzi. Po 2004 roku bardzo pomogło otwarcie granic, a teraz pojawiły się jeszcze dodatkowe szanse na rynku lokalnym.

Szanse na co? Wyjście ze wsi?

Pojawiły się warunki dla rolników dziś pozbawionych perspektyw i ubogich na godne wyjście z tej sytuacji. W przeszłości bywało, że ten najsłabszy mieszkaniec wsi był z niej na siłę wypychany.

Rozumiem, że w przeszłości szansą była albo emigracja za granicę, jak w pewnych okresach przed wojną, albo forsowna industrializacja, jak w okresie stalinowskim, tworząca wiele miejsc pracy?

Do tego jeszcze była instytucja chłoporobotników, ale w latach 90. nastąpił powrót około 200 tysięcy „zredukowanych” z upadającego przemysłu mieszkańców hoteli robotniczych na wieś, która musiała wchłonąć tę nadwyżkę. Dziś ta nadwyżka może wreszcie znaleźć dochodowe zatrudnienie.

Na swojej wsi czy w mieście? Muszą wyjeżdżać? A może dojeżdżać?

Goły polski wieśniak ze źrenicami jak spodki [tak nas widzi Europa Zachodnia]

Mobilność na wsi wiąże się przede wszystkim z indywidualną motoryzacją. To nie jest idealne rozwiązanie, publiczny transport miałby więcej zalet, ale faktem jest, że niemal w każdym gospodarstwie stoją dziś po dwa samochody, często w cenie roweru dobrej marki, którymi ich mieszkańcy poruszają się do pracy.

Rozumiem, że tym bardziej w czasach, gdy praca poza rolnictwem jest osiągalna, rolników powinno być mniej?

Wciąż nierozwiązanym problem jest dualna struktura agrarna – z jednej strony mamy wielkotowarowe gospodarstwa, z drugiej – drobnicę. Tak było też za czasów PGR, a nawet folwarków. Ziemia jest przez to nieproduktywnie wykorzystywana i następuje proces land abandonment w nowej formie, tzn. ludzie trzymają się posiadanej ziemi, ale nie wykorzystują jej rolniczo. Podczas podchodzenia do lądowania np. w Warszawie czy Krakowie świetnie widać, jak wiele pól jest nieuprawianych – ich odsetek robi się największy w najmniejszych gospodarstwach. W Małopolsce, gdzie gospodarstwa mają po trzy–cztery hektary, kłócono się kiedyś o trzy palce miedzy, a teraz 40–50% ziemi jest nieużywane. Nie możemy sobie z tym poradzić z powodów politycznych.

Komisja Europejska złożyła do Trybunału wniosek o natychmiastowe zatrzymanie cięć w Puszczy Białowieskiej

A to dlaczego?

Komasacja prywatnych gruntów nie udaje się prawie nigdzie, bo łatwiej jest sprzedać małe kawałki niż duże, a ludzie trzymają się ziemi, bo liczą na zwyżkę cen. Ustawodawstwo nie zapobiega też rozdrabnianiu gruntów – w krajach zachodnich gospodarstwo musi być funkcjonalną jednostką gospodarczą. Nie wolno go szatkować na drobne, a u nas zapisuje się po hektar, dwa każdemu dziecku. Dodatkowym tego efektem jest koszmarnie rozproszone budownictwo, bo uprawiać się takiej ziemi nie da, ale chałupę można postawić.

Z danych wynika też, że na wsi mieszka dużo… mieszczuchów. Co to właściwie zmienia?

Od 2000 roku faktycznie mamy dodatnie saldo przepływów między miastem a wsią, co częściowo wiąże się z rozrostem miast, ale nie tylko, bo ludzie po prostu przenoszą się na wieś. To zmienia jej strukturę: są wsie, gdzie nie ma ani jednego towarowego gospodarstwa, a gdzie indziej np. połowa ziemi jest uprawiana, a połowa czeka na atrakcyjną sprzedaż i zagospodarowanie. Pod miastami to coraz częstsze zjawisko.

A kto się przenosi? Mówił pan, że w latach 90. to byli powracający na wieś robotnicy pochodzenia chłopskiego.

Na przykład ja. Kolega śmiał się ze mnie, że moi rodzice pracowali ciężko, żebym mógł wyjechać do miasta, a ja potem ciężko pracowałem, żeby móc się wynieść z powrotem na wieś… Krótko mówiąc: na wieś nie przepływa najuboższa ludność. Tych ludzi stać na zakup ziemi, wyremontowanie lub wybudowanie domu i mają przewidywalny dochód, który pozwala im na taki styl życia. W ten sposób rośnie średni poziom zamożności wsi.

Czy będzie Wiosna w puszczy? [rozmowa z Wajrakiem]

W polityce wieś uważano długo za osobny świat. Czy te ruchy ludności coś zmienią w tej materii? Czy po prostu pół wsi będzie mentalnie i politycznie „wiejskie”, a pół „miejskie”, i to będą odrębne światy pod tym samym adresem?

Faktycznie, lobby rolnicze i w Polsce, i w innych krajach jest dość silne. Ale jakie jest lobby wiejskie? To się dopiero zaczyna strukturyzować i wyobrażam sobie, że pojawi się wkrótce nowy typ społeczności wiejskich, które będą mało rolnicze, ale będą jednocześnie doceniały odrębność wiejskości. Ona zostanie zachowana, ale będzie inaczej zdefiniowana, natomiast rolnicza tożsamość będzie się kurczyła.

I to się przełoży np. na sposób głosowania?

Teraz wieś głosuje przede wszystkim na PiS, ale np. we wsiach podwarszawskich jest to bardziej zróżnicowane, a na ziemiach zachodnich dominuje PSL. Gdyby przyspieszyć racjonalizację struktury agrarnej, a więc powiększanie gospodarstw, likwidowanie tych najmniejszych i przechodzenie ludzi ze wsi do pracy poza rolnictwem, to i procesy społeczne byłyby szybsze.

Jak wieś ocenia ostatnie trzy lata rządów PiS? Chyba dobrze, skoro głosuje na rządzących?

Jeśli mówimy o wsi, a nie samym rolnictwie, to z pewnością najlepiej odebrano program Rodzina 500+. Rodziny wiejskie mają trochę więcej dzieci, w dodatku stopień ubóstwa – mimo że obniżał się po 2004 roku – wciąż był większy niż w mieście, więc wielu załapało się nawet na niski próg dochodowy i otrzymują pieniądze również na pierwsze dziecko. Program socjalny pozwolił się z tej sytuacji wydobyć, przede wszystkim dzieciom, a do tego koszty życia na wsi są trochę niższe, więc zmiana jakościowa była dla wielu rodzin kolosalna.

To jest ważniejsze niż np. dopłaty unijne? Skoro bierze je ponad 1 300 000 rolników?

Płatności bezpośrednie są powiązane z posiadanym obszarem gruntów, przez co około 20% rolników pobiera 80% dopłat, a do tego odsetek żyjących z rolnictwa spada – dlatego to 500+ miało decydujący wpływ na nastroje wyborcze. Poparcie dla PiS na wsi wynika z dobrodziejstw tego programu, dla części populacji wiejskiej ważne było też ustalenie niższego progu wieku emerytalnego, bo przecież większość mieszkańców korzysta dziś z powszechnego systemu, a nie z KRUS. Do tego, dodajmy, część mieszkańców wsi była za zablokowaniem sprzedaży ziemi obcokrajowcom z powodów emocjonalno-symbolicznych, a nie ekonomicznych, które dotyczą mniejszości.

Nowy autorytaryzm. Rok po badaniach Gduli w Miastku

Czyli interesy wsi jako całości mogą być wręcz sprzeczne z interesami rolników?

Przypomnijmy, z czego żyje wieś: rolnictwo utrzymuje w całości poniżej 10% jej mieszkańców, 40% żyje z pracy najemnej, a 32–33% – z różnych świadczeń, jak emerytury, renty i czasem zasiłki. Ostatnie lata to niska stopa bezrobocia, które zawsze mocniej dotykało wieś niż miasto, z wielu względów, a zatem i z tego wieś skorzystała najbardziej. Dodajmy, że obecna ekipa rządząca w ogóle nie podejmuje tematów kontrowersyjnych, w rodzaju KRUS czy opodatkowania rolników PIT-em.

Żeby nie rozdrażnić beneficjentów?

Tak. Władza próbuje wprawdzie ograniczyć szarą strefę, by domknąć lukę podatkową, ale wszystkie badania pokazują, że ona wciąż jest dużo większa na wsi niż w mieście. Sprzyja temu utrzymywanie obniżonej akcyzy na paliwo opałowe i sprzęt rolniczy, co jest dość sztucznym rozwiązaniem, ale to narzędzie polityki, do którego rolnicy się przyzwyczaili. Cofnięcie takiego przywileju wzbudziłoby ogromne protesty.

A coś w polityce rządu w rolników uderza, szkodzi im jakoś?

Na pewno nieracjonalne są przepisy na temat obrotu ziemią, wprowadzone ze względów dogmatyczno-doktrynalnych, z powodu mitu o wykupie polskiej ziemi przez obcokrajowców. Tymczasem w Polsce to bardzo rzadko się zdarza, a w wielu rejonach ziemia nie jest uprawiana, więc dobrze by było, gdyby znalazł się dla niej gospodarz francuski czy holenderski. Ustawa nie sprzyja oczywiście poprawie struktury agrarnej, bo zamroziła sprzedaż zasobu ziemi skarbu państwa, a to jest 1,5 miliona hektarów, które powinny zasilać lepsze gospodarstwa. Druga rzecz, bardzo drażliwa politycznie, z którą ten albo kolejny rząd zderzy się po 2020 roku, to inny podział płatności bezpośrednich.

PiS to nie socjal, tylko antydemokratyczność [Ost do Wosia]

Czyli jaki?

Jestem za tym, żeby utrzymać pułap płatności, który zapobiega nadmiernym rozpiętościom między małymi a wielkimi gospodarstwami. Jednocześnie jednak płatności nie powinny być wsparciem socjalnym – ich rolą jest wspieranie producentów i podtrzymywanie żywotnego ekonomicznie rolnictwa. Jest jeszcze drugi filar polityki rolnej, służący rozwojowi wsi, żeby były ekonomicznie żywotne, żeby budowano do nich drogi, był dostęp do internetu, działał wodociąg i kanalizacja. Ale dopłaty są dla producentów! Jeśli z 1,4 miliona aż 600 tysięcy w ogóle nie produkuje na rynek – to dopłaty w obecnej formie petryfikują złą strukturę wsi, a część właścicieli zostaje dzięki tym dopłatom rentierami.

I czemu to będzie taki problem dla rządu?

Bo na płatności idzie większość środków, to jest gra o bardzo wielkie pieniądze. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś postuluje zmniejszenie liczby beneficjentów i wyłączenie tych, którzy niczego nie produkują, a ziemię posiadają jako zasób kapitałowy – opór będzie niesłychany.

Czy ruch Michała Kołodziejczaka, AGROunia, reprezentuje jakąś istotną grupę interesu? Ma szanse się przerodzić w drugą Samoobronę, która odcisnęłaby piętno na całym systemie politycznym?

Czy to będzie efemeryda, czy trwały ruch, to dopiero czas pokaże; na razie reprezentuje dość partykularne środowisko producentów. Przesłanki ich powstania są całkiem racjonalne – ja sam mieszkam w regionie sadowniczym, gdzie producentom za jabłka przemysłowe oferuje się 12–17 groszy za kilogram, za czarną porzeczkę 70 groszy, oczywiście grubo poniżej progu opłacalności zbiorów. To konsekwencja rażącej asymetrii strukturalnej między wielką liczbą producentów i małą liczbą skupujących, przetwarzających i sprzedających.

I na czym to konkretnie polega?

Łańcuch żywnościowy rozpoczyna się od produkcji środków produkcji, potem jest właściwe rolnictwo, skup, przetwórstwo i handel. W tym łańcuchu rolnicy są ogniwem najsłabszym, bo rozproszonym. Weźmy najpierw zaopatrzenie: na rynku produkcji nawozów, nasion kwalifikowanych czy środków ochrony roślin jest mniej niż dziesięciu znaczących aktorów na całym rynku światowym.

Potem mamy setki tysięcy gospodarstw polskich…

Tak, a dalej, tzn. w skupie, koncentracja na danym obszarze bywa niemal zupełna, de facto jedna firma dyktuje warunki.

Cibor: Dlaczego spółdzielnie nas kręcą?

czytaj także

To jest przetwórnia czy raczej wielki hipermarket?

Zależy od towaru. Żeby zrobić sok zagęszczany z jabłek do produkcji napojów rozsyłanych potem po całym świecie, od Belgii po Chiny czy USA, dostarcza się surowiec do przetwórni – między Grójcem i Rawą Mazowiecką stoją wielkie magazyny-chłodnie zbudowane w ciągu ostatnich 15 lat. Naprawdę wielkie, bo mają np. 15 ramp dla tirów, żeby równocześnie ładować towar. One dyktują ceny dla dostarczycieli, w efekcie za kilogram surowca wartego 5–7 złotych oferuje się po 50 groszy.

I taki np. sadownik nie ma innego wyjścia?

Świeże owoce czy warzywa mogą być sprzedawane w Carrefourze czy Auchan, ale oni też podpiszą kontrakt z wielkim producentem. Mogliby także ze spółdzielnią producentów danego owocu z określonego obszaru, gdyby ona zrzeszała 200 albo i nawet 500 sadowników. Wtedy byłaby mocnym partnerem dla hurtowni, sklepów wielkopowierzchniowych czy eksporterów. Niestety, główną przeszkodą jest indywidualizm polskich rolników: potrafią prowadzić efektywne gospodarstwo, ale jak zderzają się z tym rażąco asymetrycznym rynkiem, to są bezradni.

Protesty Kołodziejczaka mogą coś zmienić?

Kłopot w tym, że protest ten jest nakierowany głównie na interwencję państwa, ale ono niewiele może zrobić. Interwencja publiczna jest bowiem ściśle ograniczona w ramach wspólnej polityki rolnej. Są dostępne narzędzia wspierania grup producenckich, są też zabezpieczone środki na interwencję na wypadek kataklizmów. Ale to wszystko musi się mieścić w regułach UE, nie można tak po prostu wyjechać traktorami na ulicę i powiedzieć, że żądamy podniesienia cen skupu z 50 groszy na 2 złote. To przecież nie są państwowe magazyny, tylko podmioty prywatne.

A nie można walczyć narzędziami antymonopolowymi? Skoro niskie ceny to efekt dominacji jednego odbiorcy na danym terenie?

Nie pamiętam skutecznej interwencji tego rodzaju. Oczywiście, zdarza się, że w całej okolicy działa tylko jedna mleczarnia, taką sytuację nazywamy monopsonem, tzn. dominacją jednego odbiorcy, względnie pracodawcy. Nie można wieźć mleka 500 kilometrów dalej, bo to się nie opłaca albo towar się zepsuje… Ale w skali kraju mamy 50 całkiem dobrych mleczarni, to nie jest nawet oligopol. Działania antymonopolowe nie udają się nawet przy dużo większym stopniu dominacji, przykładem jest proces koncentracji na rynku chemicznych środków ochrony roślin i nasion kwalifikowanych, gdzie działają np. Monsanto, Bayer czy Syngenta. Połączenie dwóch gigantów, czyli Bayera i Monsanto, prowadzi do sytuacji, w której trzy gigantyczne koncerny będą kontrolowały cały rynek globalny – i ta fuzja została zaakceptowana przez władze amerykańskie i unijne mimo silnych przepisów antymonopolowych.

To co można na to poradzić? Przecież taka asymetria jest rażąco niesprawiedliwa.

Realnym rozwiązaniem dla rolników i sadowników jest łączenie się producentów i tworzenie silnych organizacji. Spółdzielnie w Danii, Francji, Holandii czy Niemczech od lat były silnym narzędziem wzmacniania lokalnych producentów. Niestety, okres PRL zniszczył nieźle przed wojną rozwiniętą polską spółdzielczość, a do tego rolnicy tęsknili do swobody działalności, do prawa decydowania o sobie.

A teraz się okazuje, że nie mogą decydować, bo są za słabi?

To prawda, ale rolnik nie miał przez 40 lat możliwości działania tego rodzaju, wzajemne zaufanie jest na niskim poziomie, a do tego spółdzielnie mają złą prasę. Są jednak sposoby radzenia sobie: kilku producentów buduje np. własne chłodnie, dzięki czemu ich porzeczki, truskawki czy jabłka w lutym czy kwietniu pójdą za inną cenę niż w okresie zbiorów. Obecna sytuacja, kiedy oni naprawdę się naharowali, a potem muszą swoje owoce wysypywać do rowu, woła o pomstę do nieba. Tylko kto ma być adresatem tych żądań?

Szarfenberg: 500+ promuje tradycyjną rodzinę, dochód podstawowy jej zagraża

Państwo?

U nas uważa się, że powinno to załatwić państwo albo Unia, która przejmuje wiele jego funkcji. A przecież wiele rozwiązań jest dostępnych w sferze prywatnej, choć w wariancie wspólnotowym. Do tego pamiętajmy, że UE ciągle realizuje wspólną politykę rolną, ma na nią dużo środków, ale jest też skłonna do reform i korekt swej polityki. Tylko trzeba mieć sposób formułowania stanowiska i siłę lobbingową do jego egzekwowania – tymczasem głos polskich rolników jest słabo słyszalny.

Zbiorowa organizacja mogłaby pomóc?

Tak, i to na wszystkich planach. Wspólna chłodnia czy zakład przetwórczy pozwalają uzyskać lepsze ceny i wzmacniają pozycję przetargową wobec odbiorcy. Razem można ich szukać za granicą, w krajach arabskich czy nawet USA. No i wreszcie kwestia public choice, czyli wpływu na decyzje publiczne w kraju, nową wspólną politykę rolną czy reguły ochrony producentów.

Czy skoro czas po wejściu do UE był dla wsi „najlepszy w historii”, to przekłada się to na poparcie jej mieszkańców dla integracji?

Jest duże poparcie dla UE jako źródła materialnych korzyści, ale gdyby się odwołać do konkretnych wartości, to bywa różnie. Rolnicy są jednak bardziej konserwatywną częścią społeczeństwa, ani zasady demokracji liberalnej nie są dla nich bardzo ważne, ani tym bardziej solidarność europejska. A jeśli na przykład za dwa lata trzeba będzie wspierać jako płatnik netto Rumunów i Chorwatów, a może także południe Włoch kosztem naszych interesów – wieś będzie stawiać duży opór. Do tego cała sfera religijno-tożsamościowa odpowiada za poczucie zagrożenia ze strony Unii w kwestii trwania tradycyjnej rodziny, roli religii itp. No i wreszcie od trzech lat mamy falę zmasowanej krytyki, eksponującej ciemne strony integracji i zagrożenia zamiast korzyści, na antenie mediów publicznych, które dominują na wsi.

**

Jerzy Wilkin jest kierownikiem Zakładu Integracji Europejskiej w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, profesorem zwyczajnym nauk ekonomicznych na Uniwersytecie Warszawskim.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Krytyki Politycznej. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij