Kraj

Trzeba dalej patrzeć Gowinowi na ręce

jaroslaw-gowin

„Prezesowi się podobały” vs. „Pan prezes wyraził zastrzeżenia” – czy projekt reformy szkolnictwa wyższego ma poparcie parlamentarnej większości?

Zgodnie z zapowiedziami 19 września upubliczniony został projekt tzw. Ustawy 2.0, czyli przygotowywanej od wielu miesięcy reformy szkolnictwa wyższego. Czy czeka nas terapia wstrząsowa – plan Balcerowicza dla szkolnictwa wyższego – czy może akademicy mogą jednak spać spokojnie?

Neoliberalny zamach na naukę

czytaj także

Neoliberalny zamach na naukę

Tomasz Steifer, Maciej Kassner, Mikołaj Ratajczak

Politycy obozu rządzącego upodobali sobie ekspresowy tryb tworzenia prawa. Projekty ustaw pojawiają się nagle, procedowane są po nocach, w atmosferze dalekiej od standardów transparentnego państwa demokratycznego. Reforma Gowina miała tu stanowić wyjątek. Ministerstwo nie szczędziło czasu i pieniędzy, aby stworzyć wrażenie, że ustawa będzie produktem szeroko zakrojonych konsultacji i dialogu ze środowiskiem akademickim. Dzięki temu wiele ekstrawaganckich pomysłów przedostało się do debaty publicznej, gdzie zostało odpowiednio przemaglowanych. I wydaje się, że przynajmniej część z nich pozostanie jedynie w sferze marzeń (lub koszmarów).

Jednym z budzących największe kontrowersje był pomysł powołania tzw. rad powierniczych (w projekcie nazywanych radami uczelni). Rady te miały według zapowiedzi zrzeszać głównie „interesariuszy zewnętrznych”, którzy dbaliby o to, aby uczelnie publiczne dobrze współpracowały ze swoim „otoczeniem społeczno-gospodarczym”. Zjednoczona prawica od dwóch lat żarłocznie zawłaszcza państwo, pozwalając sobie przy tym na nepotyzm, który nawet polityków Platformy Obywatelskiej mógłby wprawić w osłupienie. Nic dziwnego, że pomysł z interesariuszami zewnętrznymi odebrany został jako próba zrobienia z uczelni jeszcze jednego sposobu na pasienie partyjnego aktywu.

Zaprezentowany projekt zakłada, że na uczelniach publicznych istnieć będą rady złożone z 7 lub 9 osób. Wszystkie oprócz jednej będą wybierane przez senat uczelni – to bardzo dobra zmiana w stosunku do wcześniejszych pomysłów. Większość rady mają stanowić osoby spoza wspólnoty uczelnianej. Oczywiście, takie rozwiązanie nie gwarantuje, że w radach zasiadać będą nobliwi uczeni czy uznane specjalistki od edukacji. W wielu przypadkach będzie to pewnie miejscowy biskup, znany aktor czy arystokrata-reprywatyzator. Zabronione ma być natomiast pełnienie tej funkcji przez pracowników administracji rządowej. Być może dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie podobnego ograniczenia dla członków i członkiń partii politycznych?

Jedyną osobą nie wybieraną przez senat ma być przedstawiciel studentów w osobie przewodniczącego samorządu. Rozwiązanie to zdążyło zresztą zaniepokoić już prof. Marcina Pałysa, rektora Uniwersytetu Warszawskiego, który określił je jako „kontrowersyjne”. Projekt potwierdza też istniejącą już w starych przepisach „kontrowersję”, która nakazuje, że 20 procent senatu stanowią studenci wespół z doktorantami.

Swoją drogą, nowa ustawa likwidować ma w ogóle studia doktoranckie. W ich miejsce powstaną szkoły doktorskie, powoływane przez uczelnie samodzielnie lub we współpracy z instytutami badawczymi i PAN-owskimi. Być może pomysł skończenia z fikcją ECTS-ów na poziomie doktoratu nie jest zły, ale nie warto łudzić się, że taka zmiana sama w sobie poprawi poziom prac doktorskich. Cieszy pojawienie się w projekcie zapisu o gwarantowanym stypendium doktoranckim, ale stawka 110 procent pensji minimalnej nieco studzi emocje. Pensje radnych też zresztą mają być powiązane z wynagrodzeniem minimalnym (górne ograniczenie do 400 procent).

Prerogatywą rady uczelni będzie m.in. wskazywanie kandydatów na rektora (co najmniej dwóch), spośród których wyboru dokonywać będzie kolegium elektorów. W rękach rektora skupiona będzie dużo większa władza niż dotychczas – projekt zakłada domniemanie kompetencji w przypadkach nieobjętych ustawą lub statutem uczelni. W szczególności rektor będzie powoływał głowy wydziałów – o ile społeczność danej uczelni nie postanowi w ogóle zrezygnować ze struktury opartej o wydziały. Jest to niewątpliwie pole do ogromnych nadużyć. Z drugiej strony, to senat uchwalać będzie statut. Pozwala to teoretycznie na zachowanie istniejących struktur i podziału obowiązków. Większość uczelni pewnie postawi na takie rozwiązanie.

Są też mniej fortunne artykuły. Jednym z przykładów jest procedura tworzenia i likwidacji kierunków studiów. Najlepsze uczelnie będą mogły otwierać nowe studia swobodnie. Jednak te gorzej oceniane nie obejdą się bez zgody ministra, który może odmówić, jeśli „kształcenie na danym kierunku nie odpowiada lokalnym lub regionalnym potrzebom społeczno-gospodarczym”. Ciężko powiedzieć, kto ma decydować o tym, jakie są to potrzeby. W praktyce zapis ten oznaczać będzie tyle: minister może odmówić, jeśli ma na to ochotę. Wbrew sugestiom Gowina ministerstwo pozostało też przy kuriozalnym pomyśle wydłużenia studiów niestacjonarnych.

Najlepszym obrońcą III RP jest Jarosław Gowin

Zawiedzeni będą ci, którzy liczyli, że reforma Gowina skończy z tzw. „punktozą”. Ewaluacja nauki nadal oparta będzie na ministerialnych listach czasopism, z drobną techniczną zmianą w postaci różnicowania wartości monografii (zależnie od „prestiżu” wydawnictwa). Niestety, wiedza o szkodach, jakie wyrządza nauce przykładanie zbyt wielkiej wagi do wskaźników bibliometrycznych nadal nie przebiła się do świadomości polskich specjalistów od polityki naukowej. Dziedzictwo fatalnych reform prof. Barbary Kudryckiej pozostanie nienaruszone.

Zawiedzeni będą ci, którzy liczyli, że reforma Gowina skończy z tzw. „punktozą”.

Zgodnie z obietnicami czekają nas teraz miesiące prac nad projektem, łącznie z zapowiadanym hucznie wysłuchaniem publicznym w Sejmie. Wiele potencjalnie szkodliwych rozwiązań może ujawnić się dopiero w toku powolnej i wnikliwej analizy tekstu ustawy.

Ciężko powiedzieć, jaki wkład w ostateczny kształt ustawy będzie miała opozycja parlamentarna. Posłanka Joanna Szmidt z Nowoczesnej ubolewała na konferencji prasowej, że reforma nie docenia odpowiednio uczelni niepublicznych, a ministerstwo zamiast jakością kieruje się kryterium „pochodzenia kapitału”. Osobiście nie uważam, żeby to było bardzo złe kryterium. Jej partyjna koleżanka, Katarzyna Lubnauer nazwała projekt Gowina mało rewolucyjnym (podobnie zresztą uważa red. Janecki z niezależnego portalu wPolityce). Tego typu wypowiedzi każą powątpiewać, czy opozycja parlamentarna ma kompetencje w zakresie tworzenia dobrego prawa o szkolnictwie wyższym.

Z drugiej strony, nie wiadomo właściwie, czy projekt będzie mieć poparcie parlamentarnej większości. Obecnie płyną do nas sprzeczne sygnały. Sam Gowin zdążył się już pochwalić błogosławieństwem posła Jarosława Kaczyńskiego („Prezesowi się podobały”). Jednocześnie wypowiedzi marszałka Ryszarda Terleckiego oraz rzeczniczki PiS-u Barbary Mazurek („Pan prezes wyraził zastrzeżenia”) były dość chłodne. Może to tylko próba dyscyplinowania mniejszego koalicjanta za jego poparcie dla prezydenckiego weta, ale niewątpliwie pozycja Gowina nie jest mocna i to może czynić go bardziej skłonnym do ustępstw. To też szansa dla środowiska naukowego, związków zawodowych i grup interesu, aby walczyły o poprawę projektu. Wydaje się, że w ciągu ostatniego roku wiele głupich pomysłów poszło w niebyt właśnie dzięki temu, że cały czas ktoś patrzył Gowinowi na ręce. Patrzmy dalej.

Premier Gowin nie lubi państwa polskiego

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. „Swoją drogą, nowa ustawa likwidować ma w ogóle studia doktoranckie. W ich miejsce powstaną szkoły doktorskie, powoływane przez uczelnie samodzielnie lub we współpracy z instytutami badawczymi i PAN-owskimi. Być może pomysł skończenia z fikcją ECTS-ów na poziomie doktoratu nie jest zły, ale nie warto łudzić się, że taka zmiana sama w sobie poprawi poziom prac doktorskich.”
    Poziom prac doktorskich poprawi nie sama rezygnacja z ECTS, ale proces kształcenia w szkołach doktorskich, który jest zdecydowanie bardziej rygorystyczny i pilnujący dyscypliny niż to, co proponują dzisiejsze rozwiązania. Obowiązkowe przedstawienie harmonogramu prac w połączeniu z oceną śródroczną warunkującą dalsze kształcenie wygląda – przynajmniej na papierze – bardzo obiecująco jeśli chodzi o podniesienie skuteczności kształcenia. Dzisiaj spokojnie można przez dwa, trzy lata w zasadzie niewiele robić i nie jeśli wydział nie chce za to karać, to nie musi (a doktorant jest i uczyć za darmo może). Nowy układ, w połączeniu z zakazem zatrudniania doktoranta jako nauczyciela akademickiego i wymuszaniem od uczelni aby kierować doktoranta maksymalnie w stronę badań jest dla mnie trochę taką wizją ziemi obiecanej <3. Bardzo bym chciała, żeby takie generalne idee odnośnie do kształcenia doktorantów rzeczywiście pozostały w ostatecznej wersji ustawy.

  2. Jeżeli jeszcze raz ktoś wypomni panom Bendykowi i Majmurkowi że ich ojcowie byli alkoholikami, to przysięgam, choć jestem zdeklarowanym prawakiem, będę ścigał przez prokuraturę.

  3. „Oczywiście, takie rozwiązanie nie gwarantuje, że w radach zasiadać będą nobliwi uczeni czy uznane specjalistki od edukacji. W wielu przypadkach będzie to pewnie miejscowy biskup, znany aktor czy arystokrata-reprywatyzator. Zabronione ma być natomiast pełnienie tej funkcji przez pracowników administracji rządowej. Być może dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie podobnego ograniczenia dla członków i członkiń partii politycznych?

    Pomijając już sens istnienia takiej rady, to ustawowe wycinanie reprezentantów słabszych grup interesów (nawet jeśli tylko nominalnie) powinno spotkać się z wyrażoną wprost dezaprobatą ze strony członka lewicowej partii. Uczelnia powinna działać na rzecz całego otoczenia, w tym administracji, a nie jedynie na rzecz interesów „arystokratów-reprywatyzatorów i miejscowych biskupów”.