Kraj

„Zdradzeni o świcie” vs „nic się nie stało”

Smoleńsk

Jedną stronę smoleńska trauma pozbawiła ostatnich skrupułów, drugiej kazała uczynić strach przed PiS narzędziem spektaklu i motorem własnej polityki.

Niełatwo o frazę nadużywaną częściej niż ta o jedynej lekcji płynącej z historii. Głosi ona, że narody z historii niczego się nie uczą. Co zrobić, skoro do rocznicy katastrofy smoleńskiej ta właśnie pasuje, jak mało która?

Minęło 8 lat od tragicznej katastrofy TU-154, w której zginęło 96 osób. W debacie publicznej smoleńskie kontrowersje wydają się dogasać i nie wyznaczają już agendy dnia. Wielki portal internetowy opowiada tę historię wspomnieniami o nieżyjących – ponad politycznymi podziałami. Co więcej, PiS już w 2015 roku zdobył parlamentarną większość chowając radykałów do piwnicy i odwołując się do bardziej przyziemnych lęków, tęsknot i aspiracji Polaków – wsparcia finansowego dla rodzin, ucywilizowania rynku pracy, rozliczenia skorumpowanych elit, naprawy wymiaru sprawiedliwości. Antoni Macierewicz – ikona smoleńskiej sekty i główny rzecznik teorii spisku – wylatuje z MON z hukiem, a jego ludzi następca w resorcie czyści do zera. Najbliższa mu ze wszystkich mediów okołorządowych „Gazeta Polska” zyskała po 2015 roku kredowy papier, ale niekoniecznie czytelników; lamenty jej naczelnego nad faworyzacją przez TVP braci Karnowskich świadczą dobitnie, że nawet Nowogrodzkiej nie w smak są kolejne historie o bombach termobarycznych. Warszawski sąd orzekł też, że smoleńskie miesięcznice to imprezy prywatne, zresztą ta szczególna, bo dziewięćdziesiąta szósta, ma być ponoć ostatnią. Pomnik na zagarniętym przez PiS-owskiego wojewodę kawałku placu Piłsudskiego niektórym kojarzy się z komiksem o Tytusie, Romku i A’tomku, a innym z plagiatem metalowego albumu, ale przecież mogło być dużej gorzej – schody do nieba to jednak nie jest tupolew z dykty.

Mit smoleńskiego ludu. Narcystyczne fantazje elit

A zatem – może Smoleńsk to już zamknięty rozdział naszej historii? Miniony epizod z dziejów wyobraźni zbiorowej, którego „prywatyzacja” pozwoli wreszcie bliskim ofiar wspominać je bez partyjnych kontekstów i politycznej otoczki? Bynajmniej. I wcale nie dlatego, że wrak wciąż rdzewieje na jakimś rosyjskim złomowisku, a Antoni Macierewicz zapewne planuje kolejne, tym razem już naprawdę patriotyczne śledztwo w wiadomej sprawie. Po prostu – rację miał poeta. „To co nas podzieliło – to się już nie sklei”. A w każdym razie bardzo długo się nie sklei.

Był zamach w Smoleńsku

czytaj także

Ofiary podzielono na lepsze i gorsze, różnicując je wedle przynależności politycznej – szacunek dla ich bliskich dystrybuowano nierówno. Część rodzin dostała bardzo wysokie odszkodowania, a nawet polityczne synekury. Inni znosić musieli ekshumacje bez pytania o zgodę, jeszcze innym władza okazywała jawną pogardę, np. „zapominając” wpisać niesłuszne nazwisko na pamiątkowej tablicy w KPRM. Okazało się, że tragedię narodową, w której swych reprezentantów stracili wyborcy niemal wszystkich opcji, można upartyjnić; prawomocny rytuał żałoby przemienić w plemienny taniec wokół totemu.

Religię smoleńską czas oddzielić od państwa

Jeśli przyjąć, że od roku 2005 mieliśmy w Polsce do czynienia z politycznym teatrem, w którym dwie partie pożerały elektoraty na swoich obrzeżach (PiS radykalizując język prawicowy, by przyciągnąć wyborców „przystawek”; PO – pozycjonując się jako obrońcy cywilizacji przed radykałami z PiS), to po 10 kwietnia 2010 roku maski z tego przedstawienia przyrosły aktorom do twarzy. Bo nawet, jeśli elita (i większość wyborców) PiS w teorię zamachu nie wierzy, to jest głęboko przekonana o moralnej odpowiedzialności ekipy Tuska za to, co się stało. A z kolei ludziom PO, gdy dowiedzieli się już, że są ruskimi agentami i mordercami prezydenta, nietrudno było uznać, że druga strona to jacyś chorzy fanatycy.

Efekty? Jedną stronę smoleńska trauma pozbawiła ostatnich skrupułów, drugiej kazała uczynić strach przed PiS (a potem po prostu przed zmianą) już nie tylko narzędziem spektaklu, ale i faktycznym motorem własnej polityki. Konserwatywno-socjaldemokratyczny liberalizm strachu zadziałał jeszcze w roku 2011, ale w końcu musiał, wraz z „ciepłą wodą w kranie”, wyczerpać swe możliwości. W tzw. międzyczasie obydwie te doktryny PO nie tylko uniemożliwiły reformę państwa, ale też zepchnęły cały prawie nie-PiS na pozycje obrońców status quo.

Katastrofa smoleńska skrystalizowała podział, który jeszcze w 2010 roku można było traktować jak PR-ową wydmuszkę. Oferowane przez liderów Polakom tożsamości okazały się nie tylko atrakcyjne, ale też nabrały ciężaru – strach przed „inwazją psychopatów” i pogarda dla „zdrajców ojczyzny” scementowały twarde jądra elektoratów, choć z różnym skutkiem dla obydwu stron. PO się usztywniła w przekazie jako coraz mniej atrakcyjny anty-PiS; PiS mógł za to być pewny swych wyznawców, więc na czas kampanii wyruszał na łowy bardziej umiarkowanych wyborców, by później znów dosypywać do pieca.

Tyle logiki wyborczej. Jeszcze poważniejsze były jednak konsekwencje katastrofy dla państwa i debaty publicznej. Na opowieść o „zdradzonych o świcie” partia wówczas rządząca odpowiadała bowiem niezmiennie: „Polacy, nic się nie stało”. Od czasu „państwa, które zdało egzamin” aż po „zmień pracę, weź kredyt” sam pomysł, że cokolwiek może być z III RP nie tak, zakrawał na pożyteczny idiotyzm na użytek Kaczyńskiego lub wprost kryptopisizm i zdradę. Jakkolwiek krytyczne diagnozy państwa pozostawały domeną raportów profesora Jerzego Hausnera, względnie tematem rozmów politycznych intelektualistów przy ośmiorniczkach; w najlepszym razie kończyły (vide raport Michała Boniego) jako propagandowe wydmuszki do zatykania na chwilę gąb inteligenckim malkontentom. Wszystkie te „państwa silosowe” i „teoretyczne”, „pułapki średniego rozwoju” i „ścieżki rozwoju zależnego” trafiały na memy albo do nielicznych już tołstych żurnałów – polityków twierdzących, że mogłyby posłużyć za punkt wyjścia do reform, premier Tusk („jak ktoś ma wizje…”) odsyłał do lekarza. Bo jak tylko podkopiemy narrację „złotego wieku”, nadejdzie smoleńska sekta.

Wojna o nadbudowę

Drugiej stronie z kolei krytyka ujawnianych patologii państwa służyła zaś jako cep do bicia przeciwnika po głowie – zamiast recept PiS na reformy dostaliśmy kampanijną „Polskę w ruinie” i „dziadowskie państwo” 2.0. To ostatnie, dodajmy, przez dwa ostatnie lata dziadzieje zupełnie: rząd za granicą prowadzi nieudolną politykę „wstawania z kolan” antagonizując kolejnych sojuszników, wewnątrz zaś utożsamia naprawę z przejęciem lukratywnych posad i kontroli nad wszystkim, co niezależne. Żaden z problemów państwowej polityki odziedziczonych po transformacyjnym ćwierćwieczu nie został naprawiony: alienację wymiaru sprawiedliwości zwalcza się ręcznym sterowaniem i wymianą kadr na posłuszne władzy; resorty nie tylko nie koordynują swych polityk, lecz wprost podkładają sobie świnie (przykładem wrzutka ustawy o IPN przez Ministerstwo Sprawiedliwości); BOR może nie jeździ ministrom po pizzę, za to rozbija kolejne samochody z dygnitarzami w środku; wydatkowanie środków na autostrady „pod wskaźnik absorpcji” zastępują gargantuiczne projekty w rodzaju Centralnego Portu Komunikacyjnego; po latach lekceważenia i niechęci wobec kwestii klimatycznej i OZE przyszła otwarta wojna z przyrodą; partię rządzącą jako agencję pracy chronionej zastąpiono zakonem pokornych wykonawców woli Prezesa.

Nie ważne, co i jak – ważne, kto to robi. Posmoleńskie wzmożenie moralne pomogło rządzącym i części ich wyborców utożsamić wymianę kadr z naprawą państwa; polaryzacja każe części opozycji wierzyć, że po zwycięskich wyborach i jakiejś Norymberdze dla PiS wszystko na powrót wróci do normy.

Polacy potrafili niegdyś wyciągać wnioski z tragedii dziejowych – przykładem inspirowana hekatombą powstania warszawskiego i kolejnych „polskich miesięcy” strategia non violence i prymat walki strajkowej nad uliczną w ruchu Solidarności. A patrząc w innej skali: także po największej w polskiej historii katastrofie lotniczej, gdy w podwarszawskim Lesie Kabackim rozbił się Ił-62M ze 183 osobami na pokładzie, władze LOT-u podjęły decyzję o wymianie samolotów radzieckich na zachodnie i poprawie procedur bezpieczeństwa. I od niemal trzydziestu lat pasażerowie cywilni LOT-u już nie giną w wypadkach lotniczych.

Choć skala ludzka katastrofy smoleńskiej przypomina jakoś tę z 1987 roku, to polityczne i mentalne szkody odpowiadają raczej traumie zdławionych powstań i nieudanych projektów społecznych. Podpalanego właśnie państwa z kartonu, zdruzgotanego zaufania do elit wszelakich, kalekiej debaty publicznej i polityków nie pamiętających już, czy nienawidzą siebie naprawdę czy tylko na potrzeby doraźnego spektaklu, nie da się – jak starych Iliuszynów i Antonowów na nowe Boeingi i Embraery – wymienić za garść dolarów. Nie da się szkód łatwo naprawić, choćby Macierewicza w piwnicy zaplombowano na amen, a wrak tupolewa dla Polski odzyskał sam Donald Tusk.

Także i w tym kontekście potrzebna jest nowa polityczna siła – złożona z ludzi, których posmoleńska polityka nie przemieliła w maszynce resentymentu, strachu i pogardy. I którzy rozumieją, że katastrofa z 10 kwietnia 2010 to ani efekt zdrady, ani „godny ubolewania” wypadek, lecz efekt idiotycznej ideologii „taniego państwa”, dziadowskich oszczędności i pogardy dla procedur. Dopóki z tej diagnozy nie wyciągniemy politycznych konsekwencji, upadek prezydenckiego samolotu będzie nas prześladować.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.