Kraj

Strajk. Jak to się robi? [archiwalna rozmowa z Pawłem Adamowiczem]

Paweł Adamowicz, fot. facebook @adamowiczgdansk

9 lat temu wydaliśmy Uniwersytet Zaangażowany. Przewodnik Krytyki Politycznej. Poprosiliśmy wtedy Pawła Adamowicza o rozmowę i opowiedzenie nam o strajku studenckim na Uniwersytecie Gdańskim pod koniec lat 80. Z Pawłem Adamowiczem rozmawiała Agata Szczęśniak.

Agata Szczęśniak: Protesty studenckie w Polsce kojarzy się głównie z rokiem 1968, środowisko łódzkie pamięta jeszcze o najdłuższym studenckim strajku okupacyjnym z 1981 roku, warszawskie – o działaniach NZS-u z początku i końca lat 80. Pan brał udział w strajku na Uniwersytecie Gdańskim w 1988 roku. Jak to się stało, że pan się zaangażował?

 

Paweł Adamowicz: Studiowałem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego w latach 1984–89. Na studia przyszedłem w pełni ukształtowany ideowo. Jeszcze w liceum im. Mikołaja Kopernika wydawałem z kolegami gazetkę podziemną „Jedynka”. Później w czasie studiów redagowałem podziemne pismo „ABC”, raczej kulturalno-ideowe niż bieżąco-informacyjne. Uniwersytet był dla mnie naturalnym drugim etapem działalności społecznej, politycznej. Na pierwszym roku kandydowałem do organów samorządu studenckiego, byłem w radzie wydziałowej samorządu studentów Wydziału Prawa i Administracji. Tylko przez rok, bo w 1985 samorząd został zlikwidowany nowelizacją ustawy słynnego ministra Benona Miśkiewicza. Protestowaliśmy, urządzaliśmy różne spotkania, masówki, przygotowywaliśmy plakaty. Ukształtowało się zaangażowane grono.

Rozpoznawaliśmy się w tłumie studentów – kto był nonkonformistyczny, kto działał. Aktywni studenci to była rzecz jasna mniejszość, z tym że bardzo interesująca. Byli tam ludzie Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego – lekko anarchizujący, rozczytywali się w klasykach anarchizmu, w Kropotkinie; były grupy chrześcijańsko-narodowe związane z Aleksandrem Hallem, Ruchem Młodej Polski; byli tacy, którzy później zostali liberałami; inna grupa – też elitarna – to Wolność i Pokój. Ważne było środowisko odtwarzanego w warunkach nielegalnych Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Ja sam kształtowałem się między środowiskiem Aleksandra Halla a środowiskiem „Przeglądu Politycznego”. W sensie światopoglądowym bliżej mi było do Halla, a w sensie gospodarczym – do klasyków liberalizmu typu Hayek, Friedman. Bardzo ważną lekturą był też wtedy Michael Novak, czyli takie spotkanie chrześcijaństwa z kapitalizmem. To był bardzo ciekawy, intensywny czas lektur, dyskusji ideowych, a więc dokładnie to, czego dziś w Polsce nie ma.

Dyskutowaliście na uniwersytecie, na seminariach?

Wszystkie te grupy spotykały się głównie poza murami uniwersytetu. Były takie quasi-oficjalne miejsca jak duszpasterstwo akademickie, w prywatnych domach tworzyły się kluby myśli politycznej. Liczyło się to, kto ma duże mieszkanie. Aleksander Hall mieszkał u mamy, w trzypokojowym mieszkaniu. Spotykaliśmy się w jednym z pokoi, głowa przy głowie – część na podłodze, starsi, nobliwsi na krzesłach. Był też dom państwa Musidłowskich w Sopocie, duży parter w poniemieckiej kamienicy. Pamiętam jak dziś: Lech Kaczyński spierał się tam z Jackiem Merklem i Donaldem Tuskiem. Echa tych spotkań były potem widoczne w podziemnym „Przeglądzie Politycznym”. Zbieraliśmy się też w mieszkaniu pani adiunkt nomen omen Adamowicz, ale nie mojej bliskiej rodziny, w Sopocie na Monciaku [ul. Bohaterów Monte Casino, główny deptak w Sopocie].

Dyskusje odbywały się też w mniejszych gronach, w akademikach i na zajęciach niektórych adiunktów, głównie z doktryn polityczno-prawnych. Pamiętam zajęcia z filozofii z dość twardogłowym marksistą, niechętnym do rozmowy: próbowaliśmy dyskutować z nim na temat Głównych nurtów marksizmu Kołakowskiego, które były wtedy osiągalne w podziemiu. Jak ktoś bardzo chciał i był uparty, to mógł dojść do prohibitów w Bibliotece Głównej Uniwersytetu. Zapraszaliśmy też na publiczne wykłady Pawła Śpiewaka czy Jadwigę Staniszkis z Warszawy, z Krakowa przyjeżdżał Ryszard Legutko. Takie były wtedy przestrzenie rozmowy.

Moc Solidarności, czyli grajmy na własnym boisku

Jeśli chodzi o wydziały, najaktywniejsze były prawo i historia, trochę ekonomia. W Gdańsku nie było wtedy socjologii, słabe były nauki społeczne.

Jak to się stało, że właśnie pan przewodził strajkowi w 1988 roku?

Poruszałem się między środowiskami, nie miałem silnej afiliacji organizacyjnej. Dlatego wszyscy się zdziwili, kiedy w maju 1988 roku to ja zostałem przewodniczącym strajku, a nie na przykład ktoś z NZS-u. Jaka jest tego geneza? Przywódcą zostaje się w sposób zadziwiający. Trochę los, trochę świadomy wybór.

Na uniwersytecie zebrała się grupa aktywistów. Wiedzieliśmy, że rozpoczął się strajk w Stoczni im. Lenina. Dla mnie i dla moich kolegów było oczywiste, że teraz studenci muszą dać świadectwo. Mieliśmy bardzo romantyczną motywację. „Trzeba podjąć akt solidarności z robotnikami” – właśnie tak mówiliśmy. W głowach mieliśmy stereotyp roku 1968. Miałem wtedy tylko trzy lata, znam rok 68 z publikacji m.in. w podziemnej „Krytyce” – Jakuba Karpińskiego i paru innych osób. Ten imperatyw moralny solidarności był dla mnie bardzo istotny. Dopiero na drugim miejscu stawiałem ściśle studenckie postulaty. Hierarchia była taka: najpierw robotnicy, „Solidarność”, a potem własne, partykularne, środowiskowe postulaty.

Jak prezydent Adamowicz uczył nas strajkować

Zaproponowano mi przywództwo – kilka osób mnie o to poprosiło, bo byłem znany z wcześniejszej działalności. Zgodziłem się. Po latach czy nawet parę miesięcy po strajku koledzy z NZS-u tłumaczyli, że zaproponowali Adamowicza jako niezrzeszonego, bo sądzili, że będę bardziej niezależny, będę reprezentował wszystkich studentów. Może również taka była motywacja. Ja nie marzyłem o tym, żeby zostać przywódcą strajku, przyjąłem to jako obowiązek do wykonania. A chętnych kontrkandydatów, szczerze mówiąc, nie było. Nikt się nie pchał, bo nikt nie wiedział, czym to się skończy.

Potem powstał komitet strajkowy. Kto wybierał członków?

Komitet powstał na zasadzie kooptacji: mnie zaproponowano – zgodziłem się, potem zaproponowałem koleżankę Annę Galus (w 2008 roku odznaczona pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za działalność opozycyjną), później ktoś się zgłosił na ochotnika. To był taki kompletny spontan. W komitecie był też kolega z politologii Mariusz Popielarz, Przemysław Gosiewski, wtedy na drugim czy trzecim roku prawa, i Andrzej Sosnowski z ekonomii, dzisiaj prezes Skoku Stefczyka.

Co się dzieje dalej?

Przyszedł ten moment: trzeba stanąć przed ludźmi. Co innego jak teraz staję przed tłumem, a co innego 20 lat temu, kiedy trzeba było ich zmotywować do strajku. Pamiętam, że używałem argumentacji czysto moralnej, etycznej, historycznej. Nie odwoływałem się do żadnego interesu, stypendiów, akademików. Owszem, to się pojawiło, ale później, trochę po to, żeby przyciągnąć jeszcze więcej studentów, żeby poszerzyć formułę ideowo-polityczną strajku. Byłem zaangażowany w samorząd studencki i takie sprawy jak ustawa o ograniczeniu autonomii uczelni wyższej, likwidacja samorządu studenckiego, brak możliwości legalnego zrzeszania się innych organizacji studenckich niż Zrzeszenie Studentów Polskich – były mi dobrze znane. To wszystko było bliskie osobom z komitetu strajkowego, ale priorytety ustawiliśmy inaczej.

Paweł Adamowicz – prezydent gdańszczanek i gdańszczan

Pamiętam, że po dwóch pierwszych wystąpieniach straciłem głos, bo nie mieliśmy tub nagłaśniających. Tłum pęczniał. Trzeba było wszystko zorganizować…

Jak? Od czego zaczęliście?

Najpierw trzeba było opanować jakieś pokoje, gdzie moglibyśmy w spokoju ten komitet zawiązać.

Gdzie było centrum strajku?

Dziekan dał nam do dyspozycji salę rady wydziału humanistycznego, czyli tzw. humany. W pierwszym odruchu rewolucyjnym koledzy zajęli dawny pokój NZS-u i samorządu studenckiego, później zajęty przez Zrzeszenie Studentów Polskich.

Kluczowa była komunikacja ze studentami. Wysłaliśmy ekipy na inne wydziały, do Sopotu, na wydział ekonomii, prawa, ekonomiki produkcji, na Politechnikę Gdańską, żeby wszystkim powiedzieć, że jest strajk i namówić ich po pierwsze do bojkotu zajęć studenckich, a po drugie do zaangażowania: ci, którzy mogą, chcą (w domyśle: mają odwagę), niech przyjdą spać na wydział humanistyczny. A ci, którzy nie mogą (w domyśle: boją się), niech przynajmniej przychodzą w ciągu dnia i będą razem z nami. I rzeczywiście tłumy przybywały. Pierwszej nocy nie było nas za wiele – 150, może 200 osób. Gdyby ówczesna władza chciała, można by nas wszystkich wynieść, ale później każdej nocy spało nas kilkaset osób, a w ciągu dnia przewijało się kilka tysięcy ludzi. Dochodzili, siedzieli, grali na gitarach. Spaliśmy w śpiworach, na podłogach, gdzie popadło. Chyba nie było jeszcze karimat. Do pewnego momentu, o którym zaraz opowiem, atmosfera była raczej radosna, biwakowa. Dużo dyskusji, polemik.

Strajk się odbywał w budynku czy na zewnątrz? Był przecież maj.

Większość osób nie opuszczała budynku, nie każdy mógł wejść. Były straże, legitymowanie. Ludzie nosili różne opaski, znaczki, np. „Solidarności”, w ten sposób można było ich zidentyfikować.

Co się właściwie robi w czasie strajku?

Po zakończeniu protestu napisaliśmy z kolegą instrukcję doskonałego strajku. Myśleliśmy, że erozja systemu będzie postępować i w październiku strajk powtórzymy. Nikt z nas nie przewidział, że protesty sierpniowe doprowadzą do wstępnych rozmów na temat okrągłego stołu.

Co było w tej instrukcji?

Pierwsza rzecz to przywództwo. Musi być w miarę zgrane, musi komunikować się między sobą, a przynajmniej musi być człowiek, który wie, czego chce.

Po drugie musi być podział pracy. Ktoś w komitecie strajkowym musi odpowiadać za aprowizację. U nas fantastycznie robiła to Anna Galus. Ludzie muszą coś jeść, coś pić, na czymś spać. Spanie zapewniali sobie sami, z kolei stołówka szybko została zamknięta przez władze uniwersytetu. Zbieraliśmy więc pieniądze – wśród strajkujących, w mieście, ludzie przychodzili i przynosili. Z tych pieniędzy centralnie kupowaliśmy w okolicznych sklepikach Społem bochenki chleba, kostki masła. Anka Galus zorganizowała całą ekipę chłopaków i dziewczyn – była taka wielka taśma, jak u Forda, jeden kroił, drugi smarował. Potem układało się to w sterty. Nie było żadnych ciepłych posiłków. Były kanapki z serem – żółtym, topionym, rzadko z mięsem z puszki. I oczywiście herbata. Jeśli ktoś sobie coś więcej przywiózł z miasta, to miał. Ja wtedy nie jadłem żadnej zupy ani kotletów. Nawet gdyby ktoś coś takiego przyniósł, nie byłoby gdzie tego zrobić. Były ustalone godziny wydawania posiłków, ale dynamika była taka, że jak ktoś przyszedł, to dostawał.

Po trzecie poligrafia – gazetki. Z ludźmi musi być komunikacja, ludzie muszą być zajęci czytaniem. Ściągnęliśmy powielacz, papier, farby. Mieliśmy sprzęt z działalności w podziemiu, przetransportowaliśmy go fiacikiem na uniwersytet. Szybko zmontowaliśmy grupę poligraficzną. Zaczęliśmy pisać odezwy. Pierwszego albo drugiego dnia powstała „Reduta Strajkowa”. Zajmował się nią m.in. Lech Parell, dziś kierownik działu Opinii i Reportażu w „Dzienniku Bałtyckim”, wtedy był studentem politologii i działaczem organizacji Wolność i Pokój.

Sierakowski: Ten strajk to najlepsza rada

Ważne jest, żeby ściągać też prasę z zewnątrz, my ściągaliśmy gazetki ze Stoczni Gdańskiej. Uruchomiliśmy też punkt sprzedaży wydawnictw podziemnych. Oczywiście były włączone telewizory reżimowe, ale nie dawali tam nic ciekawego. Mieliśmy też dużo odbiorników radiowych nastawionych na Wolną Europę, BBC.

Następna ekipa: plakatowo-banerowa. Jak najwięcej plakatów i banerów. Wtedy nie był banerów plastikowych – malowało się na płótnach. Tu przyszli nam z pomocą studenci Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, ASP nie strajkowała, ale sami się zgłosili.

Były jakieś charakterystyczne hasła?

Proste: „Strajk okupacyjny”, „Strajk solidarnościowy”, „Przyłącz się do nas”, „Walczymy o wolność słowa”. Rozwieszaliśmy to na uniwersytecie i w mieście, gdzie się dało, ale nie za dużo, bo milicja łapała.

Była też komunikacja ze Stocznią Gdańską. Mariusz Popielarz jeździł między uniwersytetem a Stocznią, informował, co się dzieje u nas i u nich. Ważne było, że przyszedł do nas młody robotnik ze Stoczni.

Ale wracając do podziału pracy, byli jeszcze kaowcy. Ważne jest, żeby „się działo”. Przyszli ludzie i grali na gitarach, były śpiewy.

Pojawił się Mikołaj Trzaska…

…i Tymon Tymański, obaj studiowali wtedy na Uniwersytecie Gdańskim. Był też Marek Kamiński, późniejszy globtroter. Organizowaliśmy wykłady. Przychodzili ci, do których wcześniej chodziliśmy na domowe seminaria, uczestniczyli w dyskusjach jako wykładowcy albo po prostu przychodzili wyrazić solidarność. Oczywiście każda masówka kończyła się wspólnym śpiewaniem hymnu narodowego. Co dzień była też msza, którą odprawiał duszpasterz akademicki, dominikanin Stanisław Tasiemski, ale nie wszyscy w niej uczestniczyli. Odwiedził nas ks. Henryk Jankowski, wtedy cieszył się dużą popularnością, więc jego wizyta wywołała sporą sensację. Przywiózł jakieś słodycze.

Do kochanych katolików od „przyjaciela ateisty”

Doszło też do pewnych napięć. Był hyde park, ale nie chciałem, żeby powstały zbyt wielkie emocje rewolucyjne. Dlatego nie za bardzo byłem zwolennikiem występu kolegi z ROPCia – Szydłowskiego.

Dlaczego?

Bo mówił za ostro: „Idziemy po wolność, na barykady!”. Chciałem, żeby ten strajk miał charakter solidarnościowy, studencki, żeby nie wszedł w nurt radykalny, bałem się, że to odstraszy tych, którzy przyszli z ciekawości, którzy nie byli uświadomieni politycznie. Tak samo Bogdan Borusewicz ograniczał postulaty stoczniowe – np. postulat wolnych wyborów, który był wtedy kompletnie nierealny. Tak wtedy myślałem, może byłem zbyt ostrożny.

Czyli były spory o polityczność strajku?

Były. Spory pojawiły się też, kiedy przyszła Joanna Gwiazda. Ale wiele rzeczy działo się poza komitetem strajkowym, przecież nie mieliśmy armii wykonawców naszych poleceń. Wszystko opierało się na niepisanej umowie, na autorytecie i zaufaniu. A że po latach ktoś mi powiedział, że począł dziecko z koleżanką – to też się zdarzało. Nie należy strajku na siłę ubrązawiać.

Kim byli ludzie, którzy wtedy strajkowali?

Strajkujący dzielili się na ludzi bardzo świadomych i takich, dla których to była ciekawostka, zabawa. Jak wyglądały proporcje – nie mam pojęcia. Ci pierwsi słuchali Wolnej Europy, wcześniej uczestniczyli w różnych akcjach WiP-u i NZS-u, np. w paleniu na plaży w Sopocie marzanny w czarnych okularach à la generał Jaruzelski, też w tym brałem udział. Dla takich ludzi strajk był przeżyciem rocznikowym, by nie powiedzieć pokoleniowym. Chociaż nie wyrosło z tego pokolenie. Pewnie dlatego, że komunizm szybko upadł, a po strajku szybko była przerwa wakacyjna. Wtedy dynamika zmian była już bardzo duża, o czym nie wiedzieliśmy. Mieliśmy nadzieję, że ten strajk majowy uruchomi spiralę. Po paru dniach otrzeźwieliśmy, strajki się nie rozszerzały o inne zakłady pracy, o inne uczelnie. Strajkowały tylko dwa miejsca – Stocznia Gdańska i Uniwersytet Gdański. I krótko Politechnika Gdańska. Ale tam było słabe przywództwo, nie pociągnęło tego ruchu strajkowego dalej. Nikt więcej.

Solidarność to obowiązek ludzi myślących [Szczuka o Kuroniu]

Część ludzi przybyła na strajk z ciekawości. Prawdopodobnie nie mieli skrystalizowanych przekonań, nie przeżyli wcześniej pałowania, nie dostali w tyłek, więc mieli trochę odwagi i przyszli. Z tym że po paru dniach tacy ludzie zaczęli zwiewać ze strachu. Oczywiście ci pierwsi, świadomi też zaczęli wyciekać. To było niezwykłe przeżycie, kiedy wielu do mnie podchodziło, bo jakoś byłem rozpoznawany w związku z licznymi wystąpieniami i ze względu na moją posturę, chodziłem przepisowo w czarnym swetrze, zrobionym przez mamę na drutach. Często do mnie przychodzili i usprawiedliwiali się „bo to, bo tamto”. Niektórzy szczerze mówili, że się boją. To było przejmujące. Nie musieli, a chcieli to powiedzieć.

Dlaczego zaczęli się bać?

Kryzys nastąpił po rozwaleniu strajku w Nowej Hucie, ludzie powoli uciekają, ilość strajkujących topnieje, mamy informacje o próbie interwencji ZOMO, jest list księdza Gocłowskiego, który prowadzi z generałem Jaruzelskim zakulisowe rozmowy telefoniczne, w egzekutywie wojewódzkiego komitetu PZPR jest decyzja, żeby zdławić strajk.

Oczywiście na strajku był prokurator, wpuściłem go. Postraszył nas: ten dostanie dwa lata, ten pięć lat więzienia. To było ryzykowne, jak wpuszczenie lisa do kurnika, ale nie wywołało złej reakcji. Zadziałała dopiero ta informacja o strajku w hucie.

Cały czas obradował senat UG, 300 metrów od miejsca strajku, naszą rzeczniczką była tam obecna pani poseł Głębocka, a wtedy – Zielińska, adiunkt ekonomii. Ważna postacią był też jej mąż, Głębocki, pierwszy demokratycznie wybrany rektor – w 1980 roku. Pracownicy naukowi odnosili się do nas raczej z dystansem. Tylko nieliczni profesorowie i trochę liczniejsi adiunkci i asystenci solidaryzowali się z nami, byli na strajku, choć nie zostawali na noc, wykładali, pomagali nam redagować odezwy, donosili nam, co władze knują. Ale to nie było zbyt wielkie grono.

Duża Solidarność, mała solidarność

Reszta była po stronie władz?

Nie chcę stawiać hipotez. Naprawdę nikt nie wiedział, czym to się skończy. Do tej pory każdy strajk kończył się stanowczą reakcją, minimum to był areszt i wysoka grzywna. Od 1987 roku rzadziej stosowano karę więzienia. Jesteśmy mądrzejsi o te lata, teraz wiemy, że ani strajk majowy, ani sierpniowy nie skończył się żadnymi poważniejszymi represjami, mnie nie spotkały żadne represje, oprócz tej, że na egzaminie z wojska dostałem trzy lufy i musiałem powtarzać przedmiot. Za to na poprawce nie musiałem już prawie nic mówić, bo to było już po strajku sierpniowym, ci wojskowi czuli, że idzie zmiana. Oczywiście ukrywałem się parę dni po strajku, bałem się, że zostanę zatrzymany. Ale nic takiego nie spotkało ani mnie, ani moich kolegów ze strajku. W czasie strajku zatrzymano dwie czy trzy osoby z Wolności i Pokoju, rozwieszali plakaty, malowali hasła na ulicy. Ale to było cackanie się w porównaniu z tym, co było kilka lat wcześniej.

Powiedział pan, że dla niektórych to było przeżycie pokoleniowe, ale ten ten strajk pokolenia nie stworzył.

Ci ludzie, którzy tam się objawili, do dziś funkcjonują w sferze politycznej, gospodarczej, kulturalnej, widać to po tych kilkunastu osobach, które wymieniłem. Jakoś się wyróżniają. Tylko nie powstały między tymi ludźmi silne więzi, ponadpolityczne. Chociaż, jak wicepremierem był Przemysław Gosiewski, to ja nigdy nie odczułem jakiejś niechęci partyjnej w tych sprawach, z którymi do niego przychodziłem. Więc ta więź wspólnych przeżyć jakoś trwa.

Wspominam te czasy fantastycznie. Ludzie dużo czytali, chcieli się spotykać, dyskutować, mieli poglądy, sami nad nimi pracowali, korygowali je w trakcie dyskusji, uzupełniali je albo utrwalali. Tego mi teraz szalenie brakuje. W szczególności wśród młodych. Ale nie tylko. Środowiska akademickie powinny odgrywać w życiu publicznym większą rolę, niż odgrywają. Nie wyczuwają swojej siły, nie chcą znaczyć. Dla mnie zawsze wzorcem będzie Ameryka czy Europa Zachodnia – Francja. Pracowałem na uniwersytecie między 1989 a 1998 rokiem jako asystent. I nawet wtedy było stosunkowo mało debat na uniwersytecie, choć to była bardzo ciekawy czas – transformacji, zmian w prawie, wyborów, a jednak amplituda emocji nie była zbyt duża.

Od naukowców oczekujemy stawiania pytań, takich, które by niepokoiły, burzyły spokój, by mówili pod prąd, żeby zjawiska społeczne i ekonomiczne oceniali z większym oddechem niż bieżąco, doraźnie, żeby dawali działaniom polityków podbudowę ideową, merytoryczną. Inna sprawa, że politycy nie potrafią korzystać ze współpracy z naukowcami. Uniwersytety powinny być ośrodkami ciągłego niepokoju.

Wyobraża pan sobie dziś strajk na uniwersytecie?

Raczej nie. Strajk może być o wielkie cele. Czy cel czysto ekonomiczny jest wielki? Pewnie może być, jeśli sytuacja tych, którzy strajkują, jest bardzo zła. A wiemy, że sytuacja studentów nie jest dziś bardzo trudna.

Okres studencki to jest wyjątkowy czas, kiedy możemy przez pięć lat, nie mając zobowiązań wobec własnych rodzin, zająć się sobą, ważne jest, żeby to był czas kształtowania siebie, żeby nie stać się egoistą. Często powtarzam tę znaną maksymę: „kto za młodu nie był socjalistą, na starość będzie świnią”. Ja bym to tak parafrazował: kto za młodu nie był aktywny, nie buntował się, komu za młodu na czymś strasznie nie zależało – na ekologii, obronie Afganistanu, Gruzji, Tybetu, Białorusi – ten później będzie marnym obywatelem. Jestem szczęśliwy, że ja i wielu moich znajomych zauważyliśmy, że mieliśmy taki czas. Jestem z tego bardzo dumny, to był, jak pisał Jacek Kuroń, „gwiezdny czas”.

Od walki z bikiniarzami do planu Balcerowicza, czyli żywot człowieka politycznego

***

Wywiad pochodzi z książki Uniwersytet Zaangażowany. Przewodnik Krytyki Politycznej, Wydawnictwo krytyki Politycznej, Warszawa 2010

Bio

Agata Szczęśniak

| Redaktorka OKO.press
Publicystka, redaktorka OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Doktorantka w ISNS UW. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.