Kraj

Rynek śmierci w Polsce ma się dobrze

Zakład_Progrzebowy_Bracia_Nowak (1)

Chory ma kłopot ze sprawnością, jest połamany i za bardzo nie wie, co się dzieje. Adwokat wciska mu w dłoń długopis, chwyta za przegub i prowadzi rękę, która znaczy na umowie parafę. Potem chowa papier do kieszeni jak cenną zdobycz, tłumacząc młodemu prawnikowi, że właśnie zarobił „kupę kasy”. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych John Grisham wydawał swoje pierwsze thrillery sądowe, Polakom do głowy nie przychodziło, że w ten sposób można zarabiać na rynku. A jednak...

Na cmentarzu

Iwona pomimo że nie skończyła jeszcze czterdziestu lat, od dziesięciu lat jest wdową. Często bywa na cmentarzu. Jakiś czas temu wymieniając wkłady od zniczy znalazła pod spodem jednego z nich zalaminowany tekturowy kartonik z numerem telefonu i prośbą o kontakt. Pomyślała, że szuka jej kolega męża ze szkolnych lat albo jakiś daleki krewny. Wieczorem zadzwoniła pod podany numer. Nikt nie odbierał, choć próbowała kilka razy. Następnego dnia nad ranem ktoś wreszcie oddzwonił z nieznajomego numeru.

– Oddzwaniam. Miałem z tego numeru kilka nieodebranych połączeń – Iwona usłyszała uprzejmy męski głos.

– Ktoś zostawił na grobie męża kartkę z numerem, pod który dzwoniłam z prośbą o kontakt.

– Poproszę o nazwisko męża.

Podała. W tle słuchawki usłyszała przez krótka chwilę uderzenia palców o klawiaturę.

– Zgadza się, dziękuje, że pani zadzwoniła. Mam tu zapisane, że pani mąż zmarł w wieku trzydziestu lat. Na nagrobku pisze, że „odszedł nagle”. Sprawa się jeszcze nie przedawniła. Dzwonię z firmy, która zajmuje się ściąganiem odszkodowań. Więc może…

– Nie jestem zainteresowana.

– A może mogłaby mnie pani komuś polecić?

Przed domem

Dominika wróciła do domu przed szesnastą. To był piątek. Wyciszyła telefon, ciesząc się na nadchodzącą przerwę w pracy. Na podjeździe stał samochód, w środku którego czekał na nią nieznajomy mężczyzna. Kiedy przekręcała klucz w furtce, nieznajomy wyszedł i poprosił o chwilę rozmowy.

– Mam dla pani przykrą wiadomość. Pani mąż w dniu dzisiejszy zginął w wypadku. Chciałem zostawić wizytówkę. Nie pobieramy żadnych opłat. Kompleksowo zajmiemy się wszystkim. Mam ze sobą formularz, wystarczy podpisać.

Podpisała. W tym stanie podpisałaby wszystko.

Policjanci przyjechali poinformować Dominikę o tragicznej śmierci jej męża dwadzieścia minut po wizycie tajemniczego gościa.

Jak w książkach Grishama

To zaledwie dwie z tysięcy, a może dziesiątek tysięcy podobnych historii. Osoba znająca kulisy tego rynku mówi, że to norma: „Kancelarie posiadają dział telemarketingu, którego pracownicy w oparciu o książki telefoniczne bądź inaczej zdobyte listy z numerami telefonów dzwonią do ludzi z zapytaniem, czy oni bądź ktoś z rodziny lub znajomych nie miał wypadku”.

Z wielu książek Johna Grishama mogliśmy się dowiedzieć, jak ten rynek wygląda w USA. Tamtejsi adwokaci są uważnymi obserwatorami ruchu karetek pogotowia, płacą za cynk o wypadkach sanitariuszom i policjantom, pracownikom pomocy drogowej. Kultowy jest fragment jednej z książek – młody, nieopierzony prawnik w towarzystwie doświadczonego adwokata udaje się do ofiary wypadku, któremu mecenas podaje do podpisu umowę. Scena rozgrywa się w szpitalu. Chory ma kłopot ze sprawnością, jest połamany i za bardzo nie wie, co się dzieje. Adwokat wciska mu w dłoń długopis, chwyta za przegub i prowadzi rękę, która znaczy na umowie parafę. Potem chowa papier do kieszeni jak cenną zdobycz, tłumacząc młodemu prawnikowi, że właśnie zarobił „kupę kasy”.

Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Grisham wydawał swój pierwszy thriller sądowy, Polakom do głowy nie przychodziło, że w ten sposób można na rynku zarabiać. A jednak…

Rynek naganiaczy i prowizje

Byli policjanci mający wtyki na komendzie, portierzy w szpitalach, pracownicy pomocy drogowej – to pierwsze kontakty firm dochodzących odszkodowań. Cała Polska pokryta jest pajęczyną monitorującą ludzkie tragedie. Śmierć i nieszczęścia  to biznes jak każdy inny, tyle, że bez wahań koniunktury. Ten rynek jest stabilny i przewidywalny.

Mówi się, że w pobliżu każdego z „czarnych punktów” drogowych, czyli miejsc mających złą sławę częstych wypadków komunikacyjnych, mieszka zazwyczaj jakaś osoba będąca na liście płac firmy odszkodowawczej, która najszybciej dotrze do bliskich ofiary.

Znajomi adwokaci, których pytam o sprawy odszkodowawcze, są zgodni – rynek odszkodowań został przejęty przez spółki, których siedziby znajdują się setki kilometrów od miast i miasteczek, w których sprawiedliwości dochodzą pokrzywdzeni.

Kwoty, których domagają się firmy odszkodowawcze, nie są jednak w Polsce wygórowane.W przypadku usług świadczonych przez profesjonalnych pełnomocników za sprawę trzeba zapłacić z góry. W firmie, która uzyskuje odszkodowanie, płatność następuje dopiero po wpłacie należności przez ubezpieczyciela. Profesjonalni pełnomocnicy nie mogą się reklamować, ale firmy mogą obiecać poszkodowanym wszystko.

Dla osób mniej zamożnych perspektywa wypłaty odszkodowania bez ponoszenia kosztów jest dość atrakcyjna. Są to też zazwyczaj mniej wymagający klienci, którzy godzą się na niskie odszkodowanie w ramach ugody z ubezpieczycielem. Nie mają pojęcia o tym, ile powinna wynosić godziwa restytucja ich krzywdy związanej ze stratą męża, żony, syna albo córki.

Prowizje firm odszkodowawczych są wysokie i zwykle wahają się między kilkunastoma a kilkudziesięcioma procentami wywalczonej kwoty, dochodząc do trzydziestu procent. Czasem wystarczy już kilka telefonów i pism, by zakład ubezpieczeń ponoszący odpowiedzialność za szkody, który wyrządził sprawca, zaproponował ugodę. O ile uprawniony na to przystanie, sprawa jest prosta. Blisko połowa spraw o odszkodowanie w Polsce załatwiana jest właśnie w drodze ugody. Umowy, które zawierają firmy, są konstruowane w ten sposób, że środki z ubezpieczenia trafiają najpierw nie na konto poszkodowanego, lecz na konto firmy.

Winne są firmy ubezpieczeniowe

O potrzebie uregulowania tego rynku mówi się od lat. Niepokojące jest też to, że kapitały własne tych podmiotów są często kilkudziesięciokrotnie niższe niż skala obsługiwanych przez nie roszczeń, niejednokrotnie sięgających miliardów złotych.

Koniunkturę na działalność podmiotów odzyskujących odszkodowania zrobili sami ubezpieczyciele. Przykłady stawek wypłaconych dobrowolnie przez ubezpieczycieli są czasem szokująco niskie. Często jest to po kilka, kilkanaście tysięcy złotych za śmierć rodzica czy dziecka. Zresztą  rozbieżności między kwotami, które proponują ubezpieczyciele, a tymi, których domagają się od nich pełnomocnicy, wreszcie tymi, które ostatecznie zasądzają sądy, to są trzy światy. Przykład? Jeden z zakładów ubezpieczeń w ogóle odmówił zapłaty zadośćuczynienia osobie domagającej się odszkodowania za śmierć ojca. Na skutek wniesionego potem pozwu sąd przyznał jednak synowi zadośćuczynienie znacznie wyższe – 50 000 zł. W innej sprawie towarzystwo ubezpieczeniowe zaproponowało rodzicowi śmieszne pieniądze za śmierć syna. Sąd orzekł jednak, że adekwatne zadośćuczynienie w tym przypadku to kwota 70 000 zł.

Nie tak dawno Komisja Nadzoru Finansowego nałożyła zresztą kary na kilka towarzystw ubezpieczeniowych. Powodem było stosowanie zaniżanych składek w czasie wojny cenowej z konkurencją. Niskie składki miały przyciągnąć nowych klientów. Tyle, że za taki bonus na start i tak zapłacili w końcu klienci.

Towarzystwa ubezpieczeniowe rekompensowały sobie niedobory funduszy z tytułu składek, odmawiając zapłaty odszkodowań albo je zaniżając. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że towarzystwom ubezpieczeniowym nie kalkuluje się wypłacać odszkodowań lub ich właściwie szacować, bo stosunkowo niewielu niezadowolonych zdecyduje się na batalie sądową z prężną korporacją. Zgodnie z dostępnymi badaniami więcej niż jedna czwarta Polaków nie walczy o należne im odszkodowania, chociaż te im się należą.

Firmy ubezpieczeniowe w Polsce nie mają zresztą powodów, by specjalnie narzekać na działalność podmiotów odzyskujących odszkodowania, skoro te zadowalają się często tak nieproporcjonalnie niskimi kwotami odszkodowań w stosunku do krzywd doznanych przez ich klientów.

W Senacie wykluwa się ustawa, mająca uporządkować rynek spółek, które wyeliminowały kancelarie radcowskie i adwokackie z rynku ubezpieczeń. Jak na razie zaproponowano trzy obostrzenia: ustalenie maksymalnej wysokości prowizji za prowadzenie sprawy, przelew odszkodowania na konto poszkodowanego i brak prowizji od zwrotu kosztów leczenia – tak senatorowie chcą uregulować działalność kancelarii odszkodowawczych.

Dobre i to. Propozycje, o których mowa, nie rozwiążą jednak problemu zawierania zaniżonych ugód w imieniu uprawnionych i nieetycznej, nachalnej reklamy na cmentarzach. Zresztą ci, którzy mieli zarobić na pośrednictwie odzyskiwania odszkodowań, zarobili już dawno. Ustawodawca reaguje więc jak zwykle w Polsce – o kilkadziesiąt lat za późno.

Dlaczego Polacy widzą w Bogu jełopa, a w salcesonie zbawienie?

Pokrzywdzonym przez pedofilów w sutannach jest najtrudniej

Bio

Artur Nowak

| współautor książki „Żeby nie było zgorszenia”
Adwokat, wcześniej orzekał w sądzie. Specjalizuje się w sprawach karnych, wielokrotnie w swojej praktyce reprezentował pokrzywdzonych i sprawców w postępowaniach dotyczących czynów pedofilskich. Współautor książki „Żeby nie było zgorszenia”

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.