Kraj

Rozleniwione matki [list]

Matka za swoją pracę w domu powinna otrzymywać wynagrodzenie.

Nie odczarujemy kwestii pracy kobiet w domu, jeśli nie zmienimy języka, jakim o niej mówimy. Domniemanie lenistwa zaklęte jest w błahych słowach, którymi określamy poświęcenie przez matki czasu dzieciom. Potoczne wyrażenie „siedzieć w domu” to tylko wierzchołek góry lodowej. Psuje ono nie tylko wizerunek matki, skazując na pogardliwą ocenę jej ciężką pracę, ale także funduje kobietom, które postanowiły pracować na rzecz rodziny, permanentne zatrudnienie bez wynagrodzenia. Bo kto to widział, żeby płacić komuś za „siedzenie w domu”? „Siedzenie” brzmi wręcz jak wypoczynek.

Korolczuk: „Roszczeniowe matki” i problem z obywatelstwem

Brytyjski tabloid „The Sun” cytował ostatnio wyniki ogólnokrajowego badania młodych rodziców, w których jedna trzecia badanych przyznaje, że pozostanie z dzieckiem w domu bywa trudniejsze niż praca zarobkowa. Jeden z moich znajomych rzucił podczas rozmowy towarzyskiej, że jego żonie wystarczy już tego „siedzenia w domu” z dziećmi, bo się rozleniwiła i zamierza pójść do pracy – w domyśle tej prawdziwej. Niby proste w swojej istocie stwierdzenie zmiany, jaką planuje jego małżonka, a poruszył nim nerwy wszystkich kobiet, które słyszały tę wypowiedź. Sprawcą zamieszania było oczywiście słówko „siedzieć”. Żadna z nich nie pamiętała bowiem, żeby nawet przy jednym dziecku faktycznie posiedziała w domu chociaż przez chwilę. Jak na ironię, to często powrót do pracy (tej właściwej w powszechnym mniemaniu, czyli zarobkowej) dopiero pozwala „posiedzieć”, np. przy biurku, a już na pewno częściej wypić ciepłą kawę na siedząco.

Wyrażenie określające opiekę nad dzieckiem jako „siedzenie w domu” czy „siedzenie z dzieckiem” nie tylko w Polsce ma fatalne konotacje. Pobieżny przegląd zwrotów dotyczących opieki nad dziećmi szybko prowadzi do babysitter. Popularne angielskie określenie opiekunki dla dziecka oznacza dosłownie osobę, która siedzi z dzieckiem. Co więcej, słówko sitter oznacza także coś niezbyt skomplikowanego, łatwiznę albo… kwokę (sitter hen). Powszechne użycie słowa babysitter nie wróży nic dobrego zmianie światowej świadomości. Nadzieje jakiś czas temu dawało francuskie wyrażenie au pair oznaczające „wzajemność” lub „równy do” albo po prostu „do pary”. Jednak określenie au pair przylgnęło do nazwy programu wymiany międzynarodowej dla studentów, którzy zamieszkują u goszczącej ich rodziny. To dlatego zapewne nawet nad Sekwaną coraz częściej słyszy się o babysitter.

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że pospolite „siedzenie z dzieckiem w domu” stało się sprawą polityczną. A wszystko przez rządowy program Rodzina 500 plus, który promowany jest jako wspierający materialnie polskie rodziny, wyrównujący szanse dzieci z uboższych rodzin wielodzietnych, jednak dla opozycji stał się programem, który „rozleniwia kobiety”. W grudniu 2016 roku Joanny Scheuring-Wielgus mówiła w TVP Info, że program 500 plus „rozleniwia, ponieważ bardzo dużo kobiet na przykład zrezygnowało z pracy”, w domyśle na rzecz „siedzenia w domu”, bo w domu się przecież nie pracuje.

Larum, jakie podniosła opozycja szukająca słabych punktów programu, uderzyło w kobiety „siedzące w domu”. Posypały się artykuły, w których poddawane są analizie straty, jakie wyrządziła nagła „bierność kobiet” i „rezygnacja z pracy”. Pracodawcy cierpią z powodu „braku rąk do pracy”, oczywiście w domyśle tych kobiecych. Sprawa jest analizowana tylko pod kątem „krzywdy”, jaką wyrządziły gospodarce „leniwe matki”.

Sperma ojca, serce matki

PiS, broniąc się, mówił, że to on dał kobietom wolność wyboru. Politycy PiS-u jak jeden mąż (sic!) powtarzają, że 500 plus daje kobietom możliwość pozostania w domu (gdzie przecież zgodnie z prawicową ideologią jest ich miejsce), jeśli tego chcą lub jeśli taka jest wola rodziny. Nastąpiło niejako zawłaszczenie przez partię rządzącą prawa do obrony wolności wyboru, jakie powinna mieć matka Polka, a już na pewno polska rodzina. Wszystko to sponsoruje 500 plus.

Szczęśliwe macierzyństwo to pułapka na kobiety

Niestety to tylko pozory. Przyznanie kobiecie prawa wyboru jest iluzoryczne. Bo „siedzenie w domu”, zarówno potocznie, jak i oficjalnie, nie jest pracą, nikt za nią nie płaci. Nie idzie za tym żadna regulacja prawna, nadal brakuje pomysłu na jej finansowanie, a co więcej woli polityków. 500 plus jest przecież dla dzieci. Zatem matka tak naprawdę nie ma wyboru między pracą a pracą, tylko między domem (i pracą bez wynagrodzenia) a pracą (w potocznym rozumieniu, czyli zarobkową). Zarówno poprzedni, jak i obecny rząd nie zmierzył się z problemem wynagradzania kobiet za prace domowe (chociaż GUS dokładnie wie, ile ona kosztuje, i publikuje takie informacje). Nawet emerytura matczyna to za mało. Postawmy sprawę jasno. Matka za swoją pracę w domu powinna otrzymywać wynagrodzenie, bo ona ciężko pracuje, a siedzieć to można sobie na fejsie i oglądać zdjęcia z wakacji za 500 plus.

***

Beata Milewicz – absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim.

Wolność matek

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.