Kraj

„Powinni zamknąć tę kopalnię i iść w cholerę”


Jeszcze przed odkryciem mówiłem: „Zobaczyta chłopy, co się będzie działo z wodami i drzewami, wszystko będzie wysychać”. Ale prawie nikt mi nie wierzył. Jak kopalnia ruszyła i woda w stawach zaczęła znikać, mówili: „E, chyba Piotrek miał rację”. Ale dopiero jak zaczęły usychać drzewa, chłopi naprawdę zrozumieli swoją sytuację: „Kurwa, Piotrek na pewno miał rację”. Reportaż: Jaś Kapela, zdjęcia: Jakub Szafrański.

Gdy pierwszy raz zadzwoniłem do Piotra Krygiera, byłego górnika dołowego i rolnika, żeby przeprowadzić z nim wywiad na temat wpływu kopalni odkrywkowych na życie lokalnych mieszkańców, nie chciał ze mną rozmawiać przez telefon. Podobno zdarzało się już, że lobby związane z Zespołem Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin i działającymi w ramach tej samej spółki kopalniami węgla brunatnego nasyłało na niego ludzi podszywających się pod dziennikarzy. Teraz więc woli się spotkać z człowiekiem i go zobaczyć, zanim mu powie, co o tym wszystkim sądzi. Wcale mu się nie dziwię, dlatego namawiam kolegę fotografa Jakuba Szafrańskiego, żebyśmy pojechali zobaczyć odkrywkę i wpływ zmian klimatycznych na polską wieś.

Fot. Jakub Szafrański
Jałowa ziemia. W tle hałda kopalniana. Fot. Jakub Szafrański

O tym, jak wielkopolska przyroda jest niszczona przez kopalnie odkrywkowe, nasłuchałem się sporo na odbywającym się w lipcu w gminie Wilczyn Obozie dla klimatu. Do wsi Świętne zjechało około dwustu aktywistów, którzy rozbili ekologiczne obozowisko, tuż obok domu weselnego Agro-bala. Jego właściciel udostępnił teren ekologom, bo również jest przeciwny odkrywkom. Był środek lata, pensjonat jest ulokowany między dwoma malowniczymi jeziorami, a do Obozu zjechało się sporo sympatycznych znajomych i nieznajomych, więc po dniu zaczynającym się od zajęć jogi chętnie uczestniczyłem w życiu towarzyskim, koncertach i performensach, a także warsztatach poświęconych temu, jak okoliczna (i nie tylko okoliczna, bo byli też aktywiści z Kolumbii, Niemiec i innych krajów) przyroda jest degradowana. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak wyglądało życie na Obozie, polecam relację Eweliny Jarosz albo pocztówkę dźwiękową Huberta Wińczyka:

O tym, jak niszczymy przyrodę i nie szanujemy ludzi, czytam prawie codziennie, ale na szczęście Jezioro Wilczyńskie ciągle nie wyschło tak bardzo, żeby nie można się było w nim kąpać. Przed kąpielą w jeziorze pojechaliśmy jednak na wycieczkę nad odkrywkę. Zawsze chciałem zobaczyć z bliska kopalnię odkrywkową, bo lubię Mad Maxa i często wyobrażam sobie świat po apokaliptycznej katastrofie. Kopalnie odkrywkowe dają dobry obraz tego, jak będzie wyglądać życie na ziemi, gdy zużyjemy już całą wodę i węgiel. Pustynny krajobraz, na którym ledwo co rosną chwasty, gdzieniegdzie jakieś rdzewiejące maszyny. Czasem nad zbierającą się na dnie odkrywki wodą przeleci ptak, naiwnie licząc, że może uda mu się coś upolować, choć nadzieje na to w kopalnianym stawie są marne. Już bardziej prawdopodobne są burze torfowo-pyłowe, których zdjęcia pokazuje nam w domu na komputerze Krygier. To już rzeczywiście prawdziwy Mad Max.

Fot. Jakub Szafrański
Koparka do zdejmowania nadkładu nad złożem węgla brunatnego. Fot. Jakub Szafrański

Podczas obozu można było usłyszeć, że pobliskie jeziora wysychają, odbierając ludziom nie tylko możliwość kąpieli, ale czasem również środki do życia. Ocenia się, że poziom wód w jeziorach w pobliżu kopalni odkrywkowych spadł od trzech do nawet ośmiu metrów. Mimo wszystko trudno było sobie to wyobrazić, obserwując piękno i bujność okolicznej przyrody. Tym bardziej wstrząsająca była opowieść Ewy, która dwadzieścia lat temu kupiła działkę nad Jeziorem Wilczyńskim, a dziś ma widok wyłącznie na krzaki rosnące w niecce. Wody nawet nie widać i trzeba przejść kilkaset metrów, żeby się do niej dostać. Czasem tylko przychodzi mgła i wypełnia nieckę. „Duch jeziora!”, śmiała się Ewa, gdy opowiadała tę historię, ale był to gorzki śmiech.

Fot. Jakub Szafrański
Pamiątkowe monidło Piotra Krygiera z czasów pracy w kopalni na Śląsku.

W czasie rozmowy z Piotrem Krygierem również sporo się śmiejemy, choć sytuacja wcale nie jest wesoła. Do Galczyc, swojej rodzinnej wioski, Krygier wrócił na emeryturze, po przepracowaniu wielu lat jako górnik dołowy w jednej ze śląskich kopalni. Dzieci chorowały, lekarz kazał zmienić klimat. Kraina wielkopolskich jezior wydawała się dobrym miejscem, by odzyskać zdrowie i zająć się rolnictwem. W regionie większość osób żyje właśnie z rolnictwa, a sporo też z turystyki, ale to grupa kapitałowa, w skład której wchodzą kopalnie i elektrownie, dostarczające około 4 procent mocy krajowej prądu, jest najpotężniejszym podmiotem gospodarczym w okolicy. Gdy w końcu udało nam się odnaleźć niewielkie gospodarstwo w Galczycach, gospodarz zaprosił nas do domu i zaproponował kawę. Zaczynamy rozmawiać o problemach związanych z kopalniami odkrywkowymi, a jest ich tyle, że trochę nie wiadomo, od czego zacząć.

Fot. Jakub Szafrański
Gospodarstwo Piotra Krygiera.

Krygier mówi, że sprowadzili się do Galczyc w 1997 roku, a żona dopowiada: „Gdybyśmy wiedzieli, że tutaj będzie kopalnia, tobyśmy nie przyszli”. Jego dom rodzinny znajdował się trzysta metrów dalej, a żona pochodzi z Kryszkowic, wioski w tej samej gminie. Kopalnia odkrywkowa Tomisławice znajduje się pięćset metrów od ich gospodarstwa, a z podwórka mają widok na gigantyczną hałdę ziemi, która teoretycznie powinna zostać zrekultywowana, ale właścicielom grupy kapitałowej ZE PAK najwyraźniej szkoda na to pieniędzy. Grupa nie od dziś ma problemy z czerpaniem zysków na swojej działalności, więc tnie koszty gdzie może.

Decyzja środowiskowa umożliwiająca budowę odkrywki w Tomisławicach została wydana w 2007 roku, koncesja w 2008 roku, a nadkład zaczął być wybierany pamiętnego 10 kwietnia 2010 roku. Znajomy zadzwonił wtedy do Krygiera, przebywającego akurat w sanatorium, że górnicy zasypują stawy rybne. Chłopi ruszyli łapać karpie, zanim zostaną pogrzebane żywcem. Kopalnia miała do tego prawo, bo teren został przez nią wykupiony, ale dobrze pokazuje to stosunek władz kopalni do przyrody ożywionej i nieożywionej. Żeby można było wydobywać węgiel, trzeba pozbyć się ludności i przyrody z terenów, na których ma się znajdować kopalnia. Burzone są domy, zabudowania gospodarcze, a nawet kościoły czy remizy, na których budowę składali się wcześniej okoliczni mieszkańcy. Kopalnia nie ma litości. Musi pożreć wszystko. Ludzie z kopalni podobno twierdzą, że wykupują ziemię za trzykrotność wartości rynkowej, ale Krygier uważa, że rzadko jest to prawda. Wykupywanie zaczyna się od terenów, gdzie ziemia jest kiepska, „szósta klasa bonitacyjna, suchy pioch”, jak to opisuje Krygier, i tam rzeczywiście dają więcej. Wtedy rozchodzi się fama, jak to kopalnia dobrze płaci. „A jak wlezą, jak już się zagnieżdżą w danym terenie, to już pocałujta nos, głęboko, tam, gdzie słońce nie dochodzi”, podsumowuje były górnik. Wartość okolicznej ziemi spada i ludzie w efekcie wolą ją sprzedać, póki jeszcze jest cokolwiek warta.

Fot. Jakub Szafrański
Opuszczony dom na terenie, który niedługo zajmie nowa odkrywka. Fot. Jakub Szafrański

Krygier od początku ostrzegał mieszkańców przed zagrożeniami, jakie płyną z powstania odkrywki. Choć kopalnia Tomisławice podaje, że pompuje 60 milionów metrów sześciennych wody rocznie, były górnik podejrzewa, że może to być znacznie więcej. A to jest mała odkrywka, wielkości większego żwirowiska. Krygier opowiada, że jak osiem lat temu sąsiad wiercił studnię głębinową, to lustro wody było na poziomie pięciu metrów, a obecnie jest na poziomie trzydziestu dziewięciu. Wynikałoby z tego, że poziom wód gruntowych spadł o trzydzieści cztery metry, a jest to półtora kilometra od odkrywki. Według Krygiera lej depresyjny przy takiej odkrywce może sięgać dziesięciu kilometrów, jeśli chodzi o wody powierzchniowe, i nawet kilkudziesięciu w przypadku wód głębinowych. Co prawda są technologie, który pozwoliłby zatrzymać utratę wody, ale ciągle są one dosyć drogie, więc nie opłaca się ich wykorzystywać. Taniej jest przerzucić koszty na okoliczną ludność. Już dziś szacuje się, że wartość węgla wydobytego z kolejnych powstających odkrywek jest znacznie mniejsza od strat środowiskowych i na działalności rolniczej.

Fot. Jakub Szafrański
Pan Piotr z kolegą znają dobrze tereny wokół kopalni i wiedzą, z której strony można wejść na jej teren niezauważonym.

„Utrata przychodów z rolnictwa i przemysłu przetwarzającego płody rolne pochodzące z przyszłego obszaru wyrobiska oraz terenu objętego lejem depresji odkrywki Ościsłowo wyniesie około 100 mln złotych rocznie. Straty te lokalna gospodarka będzie ponosić przez mniej więcej 50 lat (około 20 lat funkcjonowania odkrywki i około 30 lat odbudowy podziemnych poziomów wodonośnych), co daje kwotę 5 mld złotych – tyle, ile przyszły dochód PAK KWB Konin z węgla wykopanego w Ościsłowie” – wykazał w swojej publikacji dr Benedykt Pepliński, cytowany w raporcie Geenpeace’u. A do tego dochodzą straty środowiskowe. Na przykład „odkrywkowa eksploatacja węgla w zlewni Noteci spowodowała zaburzenie przepływów wody w rzece. Chcemy przeciwdziałać tej sytuacji” –  mówił prof. Jan Szyszko, gdy był jeszcze ministrem środowiska, i zapowiadał, że koszt projekt ratującego Noteć (która wyschła na odcinku o długości 40 kilometrów) wyniesie 130 milionów złotych. Krygier nie dziwi się, że prywaciarz, którym w tym przypadku jest Zygmunt Solorz-Żak, posiadający 51,55 procent udziałów w ZE PAK, chce mieć jak najmniejszym kosztem jak największe zyski. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego za straty powodowane przez działalność prywatnych kopalni mają płacić wszyscy podatnicy.

Jednak największe straty ponoszą okoliczni rolnicy. Krygier uważa, że kopalnia – wiedząc, jakie powoduje szkody – powinna oferować im coroczną rekompensatę. Zamiast tego kopalnia twierdzi, że nie odwadnia terenów i to nie jej wina, że rolnicy ponoszą straty, tylko suszy i ogólnie globalnego ocieplenia. Jednocześnie chętnie podpisuje z rolnikami ugody, że przez piętnaście lat nie będę zgłaszać wobec niej żadnych roszczeń dotyczących utraty wody, strat w plonach itp. W ramach takiej ugody płaci im po kilka tysięcy złotych. Krygier przez cztery lata procesował się z kopalnią i w końcu w sądzie udowodnił, że to kopalnia jest odpowiedzialna za odwadnianie terenów. Trochę jednak dziwne, że trzeba na drodze sądowej dowodzić rzeczy, których uczą chyba wszystkich studentów wydziałów górnictwa.

Fot. Jakub Szafrański
Jałowa ziemia. W tle hałda kopalniana. Fot. Jakub Szafrański

Krygier swoje uprawy nawadniał wodą z dwóch stawów, które znajdowały się na jego posesji. Miał jednak pecha, bo kopalnia musiała trafić na żyłę wodną przechodzącą przez jego działkę. Rok po tym, jak ruszyła, stawy zaczęły wysychać. Po dwóch latach, w 2012, znikły w ciągu dwóch tygodni. „Jakbyś wyciągnął kurek z wanny”, opowiada. Po dawnych stawach została tylko niecka, dziś już mocno zarośnięta krzakami. Żona dopowiada, że kopalnia twierdziła, że to na skutek suszy, ale sąsiadom jakoś stawy nie wyschły. „To susza tylko nad nami? Śmieszne”, komentuje, choć wcale się nie śmieje. Razem za stawami Krygierom wyschła też studnia, usychać zaczęły drzewa i uprawy. A bez nawadniania nie sposób dziś sprzedać warzyw, bo ludzie oczekują produktów najwyższej klasy.

Fot. Jakub Szafrański
Opłaca się jedynie produkcja mało wymagającej kukurydzy.

Po dwóch latach od powstania kopalni Krygier musiał więc porzucić działalność rolniczą. Podobnie jak większość sąsiadów, którym też w końcu wyschły stawy i studnie. Swoją studnię Krygier zasypał sam, komentując gorzko, że za jego życia już w niej wody będzie. Pytam, czy można wyliczyć, ile wyniosły jego straty. Okazuje się, że Krygier na potrzeby procesu zatrudnił biegłego, które oszacował jego straty na ponad czterdzieści tysięcy złotych rocznie. Sędzia nie uznał jednak tych szacunków i zatrudnił własnego biegłego, który uznał, że straty były o połowę mniejsze. Samo znalezienie biegłego nie było zresztą proste. Krygier musiał zatrudnić specjalistę spod Włocławka, bo gdy pytał biegłych rolniczych z okolicy, czy nie chcieliby oszacować jego strat na potrzeby procesu z kopalnią, to nikt się do tego nie kwapił. „W tym regionie sądy z kopalnią to jest jednak klika”, podsumowuje i dodaje: „I dlatego ta władza, co chce z tymi sądami coś zrobić, to już dawno powinna to zrobić”.

Fot. Jakub Szafrański
Skup węgla w Wierzbinku. Fot. Jakub Szafrański

Rzeczywiście, gdy słucha się historii o batalii sądowej tutejszych mieszkańców – która po jedenastu latach zakończyła się wreszcie wyrokiem Naczelnego Sądy Administracyjnego podtrzymującego wyroki wcześniejszych instancji, że decyzja środowiskowa pozwalająca na budowę odkrywki Tomisławice została wydana z rażącym naruszeniem prawa – nóż się w kieszeni otwiera. Przez te długie lata, których potrzebował nasz system sprawiedliwości, żeby orzec taką oczywistą rzecz jak to, że decyzję środowiskową wydano bez należytego zbadania oddziaływania kopalni na okoliczną przyrodę, w tym siedliska i tereny objęte programem Natura 2000, i bez opinii Komisji Europejskiej na temat planowanego przedsięwzięcia, już chyba wszyscy mieszkańcy zdążyli wielokrotnie odczuć negatywny wpływ kopalni na ich życie i środowisko naturalne. Nic dziwnego, że wielu ludzi jest sfrustrowanych i popiera PiS w próbie zaorania polskiego systemu sądownictwa. Łatwo uwierzyć, że sądom bardziej zależy na dobrym życiu z kopalnią niż sprawiedliwości, choć jednocześnie przecież wydają wyroki pomyślne dla rolników i sprawa najprawdopodobniej zakończy się zamknięciem odkrywki, która pozbawiona zostanie ważnej decyzji środowiskowej. Tylko co z tego, skoro rolnicy jeszcze przez dziesięciolecia nie będą mogli uprawiać ziemi, a ZE PAK walczy jak może, żeby nie wypłacać odszkodowań. „Chłopaki, lobby energetyczno-węglowe to jest klika”, bez wahania stwierdza Krygier. „Dlatego oni mówią: niech zostanie tak, jak było”.

Próbuję polemizować, że nowa władza też niewiele robi, żeby unowocześnić nasz system energetyczny i mają powstawać kolejne kopalnie odkrywkowe. W rejonie konińskim miała choćby powstać odkrywka Ościsłowo. Okazuje się jednak, że jej losy stoją pod mocnym znakiem zapytania. Co prawda nie z powodu zmiany polityki – na samym środku terenów planowanej odkrywki archeolodzy odkryli zespół dwóch cmentarzysk, obejmujących kurhanowe groby kultury łużyckiej i neolityczne groby bezkomorowe. Cmentarzysko pochodzące sprzed 5,5 tysiąc lat, czyli starsze niż egipskie piramidy, zostało w tym roku wpisane do rejestru zabytków. Odkrycie archeologów wydaje się na tyle cenne, że nawet potężne lobby energetyczne nic tu nie zdziała. Jest jednak pewnym paradoksem, że to neolityczne grobowce, a nie dbałość o współczesne środowisko czy żyjących dziś polskich obywateli jest w stanie powstrzymać kopalnie przed ekspansją.

Fot. Jakub Szafrański
Wielu mieszkańców terenów, o które powiększać się będzie odkrywka, opuszcza domy.
Fot. Jakub Szafrański
Koparka pracuje w sąsiedztwie opuszczonego już gospodarstwa. Fot. Jakub Szafrański
Fot. Jakub Szafrański
Wysuszone grunty w okolicach Boguszyc.

Pytam, czy wielu tutejszych rolników musiało zrezygnować z uprawiania ziemi. Krygier twierdzi, że chyba wszyscy, którzy nie mają studni głębinowych. Sam chciał taką kupić, ale musiał też zainwestować w maszyny rolnicze i inny sprzęt. Na studnię głębinową nie starczyło mu już pieniędzy, a koszt wybudowania takiej studni to co najmniej siedemdziesiąt tysięcy złotych.

„Dla mnie, byłego górnika dołowego, to się nie powinno nazywać kopalnia, tylko zakład wydobywczy torfu metodą odkrywkową, bo to nie jest węgiel, to jest torf”, stwierdza Krygier. I dodaje: „Jeszcze przed odkryciem mówiłem: zobaczyta chłopy, co się będzie działo z wodami i drzewami, wszystko będzie wysychać”. Ale prawie nikt mu nie wierzył. Jak kopalnia ruszyła i woda w stawach zaczęła znikać, mówili: „E, chyba Piotrek miał rację”. Dopiero jak zaczęły usychać drzewa, chłopi naprawdę zrozumieli swoją sytuację: „Kurwa, Piotrek na pewno miał rację. Jebał ich pies, powinni zamknąć kopalnię i iść sobie w cholerę”.

Wyschnięte drzewa w miejscowości Wierzbinek.

Dlaczego chłopi nie chcieli protestować, gdy jeszcze było to możliwe? Krygier nie potrafi znaleźć na to odpowiedzi. Sam jednak bywał trochę w świecie i ciągle ma emeryturę górniczą, więc zamierza dalej walczyć z kopalniami. Jeździ i mówi ludziom, co ich czeka, ale podobno wszędzie reakcje są podobne. Nic dziwnego, że kopalnie mogą się dalej panoszyć. I choć wielu naukowców, w tym Michał Wilczyński, były główny geolog kraju, jest zgodnych, że nie ma dla nich przyszłości, ciągle ktoś próbuje robić na tym węglu interes. Krygier tłumaczy, że mogło mieć to sens zaraz po wojnie, gdy szybko potrzebowaliśmy energii, a wydobycie węgla brunatnego jest łatwiejsze, dziś jednak nie ma już uzasadnienia, bo są nowego technologie. „Jest woda, jest słońce, jest wiatr. Z fotowoltaiki i wiatru można otrzymać dużo więcej energii, a ziemia pozostaje ziemią. Nie wypompowuje się milionów litrów wody, która idzie bezużytecznie do morza”, dodaje.

Fot. Jakub Szafrański
Piotr Krygier.

Po rozmowie idziemy popatrzeć na wyschnięte stawy i drzewa. Powietrze jest tak suche, że aż kłuje w gardle. Wstaliśmy o szóstej i od upału chce mi się już spać, ale nie jestem w stanie przestać słuchać kolejnych tragicznych historii. O zbiorach kukurydzy, która usycha na oczach rolników. O nękaniu przez policję. O bezczynności wójta gminy, który sprzedał ludzi kopalni. O przekrętach związanych z kupowaniem ziemi od rolników. Podobno do chłopów przychodzą ludzie związani z kopalnią, którzy kupują od nich ziemię na przykład za czterdzieści tysięcy złotych, a rok czy dwa lata później sprzedają ją kopalni za trzysta tysięcy. Trochę nie chce się w to wierzyć, bo brzmi to jak z filmów sensacyjnych o mafii, jednak z drugiej strony, jeśli ktoś z pracowników ma wiedzę o kolejnych planowanych odkrywkach, to może chcieć z niej skorzystać i samemu na tym zarobić, więc nie da się wykluczyć, że tak się właśnie dzieje. Czy o eksmitowanym sąsiedzie, rolniku Janie Kwiatkowskim. Krygier pokazuje nam film nagrany podczas zajęcia gospodarstwa przez komornika:

Ponoć to też odbyło się z naruszeniem prawa, jak się dowiaduję później, gdy pod sklepem spotykamy Kwiatkowskiego. Opowiada mi, że aby walczyć z kopalnią, musiał się nauczyć pracować na komputerze, a także podszkolić w prawie. To drugie było koniecznie, bo odkąd walczy z kopalnią, ma już siódmego prawnika. Podobno niektórzy z jego adwokatów zaczęli później pracować dla kopalni. Brat Kwiatkowskiego nie wytrzymał nerwowo walki z miejscowym lobby węglowym i dostał zawału. Pan Jan jednak się nie poddaje. Podziwiam jego niezłomność, bo widziałem, jak komornik wyrzucił go z gospodarstwa. Zważywszy, że dom został rozebrany na jego oczach, a jego rzeczy na ciężarówki wynosili górnicy, trudno nie uznać tego za akcję pokazową, mającą zniechęcić innych do stawiania oporu.

Fot. Jakub Szafrański
Do nawadniania pól nie wystarczą już wody powierzchniowe. Trzeba sięgać coraz głębiej, a studnie i pompy są bardzo drogie.
Fot. Jakub Szafrański
Deszczownia do nawadniania pól ze studni głębinowych. Rolnicy zmuszeni są zwiększać moc pomp tłoczących wodę z coraz większej głębokości. Fot. Jakub Szafrański
Fot. Jakub Szafrański
Pompy wodne na odkrywce Tomisławice.

A jednak opór w narodzie najwyraźniej rośnie. Ostatecznie wszyscy płacimy za zmiany klimatu i niszczenie środowiska, a zarabia na tym tylko wąska klika. Solorz-Żak kupił większościowy pakiet w Zespole Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin za 67,3 milionów złotych. Prywatyzacja od początku budziła wiele wątpliwości. Podobno sama wartość złomowa sprzętu w kopalniach była dużo wyższa. Dziś Solorz-Żak chętnie by elektrownie sprzedał, bo kończą się unijne uprawnienia do emisji dwutlenku węgla. Pytanie, kto ma ją kupić i czy to nie polscy podatnicy będę musieli znowu zapłacić za niczym niezachwianą wiarę naszych elit w przyszłość wydobywania czarnego złota (w tym przypadku akurat raczej węgla brunatnego), pozostaje otwarte.

Fot. Jakub Szafrański
Pamiątki ze Śląska i wspólnych akcji z Greenpeace Polska. Fot. Jakub Szafrański

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista. Autor dwóch książek z wierszami ("Reklama" oraz "Życie na gorąco"), powieści ("Stosunek seksualny nie istnieje", "Janusz Hrystus, "Dobry troll") i zbioru felietonów "Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu". Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.
Jakub Szafrański

| Fotograf i publicysta Krytyki Politycznej
Pochodzi z Lublina, gdzie tworzył Klub Krytyki Politycznej. Pisze doktorat z filozofii na Uniwersytecie M. Curie-Skłodowskiej. Publicysta i fotograf. W 2010-2012 pracował w dziale dystrybucji Wydawnictwa KP. Współtworzył stronę internetową. Akademicki mistrz polski w kick-boxingu 2009, a także instruktor samoobrony. Pracował we Włoszech, Holandii i Anglii. Laureat Stypendium pamięci Konrada Pustoły.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.