Kraj

Przyłączyć Polskę do Wolnego Miasta

Pogrzeb prezydenta Pawła Adamowicza. Fot. Jakub Szafrański

A może wymyślimy „gdańskość” jako realistyczną utopię, a nie logo do zawstydzania zacofańców. Ktoś z niej uczyni treść projektu politycznego i piękną bajkę zamieni w wehikuł realnej zmiany.

Gdańsk ostatnich dni wydawał się miastem z innej planety – jakby ktoś nam pokazał wersję demo solidarnej republiki, w której ludzie gotowi są wyjść na ulice i stać godzinami na przenikliwym zimnie, by pokazać, jak bardzo to, co wspólne, jest dla nich ważne. Umieją ad hoc tworzyć przekonujące, trafiające do serca symbole własnych wartości.

 

A do tego jeszcze wszystko działa jak w szwajcarskim (a może hanzeatyckim?) zegarku, bo mimo potwornego wstrząsu urzędy pracują bez zarzutu, wielotysięczne zgromadzenia z udziałem VIP-ów udają się podręcznikowo, a wiceprezydent praktykuje Ewangelię zamiast okładać nią przeciwników jak cepem. Jak jednak słusznie zwrócili uwagę redaktorzy „New York Timesa”, pogrzeb prezydenta zjednoczył Gdańsk, ale jego zabójstwo uwydatniło głębokie podziały Polski.

Co musi nastąpić, aby wedle życzenia Edwina Bendyka, wydarzenia te faktycznie stały się „mitem założycielskim odnowionej polis, obywatelskiej wspólnoty Polek i Polaków spojonej ideami wolności, solidarności i samorządności”?

Paweł Adamowicz jeszcze wiele lat mógł zasilać energią nie tylko Gdańsk

Po kilku dniach, jakie upłynęły między zabójstwem a uroczystym pożegnaniem Pawła Adamowicza, wiemy już coś na pewno. Ale to, co najważniejsze, to nie sprawa wiedzy, tylko działania. Politycznego działania.

Na pewno wiemy, że dotychczasowej linii nie zmienia obóz władzy – sprawca to zwykły szaleniec nienawidzący świata, nienawiść w narodzie zasiewa opozycja. Decyzję w tej sprawie podjął Jarosław Kaczyński, realizuje ją Jacek Kurski. Podobno w PiS-ie toczył się o to spór, podobno premier wolałby inaczej – faktem pozostaje, że TVP, najczulszy barometr linii Nowogrodzkiej, zostaje jaka była.

„Ty uczyłeś otwartości, miłości, empatii”

Jak ktoś ma nadzieję, że jest inaczej, porzuci ją obejrzawszy, jak wyglądały kolejne wydania Wiadomości po zamachu, co na antenie wygadują dyżurni eksperci od „schizofrenii paranoidalnej”, jak wyglądała transmisja z pogrzebu („człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie…”) i co na Twitterze pisze prezes telewizji. Dodajmy opór wobec wspólnej refleksji w szkole nad mową nienawiści, minuty ciszy bez „szeregowych posłów”. I tak dalej, i tym podobne. W tej materii – żadnych złudzeń, panie i panowie.

Tymczasem bez zdziwienia

Energia społeczna i symboliczna żałoby nie wyparuje jednak ot, tak. Zbyt wiele złego, ale potem również dobrego się w Gdańsku wydarzyło. Co z tej energii się urodzi w najbliższym roku i później, zależy jednak nie tyle od tego, iloma Polkami wstrząsną słowa i obrazy z Bazyliki Mariackiej, ile od idei, jakie zaproponują Polakom liderzy opozycji. Tnąc nasz horyzont przyszłości wielką brzytwą Ockhama, widzę dwa możliwe kierunki, w jakich mogą oni naszą wspólnotę pociągnąć.

W pierwszym scenariuszu niesamowita mobilizacja Gdańszczan wpisana zostanie przez główne siły polityczne opozycji w starą opowieść. Znaną z felietonów kilku histerycznych liberałów, a ostatnio wzmocnioną za sprawą (błędnej) diagnozy wyborów samorządowych. Oto mianowicie ścierają się dwie cywilizacje, względnie dwie Polski: liberalna, nowoczesna i otwarta w metropoliach i dużych miastach z kołtuńską, zamkniętą i zacofaną na prowincji, szczególnie na Ścianie Wschodniej.

O potrzebie powściągliwości

Albo jeszcze prościej: Polska WOŚP-u walczy z Polską nożowników o przetrwanie demokracji i europejskich standardów nad Wisłą. Mobilizacja opozycji oparta byłaby na poczuciu moralnej wyższości przechodzącym w pogardę – i nadziei, że druga strona poczuje się do winy i tak zawstydzi, że w dniu wyborów nie wyjdzie z domu.

To oczywiście bardzo niepewna recepta na zwycięstwo wyborcze opozycji. Za to jeśli zagra i więcej niż margines Polaków kupi tę opowieść, wzmocni się i poszerzy polaryzacja, ergo degradacja sfery publicznej, brak zaufania do państwa, z przemocą polityczną na końcu. Taka Polska po 2010 roku – tylko o wiele bardziej.

No chyba że…

… wymyślimy „gdańskość” jako realistyczną utopię, a nie logo do zawstydzania zacofańców, a ktoś z niej uczyni treść projektu politycznego i piękną bajkę zamieni w wehikuł realnej zmiany.

Na tę gdańską utopię składają się gotowe symbole i praktyki społeczne, przede wszystkim jednak wielkie uczenie się przez miasto nowych wyzwań i słuchania postulatów obywateli. Innowacyjne panele obywatelskie jako metoda szukania systemowych odpowiedzi na klęski żywiołowe i problemy większe niż samo miasto (smog), włączenie do wpływu na miasto aktywistów i organizacji pozarządowych, duma z własnej podmiotowości, ale także świadomość złożonej tożsamości historycznej miejsca i jego mieszkańców, odwaga bycia w kontrze do stolicy w kwestii solidarności z uchodźcami, wreszcie zdolność wpisania własnej, lokalnej historii w narrację uniwersalną – to z tego właśnie powodu „Gdańsk – miasto wolności” odróżnia się od haseł marketingowych w rodzaju „Zakochaj się w Warszawie”. Mało?

Paweł Adamowicz – prezydent gdańszczanek i gdańszczan

Ktoś powie od razu, że jak nie da się zamienić całej Europy w Skandynawię, tak Polska nie będzie wielkim Gdańskiem. Nadmorskiej metropolii jest przecież łatwiej pod każdym względem. Jest wielokulturowa „obiektywnie” – za sprawą dziedzictwa Hanzy i Niemiec, a potem przybycia dziesiątek tysięcy uchodźców z Wileńszczyzny i całej Polski; różnorodność pochodzenia mieszkańców i otoczenia cywilizacyjnego jest więc stanem naturalnym. Wielka historia Solidarności nie tylko daje potężną rozpoznawalność w świecie, ale też uzasadnioną dumę z własnych osiągnięć, która – paradoksalnie – ułatwia pamiętanie „bez zuchwałości, ale i bez lęku”, że nie było się pierwszym plemieniem zasiedlającym daną ziemię.

To z Gdańska pochodzą prężne elity, które w epoce wielkiego przełomu weszły przebojem do polityki ogólnokrajowej, dając zaplecze dla – w sumie dekady – rządów III RP. Dodajmy jeszcze silny sektor pozarządowy i – last, lecz zdecydowanie nie least – PKB na głowę, który lokuje Gdańsk na dziewiątym, ale wśród metropolii na trzecim (po Warszawie i Poznaniu) miejscu w Polsce.

Jak?

Jak więc tę nieprzystającą w dużej mierze Polskę symbolicznie do Gdańska przyłączyć? Jaki projekt polityczny stwarzałby na to szanse? Na czym musiałby się opierać? Spróbujmy, w telegraficznym skrócie.

Testament prezydenta Adamowicza

Po pierwsze, asertywny samorząd jako aktor polityki ogólnokrajowej, zdolny powiedzieć, że jego wartości i siła są ważniejsze niż cyniczne gry w medialnym spektaklu warszawskiej polityki. Chodzi o samorząd nie tylko stawiający opór władzy centralnej (bo wtedy łatwo o egoistyczną obronę własnych zasobów), ale też będący laboratorium nowych rozwiązań (od lat wiemy, że miasto szybciej się ich uczy niż państwo) i wchodzący w sojusze z innymi samorządami na rzecz zmian w całym kraju – zamiast dominującej dziś konkurencji o wyrywanie sobie kawałków ogólnokrajowego tortu.

Bendyk: Państwo uczy się wolniej niż miasta

Jeśli jakiś polityk przełoży to na projekt reform ustrojowych, mógłby liczyć na poparcie lokalnych elit w poprzek dotychczasowych afiliacji partyjnych, ale też znaleźć uznanie obywateli mocniej ufających władzy lokalnej niż krajowej. Jak się uda, przy okazji zyskamy solidny układ „hamulców i równowagi” dla całego ustroju, bo stanie za nim siła instytucji z demokratycznym mandatem.

Jak prezydent Adamowicz uczył nas strajkować

Po drugie, spójność wymaga łączności, tak jak metropolia trójmiejska potrzebuje SKM-ki i PKM. Żeby zatem cały ten sojusz samorządów nie stał się klubem silnych przeciw biedocie, musi go wesprzeć jakaś forma deglomeracji, ale przede wszystkim infrastrukturalne włączenie – przede wszystkim komunikacyjne – prowincji. Spójność kraju nie bierze się z żadnego „skapywania bogactwa”, lecz z równego dostępu do różnych dóbr, zwłaszcza publicznych. Zaś samo bogactwo, z optymalnego wykorzystania zasobów. Dlatego dostęp do komunikacji zbiorowej w gminach i powiatach nie powinien być funkcją fantazji o niewidzialnej ręce rynku, lecz prawem obywatelskim, gwarantowanym finansowo przez rząd centralny, zaś jego praktyka koordynowana na poziomie regionalnym.

Dostęp do komunikacji zbiorowej w gminach i powiatach nie powinien być funkcją fantazji o niewidzialnej ręce rynku, lecz prawem obywatelskim, gwarantowanym finansowo przez rząd centralny.

To byłaby także oferta dla wsi (skąd mnóstwo mieszańców dojeżdża – lub mogłaby – do pracy), mniejszych i średnich miast – i tych, gdzie nie ma pracy (są w Polsce województwa gdzie wciąż jest ponad 10 procent bezrobotnych), i tych, gdzie pracowników dramatycznie brakuje.

Po trzecie, obywatele rządzą na co dzień, a nie raz na cztery czy pięć lat. Dodajmy: różni obywatele o często odmiennych poglądach, sprzecznych interesach i nierównych kompetencjach. Świetną inspirację daje tu panel obywatelski jako matryca udziału obywateli w rządzeniu, która zwiększa legitymację władzy, ale też pozwala przekonywać ludzi do projektów z początku traktowanych sceptycznie, odideologizowuje debatę, wreszcie uwalnia ją spod tyranii sondaży i logiki plebiscytu. To, co zaczęły już niektóre samorządy należy zaproponować na poziomie ogólnokrajowym, w wybranych, kontrowersyjnych kwestiach. Irlandczycy w ten sposób zalegalizowali aborcję.

Polak też potrafi i to nie tylko w Gdańsku. I nie tylko w Gdańsku będzie potrafił przyznać, że w różnorodności leży bogactwo, siła i nadzieja na przyszłość.

Jak Gdańsk walczy ze smogiem

Po czwarte, opowieść lokalna jako równoprawny filar złożonej tożsamości to norma, a nie zakamuflowana opcja niemiecka. Świadomość, że żyjemy także na cudzych niegdyś ziemiach i w przez kogo innego wybudowanych domach, że mieliśmy dziadków pod Lenino i Tobrukiem, lecz nie zawsze w polskich mundurach, że nasze babcie były uchodźczyniami i że różne powstania mamy w pamięci i nie zawsze tak samo oceniamy reformę rolną, że wreszcie kochamy swoją heimat, pardon, małą ojczyznę równie mocno, albo i bardziej niż Polskę czy Europę – to wszystko jest normą, a nie patologią na całych „Ziemiach Odzyskanych”, Górnym Śląsku, Kaszubach, Warmii czy Pomorzu. Nie tylko centra, ale i peryferie tych regionów, zwane nieszczęśliwie prowincją, bywają czasem konserwatywne, ale wcale nie muszą być nacjonalistyczne.

Polak też potrafi i to nie tylko w Gdańsku. I nie tylko w Gdańsku będzie potrafił przyznać, że w różnorodności leży bogactwo, siła i nadzieja na przyszłość.

Zamiast dywagować, czy piękne – naprawdę piękne i wstrząsające – słowa o. Ludwika Wiśniewskiego Polacy zrozumieją właściwie czy opacznie, przyjrzyjmy się raz jeszcze, na czym polega wielkość Gdańska. Nie tylko w żałobie, ale i w codziennej pracy i w pomyśle na siebie jako wspólnotę. Warto potraktować miasto Jana i Elżbiety Heweliuszów, Schopenhauerów, Wałęsy i Krzywonos-Strycharskiej, Grassa, Jarugi –Nowackiej i Adamowicza nie jako samotną wyspę oblężoną przez siły ciemności, lecz rozsadnik idei. To najlepszy pomnik, jaki można wystawić wielkiemu gdańszczaninowi. Niech wiatr znowu powieje od morza – mógłby po raz kolejny odmienić Polskę. Ale tylko, jeśli politycy uniosą to zobowiązanie.

To jest zobowiązanie płynące dzisiaj z Gdańska

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.