Kraj

Przepaści nie da się zasypać, ale można ją przeskoczyć

Prawi i Sprawiedliwość

Czy potencjalni renegaci z obozu aktualnych zwycięzców w ogóle mają jakąś opcję wyjścia ze swojego obozu i jednocześnie zachowania twarzy?

Po zamachu PiS na niezależne sądownictwo i relacjach z protestów w mediach publicznych, które to relacje skalą wypaczeń przypominają najgorsze czasy nie tylko na ziemiach polskich, scena publiczna zdaje się definitywnie polaryzować. Nie znaczy to, że obok PiS powstanie zaraz drugi blok wyborczy, ale że między zwolennikami a przeciwnikami rządu rozwiera się przepaść, zdaniem wielu, nie do zasypania. Warto jednak zapytać – czy do przeskoczenia? Czy są szanse na to, by część wyborców, ale też polityków czy funkcjonariuszy PiS mogła przejść na drugą, niech będzie, że jasną, stronę mocy?

Właśnie tego problemu dotykają niedawne teksty i polemiki trzech autorek na łamach Krytyki Politycznej, a nie samej tylko kwestii szyderstw przeciwników PiS z Andrzeja Dudy i ich przeciwskuteczności (teza Agaty Szczęśniak), zasadności (antyteza Agnieszki Wiśniewskiej) czy kompletnego braku ich znaczenia i wpływu na rzeczywistość (synteza Magdaleny Błędowskiej).

Upokarzając Dudę, opozycja się pogrążyła

Po lekturze wszystkich trzech artykułów nachodzi mnie refleksja, że może chodzi tu nie tyle o ośmieszanie i upokarzanie mało nam sympatycznego prezydenta (na czym skupiły się krytyczki tekstu Szczęśniak), ile o to, czy potencjalni renegaci z obozu aktualnych zwycięzców w ogóle mają jakąś opcję wyjścia, a właściwie dojścia, tzn. czy ze swojego obozu mają jeszcze dokąd pójść i czy mogą jednocześnie zachować twarz, względnie nie stracić godności?

Duda upokarza się sam

Trudno się nie zgodzić z tezą, że mamy niewielki wpływ na zachowania komentatorów, intelektualistów organicznych czy zwykłych propagandzistów PiS, bo nawet nie znamy ich indywidualnych motywacji. Kiedy jednak Magdalena Błędowska pisze o motywacjach Rachoniów, Karnowskich, Holeckich i innych Pereirów:

to głupota, naiwność, cynizm, wyrachowanie? Jakieś polityczne kalkulacje, zawiłe strategie, które powinniśmy sprytnie przejrzeć? Ale przecież nie ma na to żadnej dobrej odpowiedzi. Nie mamy w to wglądu, mimo najlepszych chęci, bo moje/nasze wartości, hierarchie, wyniesienia i upokorzenia, genialne riposty i „samozaorania”, chwały i wstydy tworzą „po tamtej stronie” zupełnie inną mapę.

Akurat do Andrzeja Dudy w kontekście, o którym pisze Agata Szczęśniak, to się w ogóle nie stosuje.

Duda ma gdzieś, co o nim myślimy

Weźmy pod uwagę, że to odmienne (czy, nazywając rzecz po imieniu, przeciwne) w naszych obozach mapowanie „chwał i wstydów” może wprawdzie dotyczyć bycia homofobem, mizoginem, rasistą, wrogiem UE, lustratorem Michnika itp., ale jednego dotyczyć nie może z pewnością. Bo przecież nie ma na świecie takiej mapy mentalnej ani takiego obozu politycznego, w których bycie marionetką, popychadłem, „słupem” itp. budziłoby szacunek, uznanie czy sympatię – w najlepszym (nieczęstym) razie taki status budzi współczucie, a najczęściej po prostu pogardę. I gdyby trzy czwarte kraju, od profesury PAN po taksówkarzy w Jeleniej Górze (sprawdziłem jednych i drugich), darło ze mnie łacha, że jestem Adrian i że genialne to Ucho Prezesa, to naprawdę czułbym się z tym źle i pragnął tę sytuację zmienić.

Nie zmierzam wcale do wniosku, że jeśli tylko opozycja – zamiast szydzić z prezydenta, względnie mu grozić „jak podpiszesz, będziesz siedział” – napisze na czerpanym papierze list podpisany przez Autorytety III RP, odwołujący się do tradycji jego Alma Mater, Konstytucji 3 Maja i sumienia krakowskiego konserwatysty, prezydent Duda zawetuje ustawy o KRS, ustroju sądów i Sądzie Najwyższym. Nawet gdyby zamiast Leśnego Ruchadła ukazał mu się w nocy duch rektora Fryderyka Zolla i pouczył absolwenta UJ o uniwersaliach, najnowszych propozycji PiS Duda zablokować nie może, bo to dla Jarosława Kaczyńskiego sprawa priorytetowa.

Pamiętajmy jednak, że niedawno prezydent postawił weto dla całkiem istotnej ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, choć mógł ją skierować do TK, zachowując i rubla, i cnotę jednocześnie. W przyszłości może próbować walczyć o jakieś pole manewru – czy to z pomocą małżonki ratując resztki prestiżu Polski w stosunkach z Niemcami, czy też wetując najbardziej horrendalne propozycje rządu. Nie, nie będzie sojusznikiem opozycji, ale warto nie wpychać go na siłę w rolę bezwolnego ogniwa PiS-owskiej machiny, gdy zdaje się w jakichś kwestiach wahać. Jesteśmy w takiej sytuacji, kiedy ziarnko piachu w trybach władzy może zdecydować o losach mediów, organizacji pozarządowych, samorządów, może opóźniać ich rozwalcowanie i przykrajanie pod rządową sztancę.

Duda to tylko przyczynek do dyskusji na temat ogólniejszego problemu: jakim językiem zwracamy się do chwiejnych w tamtym obozie? Co np. z grupą konserwatywnych posłów, którzy chcieliby zrobić frondę? A tym bardziej, co z wyborcami spoza twardego jądra PiS? Nie warto z góry im wypominać, że byli konformistycznymi świniami albo głupcami, bo myśmy przecież wiedzieli od początku, że PiS zmierza do dyktatury (zwłaszcza, że nie wszyscy po stronie opozycji i nie od początku to wiedzieli). Warto raczej podkreślać, że PiS i Kaczyński złamał obietnice wyborcze, że oszukał ludzi, że o żadnym skoku na wymiar sprawiedliwości nie było mowy, że miała być walka z patologią, a nie, excusez le mot, zamiana łagodnej rzeżączki na zaawansowany HIV.

Koncyliacyjne podejście (do chwiejnych i „renegatów” oczywiście, choćby potencjalnych, a nie twardego jądra partii, hunbwejbinów i cyników) sprzyja rozszczelnieniu monolitu PiS i uwidacznia jego przypadkowość i przygodność. Jeśli wszystkich zwolenników PiS hurtem będziemy traktować jak bezmózgi nawóz, z samych przyczyn „godnościowych”, w imię własnego samopoczucia, dużo trudniej im będzie opuścić obóz lepszego sortu Polaków, do którego na pięć pokoleń w tył i wprzód próbuje ich (niestety z niezłym skutkiem) zapisywać Kaczyński. A o tym, że zawstydzanie i dyskurs obciachu nie działają, cały numer „Krytyki Politycznej” już wydaliśmy.

Sierakowski: Siła bezwstydnych

Oczywiście dzisiaj żaden z polityków PiS nie pali się do wychodzenia z klubu parlamentarnego, a jak będzie z ich wyborcami po ataku na sądy – dopiero zobaczymy. Warto grać jednak na to, żeby mogli oni, także w sensie mentalnym, przejść na jasną stronę mocy bez konieczności przepraszania za wszystkie grzechy, z grzechem śmiertelnym głosowania na PiS na czele.

U schyłku PRL opozycja demokratyczna stawała przed podobnymi dylematami. My jeszcze nie jesteśmy u schyłku kaczyzmu, wątpię wręcz, czy mamy już za sobą jego kulminację. Ale jeśli w Polsce zaświta kiedyś nadzieja na zmianę władzy, każdy niespalony most będzie na wagę złota. Choć nie mam wątpliwości, że z wieloma akolitami obecnego reżimu rozmawiać nie ma o czym – reakcja Adama Michnika na żenującą zaczepkę dziennikarza TVP Info wydaje mi się w pełni zrozumiała – fanatycy i cyniczne świnie nie wyczerpują składu ani tamtego obozu politycznego, ani tym bardziej rzeszy jego wyborców.

Mówiąc krótko: nie, bardziej koncyliacyjne transparenty nie wystarczą, żeby odwieść naród od PiS; tak, są działania, gesty i głoszone poglądy, które z grona ludzi przyzwoitych wykluczają, ale negacja szansy „nawrócenia” czy choćby ewolucji kogokolwiek z przeciwnego obozu, tak samo jak żarty z „narodu do wymiany” i szydery z beneficjentów 500+ zasrywających plaże do końca rządów PiS-u nas nie przybliżą. Tak ja w każdym razie rozumiałbym tytułową tezę Agaty Szczęśniak, że „upokarzając Dudę, opozycja się pogrążyła”. Nawet jeśli niektóre memy z Andrzejem Dudą niesłychanie mnie bawią.

Sierakowski w „Polityce”: Cicha tragedia konserwatystów

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Szanowny Panie Redaktorze,
właśnie słucham tego, co dzieje się w sejmie. Jest 19 lipca, 00:17. Przed kilkunastoma minutami poseł Kaczyński był łaskaw zwrócić się do obradujących: "Przepraszam panie marszałku, ale ja bez żadnego trybu. Wiem, że boicie się prawdy. Nie wycierajcie mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami". Nie zareagował nikt z ław pisowskich, a w chwilę później przegłosowano po raz kolejny dalsze procedowanie (choć Nowoczesna złożyła ponad 1000 poprawek, oczywiście zignorowanych). Jak długo można nie nazywać rzeczy po imieniu. Jak długo można pozwalać na to, żeby ktoś zechciał się obudzić. Jak długo można pozwalać na takie łamanie prawa. PiS robi wszystko, żeby cała sytuacja zakończyła się w kryterium ulicznym. Nie obchodzi ich kompletnie nic poza własną zemstą, własnym interesem i władzą. Jeszcze dwie godziny temu, czytając Pański tekst, byłam skłonna zgodzić się z Pańskimi tezami. Teraz już nie.