Kraj

Budowanie potwora. Portret mobbera

gniew

Nie umiałam opuścić tej firmy. Myślałam, że jeszcze chwila, że przetrzymam, że może to on pierwszy odejdzie.

Na początku było nas pięcioro: dwóch techników, handlowiec, ja i on – mój szef. Jeszcze podczas wstępnej rozmowy zaznaczyłam, że szukam pracy spokojnej, z dala od korporacji, bo nie chcę się już denerwować, szarpać z ludźmi, tolerować absurdalnych procedur. Miałam dość. „Wolę nawet mniejsze pieniądze, ale spokój”. „O, to świetnie trafiłaś – ucieszył się. – Mnie często nie ma w firmie, dużo jeżdżę, więc poukładasz sobie w biurze tak, jak chcesz. Daję ci wolną rękę”. Zaproponował, żebyśmy przeszli na ty. „Jestem pewien, że z twoim doświadczeniem wszystko zagra”.

No i zagrało.

Cuda wianki

To była maleńka filia międzynarodowego koncernu. Zostałam zatrudniona do prowadzenia biura, ale szybko stwierdziłam, że to wcale nie jest praca sekretarki. Od razu wrzucił mi kupowanie euro, księgowość, kadry, marketing i codziennie przychodził z czymś jeszcze. Nie były to dla mnie nowe sprawy, umiałam wychwycić, gdzie są niedociągnięcia.

Po miesiącu pracy po raz pierwszy odebrałam telefon od naszego zagranicznego szefa. Ucieszył się, że jeszcze nie uciekłam, bo przede mną przez to stanowisko przewinęło się parę dziewczyn. O moim bezpośrednim szefie dowiedziałam się, że wcześniej pracował w fabryce na taśmie, że pochodzi ze wsi, do firmy trafił jako handlowiec, a kiedy prezes oddziału odszedł na wcześniejszą emeryturę, awansował na p.o. I tak już zostało.

Zdziwiło mnie, że firma sama się toczyła. Wszystko było załatwiane na gębę, z rączki do rączki, cuda wianki. Ustawiłam wszystkie procedury od początku, m.in. kartę pracy, żeby było wiadomo, co kto robił. Walczyłam z pracownikami, którzy byli przyzwyczajeni do dostawania premii bez kontroli, ewidencjonowałam wszystko. Wprowadziłam dla klientów raporty, na których pisałam z tyłu numer wystawionej faktury. „Przestań mi mazać po protokołach, po co to robisz” – śmiał się. „Po to, żeby łatwo było coś znaleźć w przyszłości, jak już będą setki segregatorów”.

Wtedy, w 2006 roku, wystawialiśmy po 15-20 faktur miesięcznie. Dziesięć lat potem około trzystu, to są milionowe przychody.

Dyrektor musi się prezentować

Miałam w sobie dużo entuzjazmu. Taki już mój charakter, że jak jest jakieś zadanie, nawet najcięższe, to je wykonam. Lubię budować coś od początku. To, że firmie groziło zamknięcie, mobilizowało mnie, wszyscy zostawaliśmy po godzinach. Rozumieliśmy, że w naszym interesie jest, żeby jak najszybciej pojawiły się zyski.

Wiele rzeczy zmieniłam, żeby firma ruszyła z kopyta, pozbyliśmy się na przykład ryzyka kursowego, bo traciliśmy na euro w rozliczeniach z centralą, wynegocjowałam więc, żeby utworzyli nam subkonto w złotówkach. Zakres obowiązków zawsze wykraczał poza moje stanowisko. Mieściliśmy się wtedy w jednym pokoju, dwadzieścia parę metrów wynajmowanych w trzypiętrowym budynku. On siedział za mną przy malutkim biurku, a jak ktoś dzwonił, to udawałam, że łączę z szefem i przekazywałam mu słuchawkę – to też był mój pomysł. Klient nie musiał wiedzieć, że gnieździmy się w klitce.

W 2010 roku firma już hulała na tyle, że zmieniliśmy siedzibę. Uparłam się – i to był mój największy błąd – żeby miał swój gabinet. Dlaczego? Bo wydawało mi się, że skoro pracuje u nas coraz więcej ludzi i odwiedzają nas klienci, to szef nie może mi siedzieć na plecach. W otwartej przestrzeni zostało wydzielone szklane akwarium. Tłumaczyłam: „Słuchaj, stół konferencyjny nie może być poskładany z trzech starych, trzeba kupić nowy, dopasować biurko z tego samego drewna, do tego fotel, no, musi to jakoś wyglądać”.

Wszyscy mieli mi potem za złe, że jak tylko przeniósł się do gabinetu, to z dnia na dzień stał się człowiekiem, z którym kompletnie nie dało się porozmawiać. Dzisiaj też myślę, że miałam swój udział w budowaniu potwora. Na przykład często go wyręczałam, bo chciałam go odciążyć, gdy jeździł do klientów. Wyglądało to m.in. tak, że prosił mnie o napisanie swoich raportów ze sprzedaży. „Zajmij się tym, bo już muszę jechać do Katowic, do Łodzi, tam, siam, owam”. Uważałam wtedy, że nawet lepiej, jeśli zrobię coś za niego – będzie szybciej i spokojniej, bo on często wywoływał konflikty.

Oficjalnie byłam specjalistką ds. administracji, a potem, gdy już się nosem podpierałam, uparłam się, żeby to zmienić. Zostałam kierowniczką działu administracji, a na pół etatu została zatrudniona Iwonka, która chociaż wysłała co tydzień listy z fakturami.

W 2011 roku nieźle zapieprzaliśmy. Niskie koszty, ogromny przyrost, zagraniczni menedżerowie klepali go po plecach. Byłam przekonana, że gdy firma zacznie przynosić zyski, to zarobki jakoś równomiernie pójdą w górę. Lubię pomagać, ale nie jestem durna. Moja pensja doszła do średniej krajowej. Jego skoczyła kilkukrotnie. Iwonce na pół etatu odmówił 150 złotych podwyżki, a sam kupił luksusową brykę.

A ludzie widzą i komentują. „Na nas oszczędza, żeby sobie pod dupę najlepsze samochody wkładać, szpanować, kiedy jeździ do rodziny”. Zapytałam go kiedyś, po co mu takie drogie auto? „Jestem dyrektorem, muszę się prezentować”.

Volvo pod Grunwaldem

Kozioł ofiarny

Kiedy techników zrobiło się kilkudziesięciu, wszystko zaczęło mu się wymykać z rąk. Tracił kontrolę nad firmą, nad pamięcią, potrafił nagle zapytać, jak się wystawia fakturę korygującą. Wchodził rano do biura, z nikim się nie witał, no, może ze mną. Szedł prosto do gabinetu, zamykał się.

A kiedy wychodził z akwarium, zawsze musiał znaleźć kozła ofiarnego. Wziął na cel dziewczynę z serwisu – to taka osoba, że kiedy ci zaleje mieszkanie, razem z tobą będzie zbierać wodę, pomocna bardzo. I on na tym jedzie, ciągle dokłada jej obowiązków. Basia trochę się stawia, ale boi się. Z nerwów pali papierosy, to potem dostaje ochrzan, że jest na fajkach zamiast pracować. Wychodzi z firmy roztrzęsiona, to się odbija na jej zdrowiu, siada jej kręgosłup, ale trzyma się tej roboty, bo mąż jeździ dorywczo tirami, raz przynosi pieniądze, raz nie, a mają dwójkę dzieci. Dzięki temu, że praca jest blisko domu, Basia może je odbierać ze szkoły, nie traci dwóch godzin na dojazd do miasta.

Któregoś dnia szef podchodzi do mnie i zaciera ręce: „Chodź, porozmawiamy”. A on jak chce komuś zaleźć za skórę, to zawsze zaciera ręce. „Gdzie jest umowa z firmą A”? „Nie wiem, nie widziałam takiej umowy”. No to z buzią do mnie: „Ja cię zwolnię, ty się do niczego nie nadajesz, jak mogłaś zgubić umowę, podpisywałem ją, miałaś to wysłać do klienta!” „Nie pamiętam”. „Masz coś z głową, znajdź to, nie obchodzi mnie jak!”.

Dzwonię do kolegi odpowiedzialnego za projekt i pytam, gdzie jest umowa z firmą A? „Jeszcze jej nie zrobiłem”. Idę do szefa: „Wydarłeś się na mnie na pół biura, chcesz mnie zwolnić z pracy, a tej umowy jeszcze nie ma”. „Aha” – tyle usłyszałam w odpowiedzi.

Kiedy byłam przeziębiona, w gorszej formie, z gorączką, natychmiast to wyłapywał. Wiem, że nie powinnam przychodzić w takim stanie do pracy, ale zwyciężało to durne poczucie obowiązku. Pięć minut przed moim wyjściem do domu, kiedy widział, że się szykuję, podchodził i pytał: „Co mi powiesz o projekcie X? Co się z nim stało?” „Nie wiem, to było parę lat temu”. I zaczynało się tango: „Jak to nie wiesz?!” „Poczekaj, pójdę po dokumenty”. „Kochana, ja nie będę tu czekał, żebyś sobie po dokumenty szła”. Potrafił nas tak do wieczora trzymać: mnie, Basię i Zośkę, która z nami pracowała w biurze. Na drugi dzień przekopywałam się przez papiery, pukałam do gabinetu: „Czy moglibyśmy dokończyć rozmowę?” „Teraz nie mam czasu”. I już nie wracał do tematu. Próby drążenia, dowiedzenia się czegoś kwitował zdaniem: „Nie widzę potrzeby odpowiedzi”.

Nigdy nie przeprosił mnie za pomyłkę i nigdy nie uprzedził – „Chcę przed końcem pracy pomówić o tym i o tym” – przygotowałabym się. Prowadziłam finanse, księgowość, marketing, rozliczam projekty, pracowników – tego jest bardzo dużo. Gdyby tylko mi dał szansę, ale nie. Zawsze zaskakiwał mnie i mówił: „Jak możesz tego nie pamiętać? Co z ciebie za pracownik?”

Po każdej większej awanturze kręciło mi się w głowie, wymiotowałam, miałam rozwolnienie, tak mi się słabo robiło, że nie mogłam ustać na nogach. Musiałam się zwalniać do domu, położyć do łóżka, odespać.

Któregoś dnia oprowadzał po firmie gości, pokazywał im wszystko, i nagle słyszę, jak do nich mówi: „Proszę popatrzeć, z gówna to sam zbudowałem”.

Dziki folwark

Zazwyczaj to mnie obarczał tym przykrym obowiązkiem. Do czasu. Przyszedł gość w odwiedziny. „O, Agusia nam kawę zrobi”. Zrobiłam, podałam. „A co się tak uśmiechasz?” „Zasłużyłeś sobie, to ci naplułam, mam nadzieję, że będzie lepiej smakowało”. Uznali to za żart, gość się uśmiał, on też: „Widzisz, jak z tymi babami jest”. Zawsze opowiadał to jako najlepszy dowcip, że ode mnie kawy się nie napije, bo mu po złości pluję. I sam sobie parzył, chyba że była akurat Iwonka.

Szefowie z zagranicy przyjeżdżali raz w miesiącu, ale nie wprowadzali swoich porządków. Chyba traktowali nas jak dziki folwark, na zasadzie – a może się uda? A że się udawało, to po co ingerować. Pamiętam, jak jeszcze na początku działalności odwiedził nas taki opiekun. Wchodzi do jednopokojowego biura, witam go, przedstawiam ludzi – to jest pani, która obsługuje serwis, tutaj jest pracownik od instalacji, a tu moje biurko – wymieniłam, czym się zajmuję, a on się śmieje i pyta: „To ile osób pracuje w tym biurze?” Powiedziałam, że pięć, na co on, że u nich tę pracę wykonuje trzydziestu ludzi. Ubawiło go to.

Leder: Relacja folwarczna

Nietykalni

Facetów się bał. Poza Krzyśkiem, bo on zawsze „dzień dobry”, „przepraszam”, to po nim też jeździł. Najskuteczniejszą strategię przetrwania mieli ci, co byli chamscy do bólu, jak chłopak, który pracuje przy realizacji zleceń. „Odpierdol się teraz, robię swoje rzeczy, nie będę ci pomagał” – w ten sposób potrafi się odezwać do współpracownika. Krążą słuchy, że jak się po pracy upije, to mu „ręce chodzą”. Dwóch takich mamy i oni są nietykalni, bo szef się boi, że od nich w pysk dostanie. Obowiązuje prawo pięści, szanuje tylko tego, kto może mu zrobić krzywdę. Kiedyś do jednego krzyknął: „Ja tu jestem szefem!”. A tamten na to: „Szew to ty masz na dupie”.

Chłopcy z magazynu też są w miarę zadowoleni z pracy, bo nie widzą go na co dzień, schodzi do nich tylko raz na jakiś czas.

Najwyżej w hierarchii stoją handlowcy. To u nas odrębna kasta, oczko w głowie szefa. Nie podniesie na nich głosu, boi się ich stracić, bo robią obroty, okręcili sobie klientów wokół palca. Sami faceci. Była wśród nich dziewczyna, to gnębił ją tak samo jak nas, i szybko odeszła.

Otoczenie wokół jego gabinetu, czyli biuro, ma najgorzej. Techniczni dostają premie i nadgodziny, my – nie. Oni pracują w swoich miastach, do firmy przyjeżdżają raz w miesiącu, trzymają się razem i uderzają w niego razem. Nas zawsze wzywa pojedynczo. Iwonce pięć lat zajęło zebranie się w sobie, żeby poprosić o podwyżkę. Bała się, że ją wyśmieje, wyrzuci, że będzie z niej szydził. No i szydzi: „Oj, Iwonka, Iwonka, może byś podwyżkę kiedyś jakąś dostała?”. I cha cha cha, że niby takie żarty biurowe.

Strategie przetrwania

Solidarność między nami polegała na pocieszaniu się nawzajem. Kiedy podjeżdżał samochodem, to jedna drugą informowała: już jest, idzie na górę. Patrzyłyśmy, jaki ma humor. Jeśli mówił dzień dobry, to niedobrze. To znaczy, że coś już było na tapecie i będzie nami poniewierał. Najlepszy humor miał po urlopie, ale po dwóch tygodniach mu przechodziło i z powrotem zaczynała się jazda. Wchodził do biura i każda się gdzieś zawijała – na warsztat, do magazynu, do klienta. Żeby tylko wylądować poza jego zasięgiem.

Któregoś razu przyszły do mnie dziewczyny i mówią, że dowcipy szefa wprawiają je w zakłopotanie. Razem z technikami przechodził obok Basi, a ona tak jakoś trzymała długopis, że skomentował: „Kobiety, kobiety… co do rączki, to do buzi”, i wszyscy w śmiech. Poszłam do niego i mówię: „Dziewczyny się skarżą, że jesteś szowinistą”. Spojrzał na mnie: „No jestem, i co z tego. Jak im się nie podoba, to niech spierdalają” „Nie możesz przy obcych ludziach mówić dowcipów, że co do ręki, to do buzi. Pamiętaj, że każdy ma swoją wytrzymałość. Mnie twoje chamstwo nie przeraża, bo się już przyzwyczaiłam, ale w końcu któraś się odwinie. Jak mogłeś coś takiego powiedzieć?” „A co, to nieprawda?”.

Wprowadziłam taki zwyczaj, że kiedy wyjeżdżał w delegację, mniej więcej raz w miesiącu, serwowałam wszystkim w biurze firmowy obiad. Pizza, kebab, dzień rozluźnienia. Zły pan wyjechał, możemy pogadać, z powrotem zobaczyć w sobie ludzi.

Pierwszy tydzień wolnego wzięłam po dwóch latach. To była majówka. O siódmej rano, kiedy szykowałam się do wyjazdu na działkę, telefon od niego. „Przychodzę do pracy i jak zwykle coś nie działa. Tak się zajęłaś, kurwa, biurem, że kopiarka padła”. „Wczoraj działała”. „A teraz, kurwa, nie działa, i co mi powiesz? Zadzwoń po kogoś!!!” „Przestań się drzeć. Widzisz czerwony przycisk? Naciśnij. Dla oszczędności prądu wyłączamy sprzęt na noc ”. „Czekaj… O, działa. No to na razie, pa”.

Każdy w firmie miał jakąś strategię przetrwania. Zauważyłam, że dwaj nowi nie zapalają lampek na biurku, siedzą przed monitorem po ciemku, może myślą, że wtedy ich mniej widać? Znikają za komputerem, żeby tylko nie wezwał ich do gabinetu. Bo on jest nieprzewidywalny.

Każdy w firmie miał jakąś strategię przetrwania. Dwaj nowi nie zapalają lampek na biurku, siedzą przed monitorem po ciemku, może myślą, że wtedy ich mniej widać?

Zośka krzyczy. Buduje z tego mur obronny, drze się na całą firmę. Czyta maile i: „Kurwa! Ja pierdolę! W dupie mam!” Liczy na to, że jak jest głośna, to nikt nie będzie się jej czepiał, ale on wyłapuje moment ciszy i wyzywa ją od głupich. Wszyscy skonsternowani, nie wiedzą, co ze wzrokiem zrobić. Pytam go: „Masz gabinet, po co wyzywasz ją od idiotek przy ludziach”? „Ale ona jest idiotką”.

Ja nie wypracowałam mechanizmu obronnego. Miałam poczucie, że skoro on jest chamem, to muszę się zachowywać tak, żeby jak najmniej tego chamstwa rozlewało się po biurze. Chciałam uchronić przed nim pracowników, bo czułam się za nich odpowiedzialna, brałam udział w zatrudnianiu. Cały czas mi się wydawało, że może coś do niego dotrze, że coś zrozumie. Reagowałam, wyjaśniałam, że w firmie obowiązują pewne standardy, że takie stwierdzenia jak „nienawidzę pedalstwa” są nie na miejscu. Potrafiłam wejść do gabinetu, kiedy widziałam, że jest za ostro, i zwrócić mu uwagę. Zespół uważał, że jestem duszą tej firmy, że potrafię go zahamować.

Raz mu porządnie przygadałam, bo przyjechał nowy chłopak do pracy w magazynie. Mieszkał w hotelu robotniczym. Młody, ale niekumaty, coś źle przyciął. Został wezwany do akwarium i przez pół godziny był wyzywany od tumanów, złodziei, kretynów. Nie wiedział nawet, o co chodzi, bo szef mu nie wyjaśnił, tylko od razu przeszedł do zjeby. Na koniec stwierdził: „Możesz już odejść, nie chcę cię widzieć. Idź do magazynu i tam się schowaj”.

Chłopak wyszedł z wypiekami na twarzy. Nie wytrzymałam i mówię: „Szefie, gubisz coś”. „Co?” „Słoma ci z butów wypadła”. Długo się do mnie nie odzywał.

Kochasz kapitalizm? Jedź do Finlandii!

Tort

Liczyłam, że na dziesięciolecie pracy mnie doceni. Tyle lat harowałam bez wynagrodzenia za nadgodziny. Mógłby mi chociaż dać premię , stanąć na wysokości zadania. Ale przede mną swoje dziesięciolecie w firmie obchodził Zbyszek. Szef pozwolił mu wnieść tort śmietankowy, poczęstować wszystkich i wygłosić przemowę. I ten tort wszystko mi obrzydził. Pomyślałam, że nie chcę dalej przesiąkać tym, co się tu dzieje, że to nie jest moje miejsce, bo żebym pracowała nawet dwadzieścia lat, to dostanę najwyżej uścisk ręki prezesa. Poczułam cały bezsens wypruwania sobie żył, odechciało mi się robić cokolwiek nowego, wkładać swoją energię. Bo gdy tylko pojawiał się jakiś problem, to się zapalałam, popychałam temat do przodu, ale nie spotykało się to ani ze zrozumieniem, ani z wdzięcznością. Nic, jakby człowiek w studnię wrzucił te wszystkie lata swojej pracy.

„Bonus wywołuje zażenowanie”

W końcu spotkaliśmy się z pracownikami, żeby omówić, co nas boli. Ustaliliśmy, że założymy segregator i tam będziemy wpinać swoje uwagi.

Z segregatora:
Co mi się nie podoba w firmie?
Zbyt mała ilość pracowników w biurze i w serwisie.
Przypisywanie sobie prze szefa zasług innych pracowników, obarczanie błędami innych.
Firma się nie rozwija i nie ma żadnego celu oprócz finansowego.
Wynagrodzenia są nieadekwatne do pracy wykonywanej przez pracowników, premia to pojęcie nieznane, a bonus raz w roku na święta wywołuje zażenowanie.
Brak odpowiednich narzędzi do pracy: stare komputery, przestarzałe oprogramowanie, brak odpowiednich strojów do pracy.
Przemęczenie i przynoszenie pracy do domu, biuro odbiera telefony po godzinach pracy, wieczorami.
Niezależnie od ilości obowiązków, wykonanej pracy czy starań pensja jest zawsze tak samo niska.
Brak grupowego ubezpieczenia albo prywatnej opieki medycznej.
Brak możliwości konstruktywnej rozmowy z dyrektorem generalnym. Na nasze pytania służbowe nie ma nigdy odpowiedzi konkretnej. Zapraszamy zarząd firmy na spotkanie z pracownikami.

Napisałam do wszystkich maila o spotkaniu, żeby się przygotowali. On też był poinformowany. Dzień wcześniej zabrałam kartki z segregatora do domu, spisałam postulaty w punktach, powykreślałam to, co się powtarzało, żeby było porządnie.

Zebraliśmy się i mnie wyrzucił z sali. Stwierdził, że knuję za jego plecami, że nie będzie ze mną współpracował. Wtedy dziewczyny z serwisu wstały i powiedziały, że one też pisały te postulaty i wymogły na mnie, żebym je wysłała do zarządu, więc na znak solidarności rezygnują z pracy. Poprosiłam je, żeby się nie wygłupiały, nie wymagam takiej lojalności, żeby ktoś ze względu na mnie pakował się w kłopoty.

Coś mnie zjada od środka

Po tej awanturze nie mogłam podnieść ręki, zdrętwiały mi nogi. Przeraziłam się. To był piątek. W sobotę pojechałam na dyżur do kliniki terapeutycznej, gdzie usłyszałam, że to na tle nerwowym, i dostałam zwolnienie lekarskie. Czułam ostatnio, że mam za dużo na głowie, i nieraz mu o tym mówiłam, zgłaszałam, prosiłam: nie daję rady. Kiedy na zebraniach ktoś pytał, dlaczego windykacja nie jest robiona na czas, odpowiadałam: „Nie jest i nie będzie, bo mam jedną głowę i dwie ręce”. Za miesiąc to samo: „Dlaczego nie dostajemy windykacji?”. Pracowałam w weekendy, brałam robotę na pendrive, przyjeżdżałam do domu, wypuszczałam psy na dwór i do wieczora siedziałam nad firmowymi sprawami. Życie osobiste – żadne. Nie miałam nawet czasu iść do fryzjera. Zawsze można było tak spiąć włosy, żeby nie było widać odrostów.

To nie był pierwszy raz, kiedy nie miałam sił wstać z łóżka. Kiedyś w tej firmie myślałam, że już ze mną koniec. Siadły mi stawy, nie mogłam jeść, nikt nie wiedział, co mi dolega – jedni mówili, że to borelioza, inni, że egzotyczny wirus, a może mononukleoza – teka badań. Wyniki jak przy sepsie, chociaż nie byłam w szpitalu. Jedna choroba znikała, pojawiała się nowa: może jelita, a może rak, a może coś tam. Chodzisz od lekarza do lekarza, nic to nie daje. Przestał mi działać system immunologiczny, jakby jakaś bakteria zaczęła mnie zjadać od środka. Siadła mi tarczyca, były dni, że tyłam kilogram dziennie, niewiele jedząc. Przestraszyłam się, rzuciłam palenie, zapisałam się na jogę.

Miałam wrażenie, że wszystko wymknęło mi się spod kontroli. Nawet pranie, sprzątanie ogrodu, opieka nad psami. Robiłam porządki w domu, a po godzinie był jeszcze większy bałagan. Coraz mniej mogłam zdziałać, jakbym nie ogarniała przepływu czasu. Zazwyczaj wprowadzałam do komputera tygodniowe dane z banku w ciągu godziny, ostatnio zajmowało mi to dwie i pół. Sprawdzałam po trzy razy, czy się nie pomyliłam. Rozkojarzenie. Zrobiłam umowę, wychodziłam z pracy i „O Jezu, chyba umowy nie wypisałam”. Wracałam: „A nie, jednak jest”. Natłok pracy i stres spowodowały, że mój mózg przestał ogarniać, co robię. Siadasz do biurka, które wczoraj do godziny 22 w miarę oczyściłaś, nie ma jeszcze południa, a tam narosło tyle papierów, że nie wiesz, za co się zabrać, żeby ci ktoś łba nie urwał.

„Czy ma pani myśli samobójcze?”

Nigdy nie płakałam, nawet po śmierci brata. Nie skarżyłam się ani córce, ani przyjaciółce, ani matce. Po co je obarczać problemami, uważałam, że sobie poradzę. Rozkleiłam się dopiero w poradni terapeutycznej, do której trafiłam po tym, jak mnie wyrzucił z zebrania. Łzy mi leciały ciurkiem, nie spodziewałam się, że tyle emocji we mnie siedzi.

Dopiero w gabinecie uświadomiłam sobie, w jakie on mnie kleszcze złapał. Że to nie było przypadkowe, że wołał mnie do gabinetu tuż przed wyjściem do domu. Wcześniej myślałam: cham i tyle. Tymczasem to była taktyka, przemoc, a nie zwykłe chamstwo. Zaczęłam sobie te mechanizmy uzmysławiać i byłam przerażona, jaki to jest kawał skurwysyna. Coś we mnie puściło, poczułam się ofiarą. Lekarka powiedziała, że mam długotrwały, przechodzony stres, że muszę się uspokoić, wrócić do sił, aż będę gotowa do dalszej pracy. Wypisała mi zwolnienie i lek odblokowujący receptory serotoniny. Pomogło. Po trzech dniach od wysłania zwolnienia do pracy dostałam wezwanie na komisję ZUS. Przeszłam ją koncertowo, pani doktor powiedziała, że w ostatniej chwili się ocknęłam.

Dopiero w gabinecie uświadomiłam sobie, w jakie on mnie kleszcze złapał. Że to nie było przypadkowe, że wołał mnie do gabinetu tuż przed wyjściem do domu.

Już parę razy byłam tam wzywana, miesiąc w miesiąc, pokój 145, pierwsze piętro. Za pierwszym razem opowiedziałam wszystko, ale za drugim, trzecim, czwartym? Ostatnio nie wytrzymałam i mówię: „Nic mi nie jest, tylko mi się życie rozjechało”. Litości, w komputerze parę stron na ten temat, a ja mam wszystko od początku opowiadać tylko dlatego, że znowu przyszedł ktoś nowy? Kobieta otworzyła plik, przeczytała, i zadała pytanie: „Czy ma pani myśli samobójcze?”. Mówię, że nie mam i nie będę miała, bo mam córkę, wnuczkę, nie chcę się wieszać. „Uznaję pani zwolnienie za zasadne”.

Nie ma we mnie gniewu. Jest uczucie, jakby ktoś otworzył mi głowę i pozwolił zrozumieć różne sprawy. Dużo o tym wszystkim myślałam i doszłam do wniosku, że nie chcę pracować w firmie, w której muszę się wstrzymywać z entuzjazmem. Nie chcę być w pracy kimś innym, niż jestem prywatnie. Mam taki charakter, że lubię pomagać, mój stosunek do ludzi i zwierząt nigdy się nie zmieni. Ale firma to nie człowiek w potrzebie. Ktoś na twoich chęciach robi pieniądze.

Gdybym trafiła na inną pracę, może dzisiaj byłabym w lepszej sytuacji finansowej? A tak nie mam odłożonego ani grosza, bo się nie dało. Zmarnowałam czas i zdrowie, ale się nie załamuję, widocznie taką lekcję pokory musiałam odebrać. Jak sięgam pamięcią, nie miałam wygórowanych oczekiwań. Po maturze w 1991 roku wyjechałam z Polski, zachłysnęłam się Zachodem, wróciłam siedem lat później. Zamieszkałam z mamą, która dopilnowała mi dziecko, odebrała je z przedszkola, ale zarabiałam tylko na życie. Kiedy córka podrosła, chciałam usamodzielnić się mieszkaniowo i to był przełom. W 2009 roku wybudowałam dom, zaczęła się walka z kredytami, żądałam większych pieniędzy za swoją pracę, zrobiło się niemiło. Dwa lata później zagroziłam mu, że się zwolnię, jeśli nie dostanę podwyżki. Usłyszałam wtedy: „Nie ma absolutnie takiej opcji, nie widzę tej pracy bez ciebie”.

Ogień

Miałam sen, że pali się biuro. Ludzie patrzą na płonący budynek, a ja – z poczucia obowiązku, przywiązania do firmy, obawy, że tam są ważne dokumenty, których nikt potem nie odtworzy – wchodzę do środka. W tym śnie wiedziałam, że nie powinno mnie tam być, bo jestem na zwolnieniu. Mimo to szłam, a każdy kolejny krok gasił ogień. Zaczęłam chodzić po całym biurze, żeby je uratować. Za mną ruszyli wszyscy, łącznie z szefem. W pewnym momencie zobaczyłam, że stoi naprzeciwko. Zaciera ręce i mówi do mnie: „Chodź, porozmawiamy”.

***

Po powrocie ze zwolnienia lekarskiego bohaterka tekstu dostała wypowiedzenie z uzasadnieniem (składnia oryginalna): „Poddanie przełożonego miażdżącej krytyce w czasie zebrania całego personelu firmy bez możliwości wcześniejszego zapoznania się z zarzutami i ustosunkowania do nich, narażając na utratę autorytetu i możliwości kierowania zespołem”. Wniosła pozew do sądu pracy.

Imiona pracowników firmy zostały zmienione.

***

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska: Co się wydarzyło w tej firmie?

Agata Bechowska-Gebhardt, prezeska Fundacji Wspierania Działań Antymobbingowych i Rozwoju Organizacji: Wiele niepokojących rzeczy. Przede wszystkim zaistniały czynniki wskazujące na ryzyko mobbingowe. Mam na myśli niejasne zasady funkcjonowania firmy, brak klarownego podziału obowiązków, kontroli ze strony centrali, do tego osobowość szefa i podejście naszej bohaterki, która chciała stworzyć świat z tego chaosu. Być trochę kreatorem-demiurgierm.

Ale z tego kreatora stała się obiektem działań przemocowych.

Może zabrzmi to paradoksalnie, ale tak samo jak niektórzy „kochają za bardzo”, tak są ludzie, którzy za bardzo angażują się  w pracę. Bohaterka znalazła się w grupie ryzyka, ponieważ była świetną specjalistką i starała się zrobić znacznie więcej niż to, co wchodziło w zakres jej kompetencji. Ofiarą mobbingu często padają właśnie osoby zdolne, nastawione entuzjastycznie do pracy. Może – to jest tylko moja hipoteza – tak bardzo się starała, bo pragnęła ze swojej wzorowości stworzyć tarczę ochronną? Natomiast to nie była ochrona związana ze zdrową samooceną i jasnym określeniem tego, co mogę, a na co nie mam już wpływu. Rzuciła się głową w dół do basenu, nie wiedząc, co jest na dnie.

Dlaczego?

Może bardzo chciała czuć się potrzebna? Może starała się zasłużyć na uznanie w oczach przełożonego? Dla mnie wygląda też trochę na uzależnienie psychiczne od tego, czy szef doceni, i myślę, że bohaterka była gotowa zapłacić dużą cenę, aby to uznanie otrzymać – kosztem zdrowia, wolnego czasu, nawet odpoczynku. To firma była jej priorytetem, a cała reszta gdzieś daleko w tyle. Najgorsze w tym wszystkim było przegapienie pierwszych sygnałów, że im gorzej się dzieje, tym więcej pracuję, co nie przynosi pożądanych efektów, bo to szef spija całą śmietankę. Przyszło mi do głowy przysłowie – jak koń dobrze ciągnie, to jeszcze go batem. Czyli im bardziej bohaterka starała się robić to, co mogła, tym więcej szef wychwytywał nieistniejących błędów, wypytywał o umowy sprzed lat, próbował pokazać jej, że jest niekompetentna.

Ofiarą mobbingu często padają właśnie osoby zdolne, nastawione entuzjastycznie do pracy.

Marie-France Hirigoyen, francuska badaczka mobbingu, mówiła, że aby ofiarę zmobbingować, trzeba ją do tego przygotować, zmiękczyć. I widzimy takie dwutorowe działanie ze strony szefa – z jednej strony eksploatacja, z drugiej tworzenie aury niekompetencji, żeby podciąć poczucie własnej wartości, zdezorientować, uzależnić od dobrego mniemania szefa, a wreszcie wyeliminować.

Co jeszcze możemy powiedzieć o szefie?

Stworzył wśród pracowników poczucie, że wszystko trzyma pod kontrolą, a pytania są zbędne. Myślę, że to człowiek, który potrafi manipulować nastrojami. Bohaterka myśli: wkładam tak dużo wysiłku w pracę, że sukces musi nadejść. Niestety, nie nadchodzi, co budzi rozczarowania, frustracje i przekłada się na problemy zdrowotne.

Natomiast strategia mobbera jest odmienna i bardzo prosta. Jego firma działała jak wyciskarka do cytryn, a jak się cytrynę wyciśnie, to się ją wyrzuca. Podobnie postąpiono z bohaterką tekstu – wyciśnięto z niej wszystkie soki, a kiedy zaczęła mieć problemy zdrowotne, to się jej pozbyto. Nieważna efektywność, nadgodziny, zaangażowanie. Do widzenia.

Co zrobić, żeby nie zostać wyciśniętym?

Podstawa to wyraźne określenie granic. Brak jasnego postawienia tych granic został odczytany przez szefa jako przyzwolenie na przemoc, która miała charakter słowny, ale była też przemocą psychiczną. Bohaterka weszła w sytuację niezdefiniowaną i starała się ją określić na własnych zasadach, co zaczęło przeszkadzać szefowi. Mówił zresztą do niej: po co te faktury porządkujesz? Owszem, zależało mu, na tym, żeby ludzie chodzili jak w zegarku, ale niekoniecznie na tym, żeby przestrzegane były procedury. Łatwiej mu było funkcjonować w warunkach kontrolowanego chaosu.

Czekanie, że będzie lepiej, zajęło jej 10 lat życia.

Miała pewną wizję siebie w tej firmie i przekonanie, że uda jej się to osiągnąć swoją ciężką pracą. Zadziałał mechanizm zaangażowania – włożyła w pracę wysiłek, a jak zauważyła, że jest niewspółmierny do tego, co ją spotyka, ciężko już było się wycofać. Ciągle była nadzieja: ogarniam to, kontroluję, daję radę. Jeśli dodamy do tego jeszcze silny stres, który upośledza realną ocenę sytuacji, przemęczenie, to mamy taki efekt, że bohaterka eliminowała wszystko, co nie pasowało jej do obrazu. Typowy mechanizm samoobronny: może będzie lepiej, to przejściowe, tyle już mi się udało. Mam problemy w pracy, ale uciekam przed tymi problemami właśnie w pracę, żeby się z nimi nie konfrontować. Błędne koło.

Było grono ludzi, którzy trzymali się razem, ale próba buntu załogi nic nie dała.

Zabrakło jednolitego frontu i ustalenia zasad, jak będziemy postępować wobec mobbera. To nie jest czysta relacja. Nie można być wobec niego szczerym, pokazywać swojego nastawienia i postawy, trzeba schować emocjonalność pod pancerzem. Jeśli nasz przeciwnik czyta z nas jak z otwartej księgi, jesteśmy na straconej pozycji. W tekście jest mowa o tym, że szef bał się innych mężczyzn, może z nimi trzeba było stworzyć linię obrony?

Bohaterka tańczyła tak, jak jej mobber zagrał. Jedyną możliwą strategią było zatrzymanie się – niech orkiestra gra, niech dyrygent dyryguje, ja staję na środku sali i zastanawiam się: czy to jest rzeczywiście muzyka dla mnie? Czy muszę uczestniczyć w tym, co się dzieje w firmie? Nie deprecjonuję ani nie winię ofiary, po prostu mobbing w ten sposób działa. Człowiek jest w pętli i przez myśl mu nie przejdzie, że jego starania i wysiłek nie działają. A mobber nie daje ofierze czasu, żeby zebrała siły na pomyślenie. Wyczuwa ten moment, czasami go uprzedza. Szef naszej bohaterki był wytrawnym manipulatorem, bo jak zobaczył, że ona jest zbyt dobra, ma efekty, to na wszelki wypadek uznał, że trzeba jej dać po głowie. Dla niego to była forma gry w kotka i myszkę. A kiedy porządek wypracowany przez bohaterkę zaczął mu grozić, wtedy ją zwolnił.

Zła praca. I kogo to obchodzi?

czytaj także

**
Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska – dziennikarka.  Na łamach pisma „Coaching” prowadzi cykl „Strefa Zagrożenia” o patologicznych zjawiskach na rynku pracy. Pracowała m.in. w Newsweeku i Przekroju, jest współautorką książki pt. Andrzej Wajda – ostatni romantyk polskiego kina.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Przedwczoraj dostałem pozew rozwodowy do ręki. Dzieci i mieszkanie dla żony. I alimenty. I nie mam dla kogo żyć. Wiec wczoraj złożyłem wypowiedzenie w pracy i mobbing mi nie grozi. Wyprowadzam się pod most. Można? Można!