Kraj

Płonie państwo z kartonu

ogien-odpady

Powiedzmy sobie szczerze: płacimy dziś za słabość naszego państwa. Polską nikt nie rządzi, co najwyżej zarządza.

Przed dwoma tygodniami opinią publiczną wstrząsnął pożar na wysypisku śmieci w podłódzkim Zgierzu. Udało się go w końcu ugasić, ale od tamtej pory nie ma dnia, żeby nie pojawiły się kolejne. I te nie przyciągają już tak wiele medialnej uwagi.

Łącznie ponad osiemdziesiąt pożarów od początku roku. Będą kolejne, bo trudno, żeby coś się w najbliższym czasie zmieniło – z bardzo prostego powodu. Nasi biznesmeni zwieźli na wysypiska więcej śmieci niż są w stanie zrecyklingować. Poza tym: kto by się bawił w „odzyskiwanie” odpadów, skoro taniej jest je spalić, a można jeszcze przy tym uzyskać odszkodowanie? Zrobi się za to miejsce na kolejne transporty.

To klasyczna sytuacja „uspołecznienia kosztów”: do atmosfery dostaną się trujące wyziewy, a za akcję gaśniczą płacimy z naszych podatków. Ale powiedzmy sobie szczerze: płacimy za słabość naszego państwa, a więc dobrze nam tak.

Tak się składa, że zwykle płoną te materiały, które są drogie w przetworzeniu i składowaniu. I choć prokuratura zazwyczaj stwierdza w takich przypadkach podpalenie, sprawców – znowu trudno się dziwić – nie udaje się złapać. I nie pomoże w tym flagowy pomysł wiceministra środowiska Sławomira Mazurka, biegającego w zeszłym tygodniu w koszulce moro, który zaproponował obowiązkowe instalowanie kamer na wysypiskach.

Nie pomoże też zatrudnienie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ani łączenie śledztw w prokuraturach.

Jak naprawdę wygląda ten biznes?

Po pożarze w Zgierzu firmie składującej nielegalnie odpady przyjrzał się Mateusz Mirys. Nie chodzi tu wcale o żadne skomplikowane operacje finansowe. Biznes korzysta po prostu na tym, że świat – głównie Zachód, choć do Polski trafiały także śmieci z Nigerii czy Nowej Zelandii – nie ma ochoty trzymać odpadków u siebie, słono więc płaci za wywóz. U nas nikt tego nie kontroluje, a przepisy są na tyle liberalne, że taki interes może otworzyć praktycznie każdy. Znacznie trudniejsze jest jego zamknięcie – nawet po stwierdzeniu nieprawidłowości inspektorzy ochrony środowiska niewiele mogą: wystawić mandat 500 zł, nakazać posprzątać albo wnioskować do Marszałka Województwa o cofnięcie pozwolenia. To ostatnie rzadko się jednak zdarza. Aha – o kontroli trzeba oczywiście wcześniej poinformować. I tak np. na śmieciowisku w Zgierzu kontrole trwały od grudnia i skończyły się malowniczym pożarem.

Nikt tak naprawdę nie sprawdza, co się właściwie do Polski wwozi. Nikt nie sprawdza, czy dany przedsiębiorca posiada technologię, która pozwoli mu śmieci przetworzyć – wystarczy sama jego deklaracja. Nikt nie sprawdza, ile ton śmieci można zwieźć jednorazowo na wysypisko. Zwozi się więc jak najwięcej. Według ministra Kowalczyka śmieciowa szara strefa może być warta nawet 1,5 mld zł.

Żałuję, że sam na to nie wpadłem. Zakładasz „punkt recyklingowy” (dzięki temu nie potrzeba zgody środowiskowej) w jakiejś, za przeproszeniem, dziurze. Dostajesz zgodę od samorządu, najpierw na rok, a potem już na 10 lat. Kasujesz po kilka stów za tonę, w zależności od towaru, który i tak jest bez znaczenia, bo się go spali. Czas leci, góra odpadów rośnie, a ty czekasz jak ci konto puchnie. Tak się robi interesy.

„Będziemy mieć konkretne zmiany legislacyjne dotyczące wydawania zezwoleń, działania, kontroli i kar dotyczących składowisk odpadów. Nie może być tak, że walczymy ze smogiem, a z drugiej strony przez pożary dochodzi do zatrucia środowiska. Miarka się przebrała. Wygoniliśmy mafię paliwową, wygonimy mafię śmieciową” – mówił premier Mateusz Morawiecki po pożarze w Zgierzu. Gdyby Chińczycy na początku roku nie zrezygnowali z przyjmowania do siebie śmieci z Europy, a nasi śmieciowi biznesmeni jedli łyżeczką, zamiast chochlą – zabawa trwałaby jednak dalej, i to pomimo alarmów niektórych samorządów czy Najwyższej Izby Kontroli. Polską bowiem nikt nie rządzi, a co najwyżej zarządza. Morawiecki będzie więc teraz łatał dziury, o wiele za późno.

Ostatnio NIK poinformował, że ze względu na niezrealizowanie przez Polskę wyznaczonych przez Unię Europejską „celów recyklingowych” grożą nam wysokie kary. Według zaleceń połowa składowanych śmieci ma być przetwarzana. Jednak w 12 z 22 sprawdzonych gmin, procent odpadów recyklingowanych zmniejszył się. Poza tym – co podkreśla raport – gminy manipulują danymi. Przybyło też nielegalnych składowisk śmieci.

Nie radzimy sobie zatem z własnymi śmieciami, a przyjmujemy je z zagranicy. Po co? W styczniu – kiedy Chiny wprowadzały swój zakaz importu śmieci – media branżowe twierdziły, że przed Polską otwiera się szansa – możemy być czempionem w przetwarzaniu śmieci. No i staliśmy się, tyle że na swój, oryginalny, sposób.

Czas na Obóz dla Puszczy Karpackiej?

W 2013 roku – kiedy wprowadzono nową „ustawę śmieciową” – odpowiedzialność za gospodarowanie śmieciami zrzucono na samorządy. Te zaś zaczęły kierować się kryterium najniższej ceny. Przetargi zaczęły więc wygrywać te firmy, które obiecywały, że zajmą się odpadami najtaniej. Inne, które wcześniej inwestowały w nowe technologie, zaczęły bankrutować.

Co można zrobić? Na pewno należy zakazać importu śmieci do Polski – bo nie ma powodu, dla którego mielibyśmy być śmietniskiem Europy. Te składowiska, które jeszcze funkcjonują, należy stopniowo wygaszać, zwiększając kontrole i być może zwiększając kary dla właścicieli, którzy ze śmieci zrobili sobie szkodliwy dla nas biznes. Jako społeczeństwo powinniśmy zaś dążyć do tzw. polityki zero waste – do wspieranego przez politykę państwa radykalnego ograniczenia ilości produkowanych śmieci i recyklingu do stu procent używanych materiałów. Przed nami jednak długa droga, bo przyzwyczajenia zmienić najtrudniej. A najbardziej te, które mówią, że na wszystkim da się zarobić.

Na Dzień Dziecka najmłodsi dostaną koncerty, zmiany klimatu, choroby i płonące składowiska odpadów

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.