Kraj

O „wielkim powrocie Kubicy” głos wołający o rozsądek

Robert Kubica w roku 2014. Fot. Wikimedia Commons

Cud mniemany, którego jesteśmy świadkami, to ordynarna korupcja polityczna. Żaden polski polityk nie dał więcej, żeby wykupić się od aferalnie niezręcznej sytuacji.

Z niedowierzaniem przyjąłem informację na temat powrotu pana Roberta Kubicy do startów w F1, ale to, co wprawiło mnie w prawdziwe zdumienie, to brak głosów krytycznych wobec tego faktu. Niemal wszyscy radośnie przyklasnęli w dłonie w bezkrytycznym zachwycie nad cudem. Niestety mniemanym.

O istocie „cudu”

W istocie cud mniemany, którego jesteśmy świadkami to, nazwijmy rzecz po imieniu, ordynarna korupcja polityczna – bodajże największa i realnie, i nominalnie (100 mln zł!) od roku ’89. Żaden polski polityk (nie wiem jak na Zachodzie i świecie w ogóle) nie dał więcej, żeby wykupić się od aferalnie niezręcznej sytuacji.

Taśma Morawieckiego: nie ma afery, jest ideolo

Szczególnej pikanterii temu dealowi dodaje nawet nie fakt, że gdy ów polityk nie był jeszcze politykiem, to dziękował losowi za kontuzję pana Roberta (co z ludzkiego punktu widzenia było naprawdę nieludzkie), ale to, że kontuzja ta – jak utrzymywał – uchroniła go od wydatkowania zaledwie połowy rzeczonej kwoty z budżetu prywatnego banku (!). Ciemny lud, który to sfinansuje z budżetu spółki Skarbu Państwa, to przecież nie nie-w-ciemię-bici-akcjonariusze zachodniego banku.

I jeszcze się ciemny lud z tego ucieszy. Przecież to takie ludyczne. Rzeczywiście, coś jest na rzeczy. Co? Jak dla mnie siara. Osnucie tej korupcji igrzyskami dla ciemnego ludu z daleka trąci diabelską wirtuozerią. Siara i jeszcze raz siara. Tym, którzy odżegnują owego polityka bez skazy od czarciej zagrywki przypomnę, że od jakiegoś czasu bezpośrednio nadzoruje sponsora pana Roberta.

Hurra propaganda

Tu wzniesiono się na wyżyny bezrefleksyjności. Od komentatorów społeczno-gospodarczych po dziennikarzy sportowych. Z kręgu tych ostatnich przodownikami stali się dziennikarze TVR (Telewizji Reżimowej) Sport. Redaktorzy Kurzajewski i Babiarz pieją do kamery z zachwytu, jakby za nią zamiast operatora stała kadrowa z kwitami na wypowiedzenie albo wręcz cały pluton egzekucyjny.

Czemu, na miły Bóg, nikt nie powie, jak jest naprawdę? A jak jest? Ano tak, że Formuła 1 się zmieniła i w połowie składa się z tzw. „płacących zawodników” A co to oznacza? Ano to, że w połowie nie mamy do czynienia z najlepszymi z najlepszych, ale z tymi, którzy jeżdżą, bo zapłacili za możliwość jeżdżenia, przyprowadzając bogatych sponsorów. Sztuka ta udała się Panu Robertowi, dzięki wpadce niegdysiejszego prezesa pewnego prywatnego banku, który nie wiedział, że będzie premierem i paplał, co mu ślina na język przyniosła. Dokładnie tak samo, tyle że bez niezręcznego przymusu, za udział niejakiego Siergieja Sirotkina zapłacili rok temu Rosjanie z SMP Racing. Urażonym krzykaczom-pieniaczom odpowiadam: to prawda, że pan Robert wykonał ogromną pracę, żeby powrócić do zdrowia i do ścigania się. Zapewne prawdziwe jest także to, że osiągnąłby w mijającym sezonie lepszy wynik niż Rosjanin (choć Sirotkin i jego sponsorzy zrezygnowali kilkanaście dni temu ze startów), ale to nie zmienia faktu dla nas podstawowego, mianowicie tego, że jest tzw. „zawodnikiem płacącym” za udział w startach F1. Żaden z zespołów F1 (łącznie z Williamsem) nie zapłaci panu Robertowi ani za sekundę na torze. Wynagrodzenie dla Pana Roberta zawarte jest w kontrakcie sponsorskim. I tyle.

Nad tym, że sama F1 jako organizacja widzi problem w funkcjonowaniu tego procederu nie będę się dłużej rozwodził, wierząc w to, że znajdzie się choć jeden obiektywny dziennikarz motorsportowy, który – bez obawy o branżowy ostracyzm – rzetelnie to Państwu opisze.

I – te słowa kieruję do pana Roberta – proszę nie mówić, że nic Pan nie wie o działaniach sponsora, rozsiewając aurę bycia poza czy ponad tym, bo będę musiał zarzucić Panu kłamstwo.

CSR na manowcach

„Abecadło z pieca spadło. O ziemię się hukło…”. Zaiste niezwykle obrazowo (ja zawsze podejrzewałem go o zdolności profetyczne) opisał Julian Tuwim upadek ABC społecznej odpowiedzialności biznesu. Bo gdzież ona teraz jest? Napisałbym, że w czarnej „dziurze”, ale młodzież czyta, to napiszę – za Stachurą – że na „cudnych manowcach”. Nie widzę realizacji żadnego z celów CSR, widzę za to szereg efektów przeciwskutecznych, anty-si-es-ar-owych. Jedyny cel to zapewnienie ludowi rozrywki osnutej na tle polskiego bohatera romantycznego, który niczym Feniks z popiołu wznosi się ku wyżynom, pokonując ludzką słabość, wbrew przeciwnościom losu. No bo Polak potrafi.

Na czym polega #DefektDomina i dlaczego można zadawać pytania filantropce

Jak będzie wyglądał ten CSR? Zobaczcie Państwo sami:

– Niedzielne popołudnie. Polska rodzina po mszy w kościele. Z kuchni dochodzi zapach i skwierczenie dochodzących schabowych. Matka odcedza ziemniaki. Ojciec z dziećmi już na kanapie przełączają kanały w poszukiwaniu relacji z Abu Zabi, Buenos Aires czy węgierskiego Hungaroringu. W lodówce chłodzi się to, o czym tu nie napiszemy z uwagi na społecznie odpowiedzialną ustawę o wychowaniu wiadomo w czym. Wiadomo też, że w ciągu blisko dwóch godzin emocjonującej relacji czteropak tego czegoś zostanie pokonany. Tu na pewno zawsze będzie sukces, nie wiem jak na torze.

Ojciec pewnie pójdzie spać po niemiłosiernym wysiłku, a chłopak (miejmy nadzieję, że nie uczestniczył w pogromie czteropaka), pożyczywszy kluczyki od taty pójdzie w ślady pana Roberta. Bez toru kartingowego, bez instruktora – tak na fali emocji. Snuć wizję dalej? Ile takich rodzin? Ilu takich chłopców? Ile…?

Nie mam nic przeciwko motorsportowi, ale uprawianemu w sposób odpowiedzialny.

Wiemy, że do tej pory sponsor pana Roberta w tej dziedzinie umiał być rozsądny, prowadził szereg aktywności skierowanych do motorsportowo utalentowanej młodzieży, jak choćby Akademia Orlen Team. Ale to kosztuje. Z czego i z kogo sponsor zrezygnuje na rzecz pana Roberta? To szalenie istotne pytanie w kontekście ogólnonarodowego zachwytu nad powrotem pana Kubicy. Warto te pytania sponsorowi zadać.

Szkoła sportu

Budżet nie jest z gumy, a 50 mln zł rocznie to mniej więcej tyle, co sponsoring piłkarskiej reprezentacji narodowej przez Lotos (nota bene: ponoć wchłaniany przez Orlen). Idźmy dalej: co z tzw. Grupą Sportową Orlen, tj. lekkoatletami – Anitą Włodarczyk, Pawłem Małachowskim, Pawłem Fajdkiem, Adamem Kszczotem, kobiecą sztafetą i wieloma, wieloma innymi? Czy nasza najbardziej utytułowana, wielokrotna mistrzyni olimpijska w rzucie młotem – z budżetem sponsoringowym na poziomie marnych kilkuset tysięcy złotych rocznie – nie poczuje się nabita w butelkę? Co z mistrzami świata w piłce siatkowej – za marne kilkanaście milionów rocznie? Nie poczują się nieswojo? Przecież regularnie dostarczają najwyższych sportowych emocji i przywożą tytuły mistrzowskie. Będziemy mieli zagwarantowane podium w F1? Dalej. Co z Dakarem i Orlen Teamem, który od kilkunastu lat dostarczał nam sportowych emocji w najbardziej znanym wyścigu cross-country Paryż-Dakar? Pamiętamy o ich sukcesach? W Dakarze 2018 Przygoński zdobył 5. miejsce! Jest o krok od podium. Wystartuje w 2019 roku? To są jednak spore koszty. Cały Orlen Team z Akademią – kilkanaście milionów złotych? Do zaorania?

Ja tam kibicuję Piastowi Gliwice [rozmowa]

I jeszcze spytam, choć w zakresie CSR pytań jest o wiele wiele więcej, co z tymi, którzy być może pana Roberta najbardziej rozumieją, a mianowicie, co ze wsparciem dla Polskiego Związku Paraolimpijskiego? (O PKOL się nie boję, bo ci sobie krzywdy nie dadzą zrobić) Czy składka na fanaberie pana Roberta zabierze im wsparcie? Mam głęboką wiarę i nadzieję, że tak się nie stanie. Przeczucie jednak alarmuje, że spełni się najgorszy scenariusz.

„Korzystne” korzyści

Z obszaru społecznej odpowiedzialności wróćmy na chwilę do realnego biznesu, bo nie brak takich, którzy wróżą Orlenowi złote góry z inwestycji w Williamsa. Że stacje za granicą, że nowe kierunki dostaw z krajów zafascynowanych F1, że duży zwrot mediowy. Prawdą – w moim głębokim odczuciu – może być tylko to ostatnie. Może, ale nie musi, bo prócz tych środków na ratowanie Williamsa i pana Roberta, sponsor będzie musiał dopłacić stacjom TV za tzw. komunikację. Baaardzo niemało.

Co do stacji, to tak się składa, że na najbardziej interesującym nas w tym aspekcie rynku niemieckim (zostawmy Litwę i Czechy ze względu na skalę), sponsor występuje pod marką Star i nie należy się spodziewać, że przez niemieckich sympatyków F1 zostanie tam rozpoznany. Co więcej, prawdopodobnie będzie to znów przeciwskuteczne, bo Niemcy mają własny zespół w F1 – Mercedes AMG Petronas i jednak jakąś swoją dumę narodową też mają. Nie zakładałbym, że z racji udziału naszego narodowego championa w F1, zaczną szturmować zakupowo nasze stacje Star. Szczególnie, że nasz sponsor ostatnio mocno uderzył w nutę narodową: od soków z polskich sadów (oferta dla polskich dostawców) po wspólne napędzanie Polski (apel do klientów, by kupowali na krajowych stacjach).

No i wisienka na torcie czyli rzekoma korzyść polegająca na pozyskaniu lepszych warunków zakupowych w krajach wydobywających ropę naftową, które jednocześnie angażują się w F1. Rozumiem, że „eksperci” mają na myśli przede wszystkim dwa kraje z rejonu Półwyspu Arabskiego, to jest Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zresztą nieważne. Może chodzi im także i o innych wydobywców ropy, choć trzeba pamiętać o kosztach transportu. Jakkolwiek dywersyfikacja jest rzeczą w naszym położeniu geopolitycznym zbawienną, to właśnie daliśmy do zrozumienia, że stać nas na każdą cenę za ten surowiec. Na pewno z uznaniem pokiwali głowami za wyczyn dokapitalizowania brytyjskiego bankruta z tradycjami. I na pewno już kalkulują dla nas specjalne upusty i rabaty.

„Gotowy scenariusz”

W niebywałe zdumienie wprowadzają mnie głosy o „gotowym scenariuszu” na hollywoodzki film sensacyjno-przygodowy. No tu już kompletnie załamuję ręce. I już nie wiem, czy śmiać się, czy płakać? Jeśli choć odrobinę wykorzystamy logiczne wnioskowanie przyczynowo skutkowe, to jest jeśli zgodnie z rzeczywistością uznamy, że pan Robert od dłuższego czasu bezskutecznie szukał sponsora, który zapłaci za jego „wielki come back” i znalazł go w wyniku publikacji szczegółów pewnej rozmowy sprzed lat w ramach dalszego ciągu tzw. afery taśmowej, to zgodnie będziemy musieli uznać, że owszem jest to gotowy materiał na film, ale z zupełnie innego gatunku – z gatunku komedii pomyłek.

Kochając sport, kochasz kapitalizm

Bonus

A skoro o komedii pomyłek mowa… Kto z Państwa pamięta cytat z komedii Kariera Nikodema Dyzmy: „Umiejętność dobrego rządzenia polega na zdolności do podejmowania szybkich decyzji”. Przepraszam, ale nie mogę powstrzymać się od zestawienia tego cytatu z kolejnym już zagraniem niegdysiejszego wójta Pcimia Obajtka-Mogę-Wszystko. Pamiętacie Państwo jak szybko przywiózł folię plantatorom pomidorów? Pamiętacie jak szybko chwycił za pędzel i wraz z panią premier pomalował szkołę? Pamiętacie jak szybko „wyrżnął” pół ARiMR? Pamiętacie jak szybko „zrestrukturyzował” kontrakty wiatrowe w Enerdze? Pamiętacie jak szybko pognał na odsiecz zaplątanemu w aferę taśmową premierowi? Pamiętacie i nie zapytacie, co jest dalej?

Dalej jest to, co w powieści Dołęgi-Mostowicza. Niech się Pan strzeże, Panie Premierze. On już po Pana idzie i – proszę pamiętać – że może wszystko.

Pozwólcie, Państwo, że za „nie-w-pełni normalnym” Żorżem Ponimirskim roześmieję się w głos. Może ten śmiech jest jeszcze w stanie kogoś otrzeźwić.

***

Daniel Wolski – czytelnik Krytyki Politycznej (imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.