Kraj

Polska Fundacja Narodowa: wtopy i kłamstwa ku chwale ojczyzny

dekomunizacja-polska-fundacja-narodowa

Instytut Pamięci Narodowej za pieniądze Polskiej Fundacji Narodowej (czyli nasze) kłamie na temat zdekomunizowanych i nowych patronów warszawskich ulic. Stalinowscy propagandyści znaleźliby godnych naśladowców wśród twórców broszury „Godność Niepodległej”, która w ostatnich tygodniach trafiła do skrzynek mieszkańców stolicy.

Polska Fundacja Narodowa, jak dość powszechnie wiadomo, służy głównie do wyciągania kasy z państwowych spółek pod pretekstem dbania o „dobre imię Polski”. Jej prezesem jest warszawski radny PiS-u Cezary Jurkiewicz, a jego zastępcą prezes Reduty Dobrego Imienia, a ostatnio współtwórca kompromitującej Polskę na arenie międzynarodowej nowelizacji ustawy o IPN Maciej Świrski. Forsy jest widać na tyle dużo (650 mln w ciągu 10 lat, już w tej chwili na koncie fundacja ma mieć około 250 mln), że finansuje się nawet wyjątkowo dziwne przedsięwzięcia, zaliczając wpadkę za wpadką.

Spójrzcie na polskich katów

Zaczęło się od kampanii „Sprawiedliwe Sądy” – podczas protestów w obronie trójpodziału władz w całej Polsce zawisły bilbordy, a w telewizjach (także liberalnych, jak TVN) pojawiły się spoty powtarzające głupawe historyjki o skorumpowanych sędziach, którzy kradli kiełbasy.

Koszt tej zabawy wyniósł 8 mln zł, czyli ponad połowę tego, ile wyniósł koszt całej zwycięskiej kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy w 2015 roku. Za jej prowadzenie odpowiadała m.in spółka Solvere, założona i prowadzona przez dwoje byłych pracowników kancelarii premier Szydło (po nachapaniu się firmę sprzedali i dziś znowu pracują w Kancelarii Premiera i zarabiają po kilkanaście tysięcy złotych). Sama kampania prowadzona była niezgodnie z prawem, bo w statucie fundacji nie było zapisów, którymi można by uzasadnić ówczesne działania. I co z tego? Nic. Po fakcie zmieniono po prostu statut.

„Może zamiast pomagać PiS w zawłaszczaniu sądów, prezydent Duda wreszcie zrobi coś dobrego”

Dlatego, tak na marginesie, dziwi mnie zdziwienie niektórych komentatorów, że Jarosław Kaczyński broni publicznie premii wypłaconych ministrom i wiceministrom rządu. Prezes odpowiada za wyprowadzanie znacznie większej kasy ze spółek skarbu państwa. Sam jest może skromnym panem z Żoliborza, ale na propagandowe ramię swojej partii grosza nie szczędzi. Dobry cwaniak.

Kolejne klapy Polskiej Fundacji Narodowej

Zacznijmy od twittów, które nie dziwiłyby nas może, gdyby były wysyłane przez pijanego prawicowca tłitującego samotnymi wieczorami, ale w przypadku tak zacnej i dobrze finansowanej organizacji? Choć Polska Fundacja Narodowa ma się zajmować przede wszystkim promocją „polskiej racji stanu” na świecie, to nie radzi sobie z angielszczyzną:

PFN jest też chwalipiętą. Fundacja próbowała nas niedawno przekonać, że zasięg jej kampanii to niemal 180 mln odbiorców na całym świecie, co w świece cyfrowego marketingu oznaczałoby olbrzymi sukces. Problem w tym, że – jak pisze portal Crowdmedia.pl – w internecie bardzo trudno znaleźć ślady istnienia owej kampanii, tymczasem światowa akcja o takim zasięgu jest wydarzeniem, które musiałoby odbić się echem w branży. Co więcej PFN w swoich przechwałkach przekroczyła nawet… prawa fizyki. Deklarowany zasięg ich kampanii przekraczał w niektórych krajach liczbę użytkowników internetu (Ukraina), a w innych (Izrael) zdaniem autorów dotarł do literalnie każdego mieszkańca (no – z pominięciem niemowląt).

Innym razem – przy okazji kampanii Together on the side of truth, dotyczącej marca 1968 roku – szczyciła się ogromną ilością wyświetleń, nie zauważając, że skuteczność mierzona przekierowaniem na stronę wynosi… całe 0,2 proc. Ciekawe ile z tych osób zostało przekonanych do narracji naszej fundacji.

Mimo siedzenia na pieniądzach, PFN potrafi jak gdyby nigdy nic odgrzać starego kotleta. W lutym tego roku, w samym środku trwania sporu o ustawę IPN i kryzysu dyplomatycznego na linii Polska-Izrael, przygotowano półminutowy spot, który był… przeróbką stworzonego przez IPN rok wcześniej filmu. Będący pod ostrzałem od dwóch tygodni rząd Morawieckiego na pewno wyczekiwał takiej poprawy wizerunku – spot wrzucono na twittera i do dziś ma ponad 40 tys. wyświetleń.

Podobnie było z filmikiem wypuszczonym w odpowiedzi na spot Ruderman Family Foundation, który wzywał do zawieszenia stosunków z Polską. Tym razem PFN popełniła jednak plagiat – filmik był skróconą wersją produkcji jednego z internautów, do której dodano napisy i muzykę z Piratów z Karaibów.

No i najświeższy smakowity kąsek – finansowanie rejsu jachtem dookoła świata. Jego koszt ma wynieść ok. 20 mln złotych. Jacht ma zawitać do 100 portów i walczyć w najważniejszych regatach. Wszystko na 100-lecie niepodległości. Rejs ma poprowadzić były mistrz olimpijski w żeglarstwie Mateusz Kusznierewicz. Jak jeszcze będą promować Polskę? „Np. w Kapsztadzie odwiedzimy w pełnym rynsztunku jedną ze szkół ubrani w sztormiaki, z długimi brodami i opowiemy o Polsce” –  mówi „Gazecie Wyborczej”.

„A płyńcież wy, płyńcież Rodacy, do Narodu swego!”, chciałoby się powtórzyć za Gombrowiczem.

Nic dziwnego, że nawet po stronie „dobrej zmiany” pojawiają się głosy krytyki pod adresem nieudolności działań Polskiej Fundacji Narodowej. Na ile wynikają one ze szczerego zażenowania czy oburzenia, a na ile z walki o wpływy – można się tylko domyślać.

Dekomunizuj dla sojuszników!

Polska Fundacja Narodowa finansuje akcję pt. „Dekomunizacja”. Jak pisze na swojej stronie: „Przez ostatnie 28 lat istnienia III Rzeczypospolitej władze krajowe, a następnie władze samorządowe nie potrafiły przeprowadzić skutecznej dekomunizacji przestrzeni publicznej. Pomimo zrzucenia komunistycznego jarzma w wielu miejscach Polski straszyły nazwy przeniesione żywcem z czasów stalinowskich oraz pomniki wzniesione ku czci sowieckich »wyzwolicieli«”.

Nie tylko o historię tu jednak chodzi. Uzasadnienie prowadzenia kampanii dzisiaj jest bowiem całkiem współczesne. Otóż zdekomunizowanie ulicy na – dajmy na to – warszawskim Muranowie służy też… bezpieczeństwu Polski. „Polska jako wolny kraj – czytamy na stronie PFN – członek NATO, nie może tolerować istnienia w przestrzeni publicznej symboli ustroju komunistycznego – totalitaryzmu, który przez lata nastawiony był na zniszczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego oraz na walkę z jego członkami. Państwo członkowskie NATO, które toleruje taką »ustrojową schizofrenię« w przestrzeni publicznej, nie może być poważnie traktowane przez swoich sojuszników”. Na szczęście rząd PiS-u dba o obronność Rzeczypospolitej, więc odpowiednią ustawę o zdekomunizowaniu nazw polskich ulic uchwalił.

Odpieprzcie się od Dąbrowszczaków!

czytaj także

W polskich miastach i miasteczkach musieli się jednak pojawić podburzający miejscową ludność manipulanci, więc Polska Fundacja Narodowa sfinansowała „edukacyjną” broszurkę. Wydana we współpracy między IPN, PFN i MSWiA, na dobrym papierze, na razie tylko dla mieszkańców Warszawy, choć fundacja ma ambicje ogólnopolskie – jej celem jest przede wszystkim zohydzenie w oczach społeczeństwa patronów ulic, których nazwiska na fali dekomunizacji zdjęto z tabliczek. A także gloryfikacja nowych – bez zbędnych pytań i wątpliwości.

Pisano już w mediach ogólnopolskich o zasłonięciu pieczęcią twarzy Adama Michnika, porównując to do stalinowskiego wymazywania ze zdjęć wrogów ludu. Ja byłbym jednak w tym przypadku nawet skłonny uwierzyć, że to zwykła nieudolność twórców, a nie wyrafinowane działanie. Ale sprawdźmy, co dzieje się dalej.

polska-fundacja-narodowa-dekomunizacja

Ignorancja w przebraniu antykomunizmu

Dotychczas panowała niepisana zasada, że nie dekomunizuje się patronów ulic, którzy zginęli z rąk hitlerowskiego okupanta. Ale to już przeszłość. W obecnej polityce historycznej ustrój panujący w Polsce do 1989 roku jest gorszy niż zbrodnie III Rzeszy. Hitler przynajmniej mordował komunistów i Żydów – prawdziwych wrogów nowej wizji polskości – a komuniści po okresie stalinizmu sami siebie już raczej nie zabijali. Wśród pięćdziesięciu warszawskich zdekomunizowanych połowa zginęła z rąk nazistów.

Strywializowany antykomunizm toruje drogę faszyzmowi

Na przykład Kazimierz Grodecki, patron uliczki na Bielanach, o którym czytamy: Aresztowany przez Niemców i stracony w październiku 1942 roku razem z grupą 50 komunistów. Z tym że to nieprawda. Grodecki sam był co prawda komuchem, ale został zamordowany w odpowiedzi na akcję dywersyjną Armii Krajowej. A wśród zabitych i pokazowo powieszonych (była to pierwsza publiczna egzekucja w okupowanej Warszawie) byli np. działacze Delegatury Rządu na Kraj Stanisław Henryk Święcicki i Mieczysław Szawlewski, a także AK-owcy Jan Pokorski i Michał Nitka. Skąd to przekłamanie? Autorzy broszury cytują po prostu… oficjalne obwieszczenie komendanta SD i policji bezpieczeństwa w Warszawie Ludwiga Hahna:

Announcement of death of 50 of Polish hostages hanged by Nazi-German occupants in Warsaw (October 1942).jpg

Dobre źródła macie w tym IPN-ie!

Grodeckiego na tabliczce zastąpił Adolf Pilch. To cichociemny, który w czasie wojny miał dziwny epizod współpracy z Niemcami – walcząc na terenach dzisiejszej Białorusi zawarł z hitlerowcami pakt o nieagresji, na który składało się także dozbrojenie polskich oddziałów – walczył bowiem przede wszystkim z Sowietami. Kiedy zbliżał się front, nie niepokojony przez Niemców przeprawił swoich żołnierzy przez Wisłę. Mimo kontrowersji pozwolono mu ponownie walczyć w AK. Możemy o tym przeczytać choćby w Wikipedii, zaś broszurka Polskiej Fundacji Narodowej o tym nie wspomina.

W tym samym okólniku Armia Ludowa – której oddziały brały udział m.in. w powstaniu warszawskim, a ramię w ramię z oddziałami partyzanckimi Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich wyzwalały tzw. Republikę Pińczowską – to „bojówki zbrojne PPR, agenturalnej partii założonej w Moskwie w grudniu 1941 roku”. W dodatku złożona z samych mętów: „od początku włączano [do niej] pospolite grupy przestępcze, aby rozszerzyć bazę społeczną organizacji”. – czytamy w ulotce. „Większość z nich po wojnie trafiła do pracy w UB, KBW i MO”. Dąbrowszczacy zaś „w myśl dyrektyw płynących z Moskwy dążyli do budowy stalinowskiej Republiki Hiszpanii”. W czasie wojny służyli w Armii Ludowej, a „po wojnie wielu z nich służyło w bezpiece”. Krótko i jasno, nie trzeba łba przemęczać.

Trochę dziwne więc, że ul. 1 Praskiego Pułku Wojska Polskiego zmieniono na ul. Żołnierzy 1 Praskiego Pułku Wojska Polskiego. Choć żołnierze tego pułku brali udział w „obławie Augustowskiej” na żołnierzy AK, to – jak stwierdza się wielkodusznie – „wielu z nich, z niezależnych od siebie przyczyn, nie dostało się do legalnych jednostek Wojska Polskiego podległych Rządowi Polskiemu. Dla wielu była to jedyna szansa na wyrwanie się z »nieludzkiej ziemi«, by wrócić do Polski”.

To nie koniec. Oskar Lange, wybitny ekonomista światowej sławy (akurat ten detal broszura przemilcza), to „tajny współpracownik służb sowieckich”. Teza o agenturalności Langego stawiana jest wśród prawicowych publicystów historycznych, lecz nie ma na to jednoznacznych dowodów.

Natomiast wśród wymienionych grzechów Teodora Duracza, prawnika i działacza komunistycznego, zabitego po torturach przez Gestapo w 1943 roku, jest i ten: „Po wojnie patron Centralnej Szkoły Prawniczej, tzw. »Duraczówki«, prowadzącej przyspieszone kursy kadr komunistycznego wymiaru sprawiedliwości. Jej absolwenci znaleźli się w składach sądów orzekających w procesach politycznych w latach 1948-1953”.

Jakim cudem Duracz za to osobiście odpowiada? Doskonałe pytanie.

Dalej. Stanisław Kulczyński, którego ulicę przemianowano na cześć rodziny Ulmów, komunistą co prawda nie był, ale jako „członek Stronnictwa Demokratycznego, fasadowej przybudówki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (…) miał uwiarygodniać komunistyczną propagandę o istnieniu demokracji i pluralizmu w realiach dyktatury komunistycznej”. Według twórców tego antykomunistycznego biogramu to właściwie wszystko, co sobą reprezentował, i dlatego należy go wyrzucić na śmietnik. Nie ma informacji, że był wieloletnim profesorem i pierwszym powojennym rektorem Uniwersytetu we Wrocławiu, o czym przypominały władze tej uczelni, stające w jego obronie.

Antysemityzm bez przebrania

Charakterystyczne, że przy nazwiskach osób pochodzenia żydowskiego autorzy broszury w nawiasach skrupulatnie podkreślają „właściwe” nazwisko – na wzór różnych antysemickich pisemek. Nie przepuszczono także bojownikom żydowskiego ruchu oporu w getcie – Józefowi Lewartowskiemu i Edwardowi Fondamińskiemu. Tego pierwszego zastąpił Marek Edelman, który – jak sądzę – na pewno miałby kilka ostrych słów na takie wykorzystanie jego osoby. Drugiego zastąpił zaś Leon Rodal z Żydowskiego Związku Wojskowego – organizacji owianej wieloma fałszywymi mitami, od lat wykorzystywanej przez IPN do przeciwstawiania jej lewicowemu ŻOB-owi. Być może doceniono ich właśnie dlatego, że niewielka organizacja, jaką był Żydowski Związek Wojskowy, złożona była z prawicowych syjonistów, którzy przyszłość Żydów widzieli w Palestynie. Ten pogląd łączy ich z ówczesnymi i teraźniejszymi polskimi antysemitami.

A wiec to jest ta słynna, pisowska prawda historyczna. Przy tym wszystkim aż dziw bierze, że swoją aleję (raczej alejkę – 160 metrów) ma jeszcze w Warszawie Irena Sendlerowa. Przecież wstąpiła do PPR w 1947 roku, a w partii była aż do wyprowadzenia sztandaru. Na razie jednak wciąż trochę mało mamy tych ratujących Żydów w czasie wojny, więc postanowiono ją zostawić. Ale jak się podpromuje trochę Ulmów, to się komuszkę wyrzuci.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Bio

Damian Duszczenko

| Radny krajowy partii Razem
Aktywista. Radny krajowy partii Razem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.