Kraj

Politykom należy się podwyżka

Podwyżki dla polityków stały się w ostatnich latach w Polsce ogarniętej obsesją „taniego państwa” czymś w rodzaju tabu.

Jest projekt ustawy o zwiększeniu uposażeń posłów, senatorów, ministrów, wiceministrów i prezydenta, oraz o ustanowieniu uposażenia dla pierwszej damy. Można by się oczywiście wyzłośliwiać, że oto widzimy jak „dobra zmiana” konsumowana jest właśnie przez naród ustami jego wybranych przedstawicieli, czy że „klasa polityczna wstaje z kolan”. Populistyczny atak na chciwą przywilejów partiokrację i program Koryto+ przypuścił już zresztą Paweł Kukiz. Za podwyżki rząd będzie musiał nasłuchać się pod swoim adresem wielu krytycznych głosów.

Podwyżki dla polityków stały się w ostatnich latach w Polsce ogarniętej obsesją „taniego państwa”, czymś w rodzaju tabu. Pensje posłów, ministrów, sekretarzy stanu zamrożone są od 2008 roku, choć w tym czasie podniosły się koszty życia, obserwujemy wzrost gospodarczy, wzrosłą średnia i minimalna pensja. Nie tylko z tych powodów uważam, że rząd Beaty Szydło ma rację: politykom należy się podwyżka. Czy tyle, ile proponuje PiS, jest kwestią do dyskusji. Na rzecz tego, by godziwie zarabiali, jest cały szereg także progresywnych argumentów. Projekt rządzącej partii jest też o tyle dobry, iż wiąże uposażenie polityków ze wskaźnikami PKB: przeciętną i najniższą płacą, wzrostem PKB, współczynnikiem Giniego (mierzącym rozkład nierówności dochodowych w danym państwie). W efekcie zastosowania takiego skomplikowanego systemu (dokładną kwotę wynagrodzenia dla polityków ma obliczać na każdy rok Główny Urząd Statystyczny) pensje będą rosły wraz z koniunkturą i poprawą wskaźników, spadały zaś w okresie recesji. W obecnej sytuacji gospodarczej zaaplikowanie tego systemu oznaczać będzie widoczny wzrost wynagrodzeń.

Ile dla posła?

Najmniej zyskają na zmianach posłowie: około 2,7 tysiąca złotych miesięcznie. To ich pensje i przywileje – częściej nawet niż te przysługujące ministrom – budzą społeczne emocje. Nie tylko w Polsce. W zachodnich demokracjach także toczy się od dawna debata, jaki powinien być poziom uposażeń parlamentarzystów. Jak wyważyć pensję przedstawicieli tak, by z jednej strony nie eliminowała ona z zawodu osób nie posiadających własnych majątkowych zasobów i nie mogących pozwolić sobie na pracę za pół darmo, z drugiej, by nie zamykała ona polityków w bańce ekonomicznego przywileju, uniemożliwiając im zrozumienie problemów „zwykłych ludzi”?

W brytyjskiej Partii Pracy w latach powojennych część posłów z lewego skrzydła partii ogłosiła, iż są „robotniczymi posłami za robotniczą pensję” – zostawiali sobie ze swojego wynagrodzenia tyle, ile wynosiła wówczas pensja robotnika wykwalifikowanego w gospodarce narodowej, resztę przekazywali na cele partyjne, lub związkowe. W Portugalii w tworzącym obecny koalicyjny rząd ugrupowaniu Blok Lewicy (bliskim programowo polskiej partii Razem) panowała zasada, iż poseł może zatrzymać dla siebie maksymalnie równowartość tego, co zarabiał, zanim został posłem – resztę uposażenia przekazać musi na rzecz partii. Rozwiązanie to wychodziło z założenia, że do polityki nikt nie powinien dopłacać, ale i nikt się na niej nie powinien bogacić. Europosłowie i posłowie hiszpańskiej Podemos zobowiązani są do tego, by za swoją pracę pobierać maksymalne wynagrodzenie w wysokości trzech hiszpańskich pensji minimalnych, resztę przekazują na realizujące bliskie partii cele organizacje pozarządowe. W przypadku europosłów oznacza to rezygnację z trzech czwartych uposażenia. Podobne rozwiązanie chce przekleić do Polski partia Razem, ustanawiając wynagrodzenie posłów na poziomie 3 minimalnych pensji.

Z drugiej strony, postulat, by parlamentarzystom płacić za ich pracę, był historycznym postulatem lewicy.

Z drugiej strony, postulat, by parlamentarzystom płacić za ich pracę, był historycznym postulatem lewicy. Wcześniej w parlamentach zasiadali dżentelmeni, którzy zarobkowo pracować nie musieli, gdyż ich przodkowie zgromadzili kapitały na prywatyzacji klasztorów w czasach Henryka VIII, plantacjach cukru w Indiach Zachodnich, kopalniach w Afryce, produkcji kauczuku, czy budowie kolei, które zwalniały ich potomków od przykrej konieczności sprzedawania na rynku swojej pracy, bądź jej owoców. W kolebce parlamentaryzmu, Wielkiej Brytanii, regularne pensje dla członków Izby Gmin wprowadzono dopiero w 1911 roku. Było to traktowane jako gest liberalnego rządu wobec pierwszej parlamentarnej delegacji Partii Pracy, mający umożliwić pojawiającym się w brytyjskiej polityce robotniczym i wywodzącym się z niższej klasy średniej, pozbawionym kapitałów politykom, oddanie się w pełni parlamentarnej pracy. Pensję ustalono na poziomie 400 ówczesnych funtów rocznie – w dzisiejszych pieniądzach to około 160 tysięcy funtów, ponad dwa razy więcej niż wynosi obecnie pensja członka Izby Gmin. Roman Giertych, w odpowiedzi na propozycję rządu, wezwał do zawiązania komitetu zbierającego podpisy pod projektem ustawy likwidującej poselskie pensje i ustawiającej, iż zawód posła wykonuje się społecznie. Byłaby to najkrótsza droga do całkowitej oligarchizacji Sejmu.

No dobrze, ile w takim razie powinni zarabiać polscy posłowie? Na tle swoich europejskich kolegów, zarabiają, tak jak my wszyscy – niewiele. Polski poseł dostaje około 28 tysięcy euro rocznie. To sytuuje go w ogonie płac europejskich parlamentarzystów. Rekordziści Włosi zarabiają 5 razy więcej – ponad 167 tysięcy euro rocznie. Ponad 100 tysięcy euro dostają posłowie w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Austrii, około 80 tysięcy w krajach Beneluksu, Francji i krajach skandynawskich. Z drugiej strony, wśród nowych krajów UE, Polacy nie zarabiają najgorzej. W krajach Grupy Wyszehradzkiej wynagrodzenie parlamentarzystów mieści się w przedziale 20-30 tysięcy euro rocznie. Nieznacznie większe od naszych posłów dostają tylko ich węgierscy koledzy. Znacząco wyższe w regionie jest tylko wynagrodzenie posłów w państwach bałtyckich, w Estonii przekracza nawet 40 tysięcy euro rocznie.

Jeśli zaś popatrzymy na relację płacy parlamentarzysty do średnich zarobków w gospodarce narodowej, to polscy posłowie znajdują się powyżej unijnej średniej.

Jeśli zaś popatrzymy na relację płacy parlamentarzysty do średnich zarobków w gospodarce narodowej, to polscy posłowie znajdują się powyżej unijnej średniej. Średnio w UE parlamentarzysta otrzymuje bowiem 2,4 średniej krajowej, w Polsce w 2010 roku 2,7 – od tego czasu ten współczynnik trochę się do unijnej średniej zbliżył. Rekordzistami w tej kwestii znów są Włosi (pięciokrotność średniej krajowej) i Bałtowie (ponad 4 średnie). Najbardziej zbliżone do średniej krajowej pensje ma Malta i Hiszpania (odpowiednio 1,1 i 1,2 średniej). W krajach skandynawskich uposażenie parlamentarzysty oscyluje wokół dwóch średnich. Z tym, że w tych państwach nawet jedna średnia wystarczy do bardzo skromnego, ale wolnego od elementarnego niedostatku, a nawet poczucia względnej deprywacji życia, czego z pewnością nie można powiedzieć o średniej płacy w polskiej gospodarce (zwłaszcza, gdy ktoś próbuje przeżyć w dużym mieście, nie mając własnego mieszkania po dziadkach). Oczywiście, dramat w Polsce polega na tym, że większość nie zarabia nawet tej marnej średniej.

W większości krajów Europy Zachodniej uposażenia parlamentarzystów kształtują się na poziomie 2,5-3 średnich krajowych i do tego poziomu powinniśmy też dążyć w Polsce. Obecne pensje posłów i senatorów są więc na względnie sensownym poziomie. Drobna podwyżka – do dyskusji czy koniecznie 2,7 tys. – z pewnością należy się im za to, iż ich pensje nie rosną od ośmiu lat.

Nie jest potrzebna rewolucja płacowa, ale i należy przeciwstawiać się takim pomysłom dotyczącym wynagrodzeń parlamentarzystów, jak te lansowane przez Romana Giertycha, czy partię Razem.

Wprowadzenie tak niskich uposażeń poselskich, jak postuluje ta ostatnia, oznaczać będzie, że posłowie i posłanki łatać będą budżety fuchami – będą robić po nocy tłumaczenia, pisać raporty dla biznesu, udzielać korepetycji itd. Dobrze jest, gdy w Sejmie zasiadają osoby, które poza posłowaniem pracują zawodowo, mają kontakt z realnym światem. Nie jest dobrze, gdy posłowie z zawodowego wykonywania swoich obowiązków nie są się w stanie utrzymać na godziwym poziomie, gdy motywowani ekonomiczną koniecznością, muszą łapać fuchy.

Wydaje mi się, że także Podemos odrzuci prędzej, czy później zasadę „trzech pensji minimalnych”. Liderzy ugrupowania nie żyją oczywiście za takie pieniądze – mają kapitał kulturowy, widzialność, miejsce w akademii, które pozwala im do tej pensji dorobić – na uczelni, gościnnych wykładach, publicystyce, własnych programach telewizyjnych. Można się zastanawiać, na ile przekłada się to na jakość ich pracy w parlamencie. Nie każdy ma jednak możliwość takiego łączenia pracy zawodowej z działalnością polityczną, dziennikarze rozmawiający z działaczami Podemos donoszą, że dla wielu z nich zasada „trzech pensji minimalnych” jest barierą dla podjęcia pracy w parlamencie.

Ile dla rządu?

O wiele większe podwyżki ustawa przewiduje dla członków rządu. Najwięcej zyskać ma Beata Szydło, jej pensja wzrośnie z 16,7 tysięcy do 24,1 tysięcy brutto, około 4-5 tysięcy złotych miesięcznie podniesione mają zostać pensje ministrów i wiceministrów. Te zmiany zasługują na warunkowe poparcie.

Wiem, że w Polsce mało kto zarabia kwoty, o jakie wzrosną pensje członków rządu. W społeczeństwie, gdzie najczęściej wypłacana pensja oscyluje wokół 500 euro, takie kwoty mogą przyprawić o zawrót głowy. Trzeba jednak pamiętać, że elity polityczne funkcjonują w zupełnie innym układzie odniesienie. Na tle biznesu, elit prawniczych, czy korporacyjnych pensje polityków nie są wysokie. Kierujący wielomiliardowymi projektami wiceminister zarabia dziś około 7 tysięcy złotych na rękę – mniej niż niejeden z podległych mu dyrektorów departamentu, niż dyrektor spółki komunalnej, fabryki mebli w dawnym mieście wojewódzkim, czy nawet pierogów w powiatowym.

Taka sytuacja stwarza problem dla działów HR ministerstw. Już w czasie rządu PO słychać było, że ministerstwom trudno jest ściągnąć wysoko wykwalifikowanych specjalistów z biznesu, czy wolnych zawodów na ministerialne stanowiska.

Gdy ktoś zarabiał wcześniej 200-300 tysięcy rocznie, nie ma wielkich oszczędności, ale ma liczną rodzinę, kredyt hipoteczny do spłacenia, dzieci w szkole, gdzie trzeba płacić czesne, praca za 7 tysięcy może być po prostu barierą finansową trudną do przejścia. Oczywiście, możemy założyć, że państwo poradzi sobie bez takich ludzi, że funkcje rządowe mają być służbą publiczną, na której nikt nie powinien się bogacić. Ale nawet w najbardziej lewicowym rządzie przydatne są osoby z doświadczeniem z prywatnego sektora, specjaliści o rzadkich, a przez to drogo wycenianych przez rynek umiejętnościach. Jest oczywiste, że państwo ani nie może, ani nie powinno ścigać się na pensje z sektorem prywatnym, ale nie powinno w konkurencji z nim o zasoby ludzkie strzelać sobie w stopę zbyt niskimi pensjami.

Premier Szydło należy dziś do najmniej zarabiających szefów rządów w UE. Zarabia 4-5 razy mniej, niż przywódcy zamożnych, zachodnich państw. Oczywiście, biorąc pod uwagę potencjał polskiej gospodarki i koszty życia nad Wisłą nie powinna zarabiać aż tyle co oni. Wszędzie w Europie Zachodniej szefowie rządów zarabiają niemałą wielokrotność średniej krajowej. Nawet w egalitarnej Szwecji i Finlandii prawie sześciokrotność. W Polsce współczynnik ten wynosi trochę ponad 5, pani premier zasługiwałaby więc na drobną – być może mniejszą, niż proponuje to projekt PiS – podwyżkę. Z pewnością jednak główny strumień podwyżek skierowany powinien zostać w stronę ministrów i ich zastępców.

Co z pierwszą parą?

Projekt przewiduje także podwyżki dla prezydenta. Tu miałbym większe wątpliwości. Prezydent nie odpowiada za gospodarkę, pełni reprezentacyjne funkcje, jego obecne wynagrodzenie – choć nie wysokie jak na głowę państwa – niekoniecznie musi być zwiększane.

Projekt proponuje także pensję dla pierwszej damy. Sama instytucja pierwszej damy jest anachroniczna, wywodzi się z czasów, gdy droga kobiet do polityki pozostawała zamknięta, poza funkcją wspierającą karierę męża żony.

Pary prezydenckie są we współczesnych demokracjach liberalnych pozostałością po monarchii, pierwsze damy często pełnią funkcję podobnych do królowych małżonek. Ideałem byłoby oczywiście obumarcie tego zwyczaju.

Agata Duda mogłaby wrócić do nauczania niemieckiego i nauczycielskiej kariery, do własnej kariery toczącej się obok kariery męża-polityka. Niestety elektoraty – nie tylko w Polsce – ciągle są w małym stopniu gotowe na przyjęcie takiego modelu prezydentury. Małżonki głów państw pełnią razem z nimi reprezentacyjne funkcje, przyjmują zagranicznych gości, towarzyszą im w wizytach zagranicznych. Jest to praca, za którą powinno się płacić. Kwestią do ustalenia jest to, czy tyle, ile proponuje PiS.

Tanie państwo nie działa

Z drugiej strony propozycje podwyżek płac polityków może budzić opór, gdy spojrzy się, jak nędzne w Polsce są pensje innych pracowników budżetówki: nauczycieli, lekarzy-rezydentów, pracowników nauki, czy wielu instytucji kultury. Bez wątpienia grupy te jeszcze pilniej zasługują na wyższe pensje. Nie podniosą się im one jednak od populistycznych ataków na polityków. Resentyment bywa w polityce przydatny, ale w wypadku tej propozycji będzie akurat źle ulokowany.

Przekonujemy się pomału, że tanie państwo – w służbie zdrowia, policji, flocie lotniczej dla naszych polityków – nie działa i koniec końców wychodzi drożej. Nie inaczej jest z klasą polityczną – bardzo trudno zorganizować sobie taką wysokiej jakości za małe pieniądze. Oczywiście, nie jest też tak, że podniesienie zarobków magicznie ściągnie do polityki wybitnych fachowców, uwolni polityków od korupcyjnych pokus i wątpliwych układów z biznesem. Na jakość klasy politycznej składa się jeszcze szereg innych czynników. W tym kultura potępiająca nadmierną chciwość polityków i chęć wzbogacenia się na służbie publicznej. Ale równając w dół, tak, by politykom było tak albo przynajmniej podobnie źle, jak jest nam dziś wszystkim w Polsce, w niczym ani sobie, ani polskiej polityce nie pomożemy.

Podwyżki, dochód podstawowy, płaca minimalna… W czwartek na KrytykaPolityczna.pl pisać będziemy o płacy maksymalnej.

POWSTANIE-UMARLYCH-HISTORIA-POWSTANIE-WARSZAWSKIE-Marcin-Napiorkowski Wydawnictwo-Krytyki-Politycznej-Promocja-Wakacyjna

**Dziennik Opinii nr 202/2016 (1402)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.