Kraj

Politycy, co zrobiliście, żeby losu Jolanty Brzeskiej nie podzieliła kolejna emerytka?

jolanta-brzeska-skwer-warszawa-2017

Przygotowywana nowelizacja ustawy o ochronie lokatorów nie chroni przed kolejnymi tragediami.

Kiedy wspomina się Jolantę Brzeską, niemal zawsze powtarza się to samo pytanie: kiedy wreszcie uda się znaleźć sprawców tej strasznej zbrodni i postawić ich przed sądem? Tymczasem polityków i polityczki, którzy dopiero od niedawna wspominają nazwisko działaczki, należy zapytać przede wszystkim: czy zapobiegliście temu, żeby losu Jolanty Brzeskiej nie podzieliła kolejna emerytka ze zreprywatyzowanej kamienicy? Co zrobiliście, żeby chronić innych zagrożonych?

Wyjaśnianie okoliczności śmierci działaczki pozostawmy prokuraturze – na razie wiemy, że postępowanie zostało wznowione, a minister Ziobro mówi o rażących zaniedbaniach poprzednich śledczych. Gorzej idzie z analizą tego, dlaczego Jolanta Brzeska w ogóle znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Cofnijmy się zatem kilka lat wstecz, zanim jej zwęglone ciało znaleziono w Lesie Kabackim. Jest rok 2006, kamienica na Nabielaka 6 w Warszawie zostaje przekazana w ręce rzekomych spadkobierców. Lokatorzy, którzy mieszkają tam od dziesiątek lat – przydział na lokal zdobyli np. dzięki zaangażowaniu w odbudowę stolicy – z miejsca otrzymują od nowych właścicieli podwyżki czynszu. Miesięczne należności urastają do nieosiągalnych dla nich kwot. Jolanta Brzeska, wówczas już emerytka, dowiaduje się o zmianie właściciela od samego Marka Mossakowskiego, słynnego handlarza roszczeniami, który bezpardonowo wchodzi do jej mieszkania, rozsiada się w fotelu i pyta: „No, to jak się u mnie mieszka?”. Podwyżki prowadzą do zadłużenia, a zadłużenie do eksmisji. Jolanta Brzeska walczy w sądzie, składa nawet zawiadomienia o zorganizowanej grupie przestępczej, walczy w urzędzie o przydział innego mieszkania. Jest ignorowana na każdym froncie, przez wszystkie instytucje państwa, do których się zgłasza. Ostatecznie ginie w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach.

Dziś 6. rocznica zabójstwa Jolanty Brzeskiej [rozmowa]

Gdyby politycy, którzy dzisiaj tak chętnie krzyczą z trybuny sejmowej, że oto komisja weryfikacyjna położy kres układowi i rozwiąże problem reprywatyzacji, przyszli na dyżur prawny któregokolwiek stowarzyszenia lokatorskiego, zobaczyliby, że kobiet i mężczyzn takich jak Brzeska jest całe mnóstwo – to emeryci i emerytki, którzy uczciwie przepracowali życie, a na starość są wyrzucani ze swoich mieszkań. Żyją nie tylko w Warszawie, ale również w Łodzi, Poznaniu, Gdańsku czy Krakowie. Dzielą los Jolanty Brzeskiej z czasów przed jej zabójstwem z kilku powodów.

Po pierwsze, w całej Polsce przekazywano i wciąż przekazuje się prywatnym podmiotom kamienice wraz z zamieszkującymi je lokatorami. O tym, że kamienica została zreprywatyzowana, lokatorzy dowiadują się z plotek w sklepie spożywczym albo z pierwszego pisma o podwyżce czynszu. Miasto nie organizuje spotkania informacyjnego, nie mówi, co dalej, czy ich umowy obowiązują, jakie mają prawa, gdzie się odwołać. Już na tym początkowym etapie nie mówi się im, co może ich czekać, choć w ogromnej większości przypadków już wtedy wiadomo, że przejęcie kamienicy to początek kłopotów. M.in. dlatego Jolanta Brzeska założyła Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, dlatego powstało Stowarzyszenie Krakowska Grupa Inicjatywna Obrony Praw Lokatorów i analogiczne organizacje w Polsce.

Po drugie, lokatorzy właściwie nie mają szans na ochronę przed podwyżkami czynszu przekraczającymi ich możliwości finansowe. Jednym z uzasadnień podwyżki czynszu wpisanych w ustawie o ochronie praw lokatorów jest remont lub „godziwy zysk”. Czy czynsz wynoszący kilkukrotność emerytury można nazwać godziwym? Czy remont, podczas którego zalewane są mieszkania albo lokatorom na głowę spadają stropy, to wciąż remont? A podwyżek można w myśl prawa dokonywać co pół roku. Emerytura to nie czas na szukanie innych źródeł dochodu, podnoszenie kwalifikacji i zakładanie firmy. Tym bardziej emerytura to nie czas na chodzenie na solidarnościowe pikiety, rozprawy sądowe i blokady eksmisji swoich sąsiadów.

Kobiet i mężczyzn takich jak Brzeska jest całe mnóstwo – to emeryci i emerytki, którzy uczciwie przepracowali życie, a na starość są wyrzucani ze swoich mieszkań.

Zresztą, nawet jeśli emeryt ze zreprywatyzowanej kamienicy zdecyduje się pójść do sądu i walczyć tam o swoje prawa, to jasne jest, że jego szanse na zrozumienie zawiłych procedur są nieporównywalnie mniejsze niż wyspecjalizowanych pełnomocników kamieniczników. Niejednokrotnie obserwowałam rozprawy eksmisyjne, na których lokatorzy zapytani przez sąd, „czy popierają powództwo eksmisyjne”, kiwali głową wpatrzeni w sędziego jak w obrazek, bo nie wiedzieli zupełnie, co znaczy to sformułowanie. Większość z nich przyznawała, że nigdy wcześniej nie była w sądzie, a wyrok orzekający o eksmisji spowodowanej zadłużeniem był dla nich wstydem nie do przyjęcia. Nie mogli też zrozumieć, dlaczego przedstawiciel miasta, które jeszcze do niedawna było stroną ich umowy o najem, dziś jest ich przeciwnikiem procesowym.

Jolanta Brzeska wcale nie chciała zostać w mieszkaniu na Nabielaka – miała dość ciągłego nachodzenia przez obcych ludzi, włamań do mieszkania i zastraszania. Chciała dostać inne mieszkanie. Tylko że to nie jest takie łatwe. Zwolennicy zwrotów kamienicy w naturze wierzą w to, że z kamienicy da się wyjąć wszystkich mieszkańców i zainstalować w bliźniaczej kamienicy komunalnej w innej dzielnicy. Jest to pomysł nie tylko absurdalny, ale i niewykonalny. Mieszkań komunalnych w Warszawie jest ciągle za mało, a zasób mieszkaniowy gminy był w ostatnich latach systematycznie uszczuplany. Co więcej niektórzy emeryci, szczególnie osoby samotne, mają problem z tym, żeby w ogóle wypełnić i złożyć wniosek o najem nowego lokalu komunalnego. W Komitecie Obrony Praw Lokatorów nigdy nie spotkaliśmy się z przypadkiem, by po zwrocie kamienicy miasto zainteresowało się losem lokatorów, których przekazało w prywatne ręce.

Modzelewski: Kamienica ważniejsza niż człowiek?

Wróćmy teraz do roku 2017. Obecnie trwają prace nad nowelizacją ustawy o ochronie praw lokatorów. Partią, która zainicjowała nowelizację, jest oczywiście Prawo i Sprawiedliwość. Czyli, powtórzmy, ta sama partia, która wznowiła postępowanie dotyczące śmierci Brzeskiej i słusznie chce wyjaśnienia okoliczności zabójstwa działaczki. Można by więc pomyśleć, że partia rządząca będzie chciała nie tylko wyjaśnić tragedię, która już się wydarzyła, ale też zapobiec podobnym tragediom w przyszłości. Niestety, nic z tych rzeczy.

W nowelizacji ustawy właściwie w żaden sposób nie zwrócono uwagi na potrzebę ochrony emerytów i rencistów ze zreprywatyzowanych kamienic. Najpierw zaproponowano, żeby lokale komunalne były przyznawane na okres od 1 roku do 5 lat, a nie tak jak teraz, na czas nieokreślony. Dzięki naciskom ruchów lokatorskich ten czas przedłużono i umowy będą zawierane na czas od 5 do 10 lat. Nie wprowadzono żadnego przepisu zakazującego wypowiedzenia umowy najmu osobom starszym, np. po 70 roku życia albo chociaż emerytom. Nie wprowadzono maksymalnego czynszu, jaki można pobierać w zreprywatyzowanej kamienicy od lokatorów na emeryturze czy rencie, nie wprowadzono mechanizmów, dzięki którym lokatorom oczekującym na lokal komunalny nie będzie narastał fikcyjny dług. Pozostawiono mgliste sformułowanie „godziwy zysk” jako uzasadnienie podwyżki czynszu, nawet jeśli kilkukrotnie przewyższa on wysokość otrzymywanej emerytury. A zatem o nowelizacji można powiedzieć tylko tyle, że w żaden sposób nie chroni przed kolejnymi tragediami.

Ikonowicz: Zatrzymać reprywatyzację!

A teraz wyobraźmy sobie parę emerytów, dajmy na to Hannę i Andrzeja z ul. Noakowskiego w śródmieściu Warszawy. Mają 75 lat i muszą się wyprowadzić z de facto rodzinnego domu, który został zreprywatyzowany. Nie mieli dzieci, więc nie chcieli wykupywać mieszkania, bo kto by je odziedziczył. Nie stać ich na płacenie 2 500 złotych za mieszkanie, więc składają wniosek o lokal komunalny. Do czasu rozpatrzenia wniosku dalej się zadłużają. Po roku oczekiwania otrzymują mieszkanie na Pradze. Opuszczają sąsiadów i okolicę, zmieniają przychodnię, osiedlowy sklepik – trudno. Tylko że dostają umowę na czas określony. W międzyczasie Andrzej umiera w poczuciu, że nie zapewnił rodzinie dachu nad głową, mimo że pracował uczciwie całe życie.

Po upływie umowy, kiedy do Hanny przychodzi komisja weryfikująca spełnienie kryteriów do otrzymania lokalu komunalnego, okazuje się, że jej mieszkanie jest za duże dla jednej osoby i bardziej się przyda innej rodzinie, która też czeka w kolejce. Mimo że Hanna ma już 80 lat, musi się przeprowadzić do kawalerki na Bemowie. Ale okazuje się, że kawalerka jest w kamienicy, do której także zgłoszono roszczenia! Więc nie dość, że wciąż spłaca dług za mieszkanie na Noakowskiego, to koszmar zaczyna się od początku. Hanna znów się zadłuża i zostaje eksmitowana. Nie przysługuje jej lokal socjalny, bo jej emerytura wynosi 1 200 złotych, a więc „nie spełnia kryteriów do otrzymania świadczenia z pomocy społecznej”. Umiera sobie spokojnie i cichutko. Nikt jej nie musiał wywozić do lasu, nikt nie musiał pozorować samobójstwa. Kurtyna.

Jolanta Brzeska upamiętniona skwerem na Dolnym Mokotowie

***
Beata Siemieniako – prawniczka i aktywistka, od kilku lat współpracuje z Komitetem Obrony Praw Lokatorów. Pracuje nad książką o reprywatyzacji i problemach lokatorów w Polsce.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Patologiczna prywatyzacja Polski z jednych zrobiła milionerów, a z większości drugich dziadów. Weszliśmy do Unii Europejskiej na trupie polskiej gospodarki. Obecnie jesteśmy pośmiewiskiem i zaściankiem Europy!

Nie tylko w kamienicach które się oddaje w prywatne ręce . Ale również w mieszkaniach ADM robi się podobnie jak w bloku jest większość mieszkań wykupionych to tych co nie wykupili to się też wyrzuca dając im lokale socjalne pod byle pretekstem nawet za nie istniejące zadłużenie odbiera się nakaz na mieszkanie więc czynsz raptownie wzrasta i rosną odsetki po paru latach dają niepełnowartościowe mieszkanie nie przyjmujesz to wchodzą z komornikiem i wystawiają cię za drzwi . A mieszkanie idzie do sprzedaży . I o takich się nie mówi i nie pisze .