Kraj

Politycy chętnie przejmują hasła ruchów miejskich, ale ich nie realizują

Fot. Rafal Nalepa, cc, flickr.com

Polityka miejska jest zakładnikiem sporu partyjnego. Dziś to wojna o ojczyznę – ratowanie albo przed zgnilizną lewacko-liberalną, albo przed katonacjonalizmem – a nie spór o miasto. Rozmowa z Lechem Merglerem z Kongresu Ruchów Miejskich.

Jan Smoleński: Ruchy miejskie startują po raz drugi w wyborach lokalnych. W 2014 roku udało im się zdobyć mandaty radnych w Warszawie, Toruniu czy Poznaniu. Największy sukces chyba odniosły w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie kandydat startujący z poparciem ruchów miejskich został prezydentem. Czego od czasu tamtej kampanii i przez tę kadencję ruchy miejskie się nauczyły?

Lech Mergler: Dla porządku – w Poznaniu po raz trzeci. Nauczyły się przede wszystkim, że idealizm należy łączyć z pragmatyzmem. Czysty polityczny idealizm to naiwność. Z kolei czysty pragmatyzm prowadzi do cynizmu. Trzeba łączyć jedno z drugim, jeśli chce się zachować tożsamość polityczną – choćby przypadek prezydenta Krzysztofa Żuka, który stanął po stronie prawicy w kwestii Marszu Równości w Lublinie – a przy okazji nie zostać wykorzystanym.

Pierwszy tęczowy marsz na ulicach Lublina

O co konkretnie chodzi?

Teraz mówienie językiem ruchów miejskich jest bardzo popularne, podobnie jak mówienie, że ma się na swoich listach miejskich działaczy. Marka ruchów miejskich jest dość atrakcyjna – w przeciwieństwie do szyldów partyjnych.

W Katowicach BoMiasto startuje razem z częścią Koalicji Obywatelskiej.

Kongres Ruchów Miejskich jako federacja organizacji nie zakazał żadnych sojuszy, ale w Katowicach działacze z BoMiasto uznali, że ten sojusz jest konieczny dla dobra miasta. Dopóki koalicja ruchów miejskich nie wchodzi w konflikt z naszym manifestem, czyli z Tezami o Mieście, to wszystko jest OK.

Mi chodzi o cyniczne podbieranie haseł lub samego szyldu, jak w choćby w Lublinie, gdzie startuje komitet, który nazywa się Patrioci i Ruchy Miejskie, choć jest to komitet partyjny narodowców i Kukiz’15, który z ruchami miejskimi nie ma nic wspólnego.

Wspomniałeś, że postulaty ruchów miejskich przebiły się do mainstreamu…

Istnieje nawet oficjalny dokument „Krajowa polityka miejska”. Ale to często jedynie retoryka „zrównoważonego transportu”, za którą nie idą faktyczne działania.

Ale to co innego niż powoływanie się na nazwę „ruchy miejskie”.

Przykład Jacka Wójcickiego, prezydenta Gorzowa Wielkopolskiego, z którym przyszło się rozstać ruchom miejskim publicznie i z hukiem pokazał, że są lokalni politycy, którzy wykorzystują ruchy miejskie do tego, żeby na nich się promować. Wójcicki wycinał drzewa na potęgę twierdząc, że robi to w ramach zrównoważonego rozwoju! Inny przykład: blokowanie ograniczania ruchu samochodowego w śródmieściu mimo haseł „zrównoważonego transportu”, jak ma to miejsce w Poznaniu.

To wyzwanie dla ruchów miejskich, bo przejęto nasze hasła, ale niewiele się robi w kierunku ich realizacji. Musimy udowadniać, że wciąż jesteśmy potrzebni

Co jest najważniejsze dla ruchów miejskich w tych wyborach? Jakie postulaty się powtarzają?

Konkretne postulaty były uchwalane na poziomie każdego miasta oddzielnie, ale są problemy, które się powtarzają. Pierwszym z nich jest zanieczyszczenie powietrza i ochrona zieleni miejskiej.

Marzenia się spełniają. Władza i wpływ polityczny aktywistów miejskich

Nie wszystkie miasta borykają się w tym samym stopniu ze smogiem.

To prawda, ale jest to temat, który wszędzie wszedł do powszechnej świadomości. Uważam, że władze publiczne powinny też dawać przykład instalując na budynkach publicznych panele fotowoltaiczne. Druga kwestia to transport i priorytet dla komunikacji publicznej. Kolejny to kwestia mieszkaniowa, zwłaszcza tanie mieszkania na wynajem oraz niewielkie kooperatywy (mikrospóldzielnie) mieszkaniowe.

Wydaje się, że w tym przypadku to jednak ekonomia skali powinna mieć wpływ na ceny mieszkań.

Przy niewielkiej pomocy kooperatywy działające w warunkach rynkowych budują dobrej jakości powierzchnie mieszkaniowe o wiele taniej niż duzi deweloperzy.

Czwarty punkt to nurt społeczny, w którym starzenie się społeczeństwa wiąże się z problemami ludzi młodych i generalnie wyludnianiem się niektórych miast. To kwestia wyzwań dla młodych rodzin i szklanego sufitu, który powoduje, że młodzi wyjeżdżają do większych ośrodków, gdzie mogą robić kariery. Polska ma naprawdę niski wskaźnik zatrudnienia, a to wraz ze starzeniem się społeczeństwa oznacza, że utrzymanie całej społeczności spoczywać będzie na barkach coraz mniejszej liczbie ludzi.

O jakie wyzwania chodzi?

O usługi opiekuńcze, takie jak żłobki i przedszkola, o to, żeby szkoły były blisko miejsc zamieszkania i komunikacja publiczna mogła bez problemu dowieźć dzieci z domu do szkoły. A przy rejonizacji szkół dzieci powinny bez problemu dojść do szkoły pieszo. Bez tego trudno wygodnie żyć w mieście. Chodzi też o mieszkania w przystępnej cenie. 40 procent ludzi do 35. roku życia mieszka wciąż z rodzicami dlatego, że nie mają innego wyjścia. To zahacza oczywiście o politykę mieszkaniową, ale wiąże się z polityką zatrudnienia i pomysłami na rozwój gospodarczy i społeczny miast.

Piąty punkt to upodmiotowienie mieszkańców i realne włączenie ich w procesy decyzyjne.

Budżety obywatelskie się skompromitowały.

Wygląda to w wielu miejscach tak, jakby urzędnicy rzucili ochłap po to, żeby mieszkańcy odczepili się od budżetu miasta. Dlatego chodzi o faktyczne narzędzia, takie jak panele obywatelskie czy tematyczne referenda lokalne.

Jak Gdańsk walczy ze smogiem

To bardzo wszechstronna agenda.

My nie chcemy być władcami miast, którzy nimi rządzą i je eksploatują. Chcemy być ogrodnikami miast – chcemy pomagać im zdrowo rosnąć, bo miasta to organizmy, żywe systemy.

Ruchy miejskie wystawiają 12 kandydatów i kandydatek na prezydentów i burmistrzów. To dużo więcej niż w 2014 roku. Co ciekawsze, aż 10 osób to kobiety.

To nie było zaplanowane, ale to nas wyróżnia. Dorota Bonk-Hammermeister w Poznaniu jest jedyną kandydatką i w odróżnieniu od tych samców alfa używa argumentów, a nie epitetów, próbuje przekonać, a nie zaznaczyć dominację. Tak samo Justyna Glusman, która ma świetny doktorat, podobnie Katarzyna Sztop-Rutkowska z Białegostoku i Anita Kucharska-Dziedzic z Zielonej Góry. Nasza wewnętrzna polityka jest pozbawiona agresji, opiera się na dyskusji a nie rozkazach i udowadnianiu, kto jest ważniejszy. Myślę, że kiedy polityka jest pozbawiona tego nadmiaru testosteronu i jeśli demokracja działa, to kobiety liderki wyrastają w sposób naturalny. Prawdą jest to, co piszą niektórzy, że ta energia zmiany i przełomu idzie od kobiet.

Glusman: Rozwiążmy najpierw istniejące problemy

To kandydatki na prezydentki. A kto jest na listach do rad miejskich i dzielnicowych?

Poznań jest dobrym przykładem. Najmłodszy chłopak u nas ma 22 lata, a najstarsza osoba ma 80 lat. Mamy dużo przedstawicieli zawodów inteligenckich: ekonomiści, prawnicy, inżynierowie, trochę małego biznesu. Ale w jednym okręgu liderem naszej listy jest tramwajarz Krzysztof Bartosiak, a w innym pielęgniarka Bożena Mikołajczak. I klasowo i pokoleniowo jesteśmy różnorodni. Mamy nawet na listach około siedemdziesięcioletniego Ryszarda Musielaka, który podczas konfliktu z deweloperem postawił na placu krzyż, po to, żeby na terenie, na którym mieszkańcy chcieli mieć boisko, nie powstał jakiś apartamentowiec.

Rzeczywiście duża różnorodność.

To wszystko tworzy bardzo dobrą mozaikę kompetencji, ale taka różnorodność jest istotna. Jeśli wyzwaniem dla miast jest starzenie się społeczeństwa, to obecność osób starszych we władzach miejskich jest ważna, bo oni mają bezpośredni dostęp do doświadczeń ludzi w  starszym wieku, wiedzą, jakie są ich problemy i potrzeby. Czterdziestolatkowie będą problem traktować jako dość abstrakcyjny. I „zewnętrzny”.

Bendyk: Państwo uczy się wolniej niż miasta

Patrząc realistycznie kandydaci i kandydatki ruchów miejskich nie mają wielkich szans na fotele burmistrzów i prezydentów miast. Na co zatem liczycie?

Wszystko, co uda nam się osiągnąć, zależeć będzie od tego, czy na pierwszym planie będzie „wojna o ojczyznę”, czy jednak spór o miasto. Jeśli to pierwsze, to ruchy miejskie będą oczywiście miały utrudnione zadanie. Widać to zwłaszcza w Warszawie.

To, co jest naszym realistycznym celem to budowanie, nazwijmy to, pakietów kontrolnych w radach miast. Chodzi o to, żeby przy tym wyniszczającym konflikcie PiS-PO ruchy miejskie były koniecznym koalicjantem, bo dzięki temu będą mogły blokować złe rozwiązania i wymuszać dobre. Uważam, że możemy mieć lepsze wyniki niż podczas poprzednich wyborów w większej liczbie miast.

Kampania z 2014 roku odbywała się w warunkach innych standardów debaty publicznej i innej temperatury sporu politycznego.

Bardzo dobrze to widać na przykładzie Warszawy, gdzie kampania wyborcza nie dotyczy obecnie sporu o to, jak miasto ma wyglądać, tylko chodzi o „ratowanie ojczyzny” – albo przed zgnilizną lewacko-liberalną, albo przed katonacjonalizmem. Polityka miejska jest zakładnikiem sporu de facto partyjnego. Nie chodzi o Warszawę, tylko o przyczółek do utrzymania lub odebrania władzy w kraju. Dochodzi do licytacji na inwestycje – kto więcej stacji i linii metra zbuduje. Rozumiem, że metro to prestiż, ale lepszym pomysłem byłoby zintegrowanie tramwajów i autobusów, obecnie istniejącego metra oraz kolei – a Warszawa ma i Warszawską Kolej Dojazdową, i Szybką Kolej Miejską i pociągi Kolei Mazowieckich. Uporządkowanie tego, co już mamy, byłoby tańsze i wydajniejsze.

W innych dużych miastach sytuacja jest podobna, choć nie tak jaskrawa. To utrudnia nam prowadzenie kampanii, bo wymaga się od nas opowiedzenia po którejś ze stron, choć my nie jesteśmy ani za PiS-em, ani za PO, tylko za naszym miastem.

Nie da się jednak ukryć, że PiS swoją polityką demoluje instytucje krajowe.

Oczywiście, że sprzeciwiamy się demolowaniu niezależności sądów, ale opowiadaliśmy się nie po stronie Platformy tylko po stronie niezawisłości sądów. Ale na poziomie konkretów bywało różnie. Byliśmy i jesteśmy przeciwni lex Szyszko i lex deweloper, bo są groźne dla miast. Dzięki naszym działaniom w komisjach parlamentarnych  udało się stępić część najgorszych pomysłów, ale do tego musieliśmy mieć własną wiarygodność, nie jako anty-PiS, ale jako działacze miejscy. Były też sytuacje odwrotne. Poparliśmy ustawę umożliwiającą władzom miejskim reglamentowanie sprzedaży alkoholu na własnym terenie, podobnie jak pomysł uwolnienia opłat za parkowanie. Poparliśmy też część rozwiązań z kodeksu wyborczego, jak na przykład dwukadencyjność czy inicjatywę uchwałodawczą mieszkańców od 500 podpisów.

Poza Warszawą też jest Polska

Mówi się, że władze lokalne są ostatnim bastionem władz publicznych jeszcze nie przejętych przez PiS.

Demokracja w Polsce przyszła z góry, jest instytucjonalno-formalna i jej elementem są wolne wybory, natomiast ona nie jest częścią codziennego życia. Nie bez powodu mówi się o mentalności folwarcznej: ten, który ma władzę, traktuje innych jak pan chamów, a ten, który jest podwładnym, jest pokorny, usłużny i ma giętki kręgosłup. PiS w końcu przeminie, ale PiS wyrósł z tych realiów społecznych, które nie są demokratyczne. I jeśli nie chcemy mieć powtórki z tego, co się dzieje teraz, to musimy tworzyć mechanizmy uczestnictwa na poziomie lokalnym, bo to demokracja lokalna buduje na dłuższą metę chęć trwania przy demokratycznych wartościach w ogóle. Dlatego budowanie postaw demokratycznych na poziomie miejskim jest tak istotne.

***

Lech Mergler – współtwórca ruchu My‑Poznaniacy, stowarzyszenia Prawo do Miasta oraz Kongresu Ruchów Miejskich, w którym po powołaniu formalnej federacji jest Prezesem Zarządu.

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.