Kraj

Pogadajmy o chorobie

Foto. Flickr. Suzanjanegolding.

Niektórzy twierdzą, że chorzy są wszyscy, tylko nie wszystkich przebadano, mnie przebadano.

O chorobach psychicznych trochę się pisze. Podaje się statystyki. Straszy się tym, że rosną. Opisuje się świat chorych. Przestrzeń pisania jest, ale czy mówienia? O jaką przestrzeń mi chodzi? Codzienną. O zwykłą codzienność.

 

W tej codzienności niektórzy mawiają: on jest jakiś chory psychicznie – i mają na myśli najgorszą obelgę. Niektórzy twierdzą, że chorzy są wszyscy, tylko nie wszystkich przebadano (nie wszyscy dostrzegają tę wewnętrzną sprzeczność). Są też tacy, dla których chorzy psychicznie to zbędny balast na barkach społeczeństwa.

Ja sama jestem chora psychicznie. Co to oznacza? Którą z powyższych opcji wybieram? A czy mam wybór? Nie mam. Po prostu jestem chora. Mój wybór ograniczać się może rzeczywiście tylko do tego, co sama o chorobie mówię i myślę.

Są choroby mniej i bardziej wstydliwe. Są takie, o których mówi się łatwo i bez wahania. Wymienia się sposoby kuracji, doradza się w sprawie leków i lekarzy. Są też takie, o których mówi się szeptem i takie, o które nikt nie pyta. Mówi się w konspiracji. Pyta się ze zmieszaniem. Co w nich wstydliwego? Czasem rzadkość, czasem pochodzenie, czasem schorzenie samo w sobie. Jest ich zapewne wiele. Ale nie będę ich wymieniać. Zajmę się swoim wstydem. O nim trochę opowiem.

Zmowa milczenia

Pięć lat temu zdiagnozowano u mnie chorobę afektywną dwubiegunową. Zwaną też psychozą maniakalno-depresyjną. Albo depresją dwubiegunową. Jestem typem hipomaniakalnym – łagodniejszym. Leczę się od dwunastu lat, ale dopiero pięć lat temu stwierdzono na co. Choruję prawdopodobnie od 13-14 roku życia.

Ciężka depresja polskiej psychiatrii

Po co wam o tym piszę, po co chcę o tym mówić? Bo choruję przez większość życia i przez większość życia zamykałam usta. Sama nie wiem, kto mi te usta zamykał bardziej: społeczeństwo czy ja sobie. Prawdopodobnie działo się to w komitywie. Czas tę komitywę rozbić i rozłupać.

Czas pozbawić jej racji bytu. Po co? Bo jak każda zmowa milczenia, ta również jest tylko po to, by zbudować iluzję sielanki, ułudę braku problemu. Albo odsunąć ten problem od siebie.

Patrzymy na rodzinę sąsiada, w której schizofrenik biega z siekierą po ogródku i wzdychamy ze wzgardą, bo ci to mają problem z wariatem. Obserwujemy w tramwaju człowieka, który mówi do siebie i śmiejemy się z niego, bo żyje w innym świecie. Widzimy depresję znajomego i pchamy go, by wziął się wreszcie w garść. Mamy tyle porad odnośnie życia. Irytujemy się, że ten smutas nie umie ich zastosować. Lecz wszystko to dzieje się z boku, płynie poza nami, to nie nasze problemy. My jesteśmy zdrowi, my jesteśmy normalni. Nasze rodziny też są normalne i zdrowe. A także nasi znajomi i przyjaciele. Dlaczego piszę „my”? Nie bójmy się odpowiedzialności zbiorowej. Nikt nie jest bez winy. To są zawsze oficjalne wersje. To są te iluzje, wywołane zmową milczenia. Dopóki nikt nie powie, że śmierdzi, to przecież nie będzie smrodu. A smród jest. My tylko ignorujemy jego źródło. Możemy udawać latami, że nie cuchnie, ale jeśli nie znajdziemy wentylu, to się w końcu udusimy.

A więc otwieram okno. Co o chorobach psychicznych powiedzieć trzeba? Wiele oczywistości. Na przykład takich, że są.

Czy mój świat istnieje?

Gdy miałam 11 lat, byłam z mamą i siostrą w kinie na Pięknym umyśle. Byłam tym filmem poruszona i przerażona. Przeraziła mnie myśl i wizja tego, że wszystko, co mnie otacza, w czym żyję, w co wierzę, może okazać się iluzją. Patrzyłam na ludzi i zastanawiałam się, czy oni rzeczywiście istnieją.

A jeśli ja też jestem takim Johnem Nashem i nie wiem, w jakiej rzeczywistości żyję? Nie jestem tym geniuszem, ale mogę być świrem. Rozmawiałam z panią w sklepie i zastanawiałam się, czy ona jest prawdziwa. A co, jeśli nawet tej rozmowy nie ma? Pierwszej nocy po obejrzeniu filmu nie mogłam zasnąć z przerażania, że może za chwilę ja też zacznę widzieć ludzi, których tak naprawdę nie ma. Na szczęście po paru dniach paranoja mi przeszła. To tylko film.

Stawiszyński: Czego uczy depresja

Kultura jest pełna obrazów chorób psychicznych. Wiele wywołało we mnie duży lęk przed nimi. Modliłam się, by mnie to nigdy nie spotkało. Bo wydawało mi się, że nie ma większej tragedii niż być uwięzionym w swoim umyśle.

Wydawało mi się, że nie ma większej tragedii niż być uwięzionym w swoim umyśle.

Niestety, nie my decydujemy, na co chorujemy. 16 lat później pojawiły się pierwsze halucynacje. W kwestii chorób psychicznych jest sporo mitów do obalenia. Na przykład takich, że chory nigdy nie wie, że jest chory. Że szaleństwo polega na tym, że szalony nie zdaje sobie z niego sprawy. Nic bardziej mylnego. To również zależy od rodzaju choroby, ale nie będę wdawać się w szczegóły chorób, na których się nie znam. Mogę pisać tylko o swojej.

W chorobie jest tylko „dziś”

Miałam jakieś 14 lat, gdy już wiedziałam, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Pisałam wtedy dzienniki. Kiedy potem, już na studiach, je odnalazłam – ich lektura mnie przeraziła. Jakim cudem wtedy żyłam – mając w głowie to wszystko? Było mi siebie żal – tej siebie sprzed lat.

Gdybym mogła, cofnęłabym się w czasie, by powiedzieć sobie, żebym była cierpliwa, bo jeszcze będzie lepiej. Nie wierzyłam wtedy w żadne „jutro” i żadne „lepiej”. Na tym polega depresja. Opowiedziałabym więc, ile dobrego mnie jeszcze czeka. Przemilczałabym to, co złe, bo i tak tego nie uniknę, a po co straszyć siebie na zaś? Musiałabym być ze sobą szczera: depresyjno-hipomaniakalne stany nie znikną, ale nauczę się z nimi żyć. Choć w tamtych czasach nie wiedziałabym, co ten termin znaczy, bo nie wiedziałam o istnieniu choroby dwubiegunowej.

Jak poprawić zdrowie psychiczne w XXI wieku?

Bardzo często zastanawiałam się wtedy, jak i dlaczego tak szybko i łatwo zmieniam nastroje, jak ja to robię? Jak to możliwe, że w jednej chwili w samotności wyję z bólu, moment później świetnie bawię się na imprezie, a w kolejnym – znowu płaczę? Czasami zdarzały mi się wybuchy ogromnej złości, ale to było przypisane rodzinnemu temperamentowi. Mam charakterek.

Musiałabym więc sobie wyjaśnić, że jestem chora psychicznie, ale to żaden wyrok. Opowiedziałabym o objawach, choć – prawdę mówiąc – przemilczałabym przed sobą to, co mnie w związku z nimi czeka, żeby siebie nie zniechęcać do życia. Proszę nie zrozumieć mnie źle, to, że teraz jest lepiej, nie znaczy, że jest łatwo.

Zaczęły się pojawiać tajemnicze bóle brzucha. Psychosomatyczny klasyk. Po przepadaniu mnie na wskroś lekarze orzekli, że jestem przewrażliwiona i dostałam skierowanie do psychologa. Powiedziałam, że nigdzie nie pójdę i temat się rozmył. Bóle też jakoś zniknęły. A ten psycholog był mi potrzebny i dobrze o tym wiedziałam. Dlaczego nie chciałam pójść?

Co można zrobić, żeby Polacy rzadziej odbierali sobie życie?

Bo co inni powiedzą? Wezmą mnie za świra. Za osobę słabą. Za nienormalną. Znajomi przestaną mnie lubić, rodzice przestaną mnie kochać. Świrów nikt nie lubi, nikt nie szanuje, od nich odwraca się głowę ze wzgardą. Wiem, że jestem nienormalna, ale póki mogę i mam siły, muszę udawać, że wszystko jest w porządku.

Siła woli to za mało

Ale bez końca udawać się nie da. Choroba to nie jest coś, nad czym da się zapanować samą siłą woli. Ta siła jest potrzebna, ale bez medycznego wsparcia nie ma szans. Z każdym rokiem dorastania choroba się nasilała, aż w końcu nie byłam już w stanie jej całkowicie ukrywać. W wieku 17 lat podjęłam decyzję, by wybrać się do psychologa. I tak się zaczęła długa przygoda z leczeniem, licznymi diagnozami, lekami, psychiatrami i terapeutami, która trwa do teraz i trwać będzie długie lata.

Ale jeśli którykolwiek z czytelników teraz myśli, że otoczenie wiedziało, to się myli. Wiedziała tylko najbliższa rodzina i paru najbliższych znajomych. Przed nimi już się nie dawało niczego ukryć, ale przed resztą świata można było zasłaniać się kłamstwami. Że mdleję od leków na chore kolana (a nie od psychotropów), że nie wychodzę z domu, bo nie potrzebuję (a potrzebowałam, tylko nie mogłam), że po prostu mam aspołeczną naturę (w to nawet sama uwierzyłam). Nikt niczego nie kwestionował, nikt o nic nie pytał, nikt nie wiedział. I byłam z tego zadowolona, bo po co inni mają mieć mnie za wariatkę?

Własnym głosem o spektrum autyzmu

Tutaj zahaczamy o kolejny mit: chorobę psychiczną ma się wypisaną na czole. To oczywiście zależy od choroby, ja mogę mówić tylko o tej, którą znam od środka. Gdy po krótkim poznaniu kogoś zdarza mi się do swej choroby przyznawać, zawsze słyszę to samo: ale przecież po tobie nic nie widać. A dlaczego ma być coś widać? Co ma być widać?

Obrazy choroby psychicznej w kulturze najczęściej pokazują ją w szczytowej formie: jak chory ma schizofrenię, to chce kogoś zabić, jak depresję, to tygodniami nie wychodzi z łóżka i robi pod siebie, jak dwubiegunówkę, to biega z nożem, nierzadko nago, a potem wyje z rozpaczy w kącie. I czasem rzeczywiście może tak to wyglądać. Ale nie musi.

Dzięki takim obrazom ludzie często spodziewają się, że choroba psychiczna jest widoczna od razu, już zaraz, teraz. Spodziewają się jej gwałtownych wyrazów. A ta może być przez pewien czas wyciszona, uśpiona. Ja sama podważam czasem swoją diagnozę, zwłaszcza, gdy czuję się dobrze przez dłuższy czas.

Ludzie często spodziewają się, że choroba psychiczna jest widoczna. Spodziewają się jej gwałtownych wyrazów. A ta może być przez pewien czas wyciszona, uśpiona.

Czuję się normalnie, zwyczajnie, zapominam o pobudzeniu i depresji, codzienność jest prosta i możliwa do przeżycia. Aż w końcu nadchodzi moment, kiedy znowu atakuje, przypomina o sobie, przypomina o uczuciach z nią związanych, a ja przyznaję ponownie, że psychiatra jednak ma rację.

Techniki siebie

Teraz, gdy od momentu pierwszych objawów minął już półmetek mego życia, jest mi wszystko jedno. Sama powiem to otwarcie: tak, jestem świrem. Jestem chora psychicznie, szurnięta, jakaś nienormalna, mam żółte papiery, nadaję się do wariatkowa. Mówię o tym otwarcie, opowiadam swą skróconą historię, bo depresja może czasem być jak rak. Wcześnie rozpoznana da się wcześniej zahamować. A żeby ją zdiagnozować, zwłaszcza u dziecka, trzeba być jej świadomym, wiedzieć, że jest, że może być obok nas i że nie można od niej odwracać głowy.

Jak ta świadomość się przekłada na codzienność? Dzięki świadomości mogę szybciej rozpoznać pierwsze symptomy, kiedy choroba znowu zaczyna atakować i zawczasu zareagować, by powstrzymać jej rozwój. Mogę uniknąć ewentualnych konsekwencji nadchodzącego ataku.

Dzięki świadomości mogę szybciej rozpoznać pierwsze symptomy, kiedy choroba znowu zaczyna atakować i zawczasu zareagować, by powstrzymać jej rozwój.

Gdy wśród ludzi czuję się źle, wiem, że na jakiś czas muszę się odizolować. W moim przypadku owa izolacja nie jest objawem depresji (jak to wygląda w większości przypadków), a antidotum na nią, sposobem powstrzymania jej rozwoju. Muszę dać sobie czas, przystopować, pozwolić na odpoczynek i nie przemęczać się umysłowo.

Dużo czasu minęło, nim przestałam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia i nim dotarło do mnie, że mam prawo, a wręcz obowiązek utrzymania higieny umysłu. Lata terapii nauczyły mnie, na czym owa higiena polega oraz jak reagować i rozpoznawać pierwsze objawy. Dzięki temu ataki przechodzę lżej lub udaje mi się je zahamować.

To nie znaczy, że zawsze się udaje, ale życie z chorobą przestaje być tak uciążliwe – zarówno dla mnie, jak i dla otoczenia, a nadchodzący atak nie musi oznaczać (auto)destrukcji. Mówiąc krótko, łopatologicznie i wprost: choroba przestaje niszczyć życie zarówno – powtórzę – chorego, jak i otoczenia.

Między snem a jawą

Choroba jest dla mnie doświadczeniem z pogranicza snu i jawy. Czasami wiem, że śnię, ale nie mogę się wybudzić. To nie jest sen, w którym po przebudzeniu świadomości odzyskujemy władzę nad tym, co się dalej dzieje. To nie jest sen, w którym dyktujemy warunki. To sen, w którym jestem ogarnięta wytworami podświadomości; one nade mną panują. Widzę w tym śnie ludzi, którzy nie istnieją, którzy są senną halucynacją, ale nie mogę sprawić, by zniknęli. Nie mam mocy sprawczej. Motam się we mgle sennego koszmaru, nie mogę znaleźć sposobu na ucieczkę, krzyczę, wydaję nieartykułowane dźwięki, ale to nic nie zmienia. Świat sennego koszmaru działa przeciwko mnie, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Towarzyszy temu lęk związany z nierzeczywistością, mglistością i powtarzalnością wydarzeń. Z ich nieuchronnością. A gdy już się w końcu budzę, przerażanie pozostaje. Walczę między strachem przed zaśnięciem, a pozostaniem na jawie. Strach żyć i strach zasnąć.

Ale to, czego uczę się na terapii, to nowa perspektywa. Dzięki niej odzyskuję moc sprawczą. Okazuje się, że jest w zasięgu mojej ręki. Uświadamiam sobie, że jestem w stanie wpływać na swoje życie, które nie jest snem. Sen, to tylko wrażenie, złudzenie, impresja. Ta nowa perspektywa przepędza mgłę, pomaga spojrzeć na rzeczywistość jak na wyzwanie, a nie skazanie.

Zdrowie na świecie: 17 powodów do optymizmu

czytaj także

Wiele osób mawia: przecież każdy ma wahania nastroju, a nie nazywa tego od razu chorobą. Tak, ale nie u każdego wahania te mają tak silne natężenie i są tak ze sobą sprzężone, że stają się wysoce niebezpieczne, prowadzące nawet do samobójstwa. Hipomania jest o tyle przebiegła, że jest mniej widoczna i trudniejsza do rozpoznania. Główne objawy to silne pobudzenie psychoruchowe, słowotok, skłonność do impulsywnych i ryzykownych zachowań, w tym autodestrukcyjnych, drażliwość, skłonność do agresji.

Łatwo jest ją rozpoznać po konsekwencjach – np. gdy dojdzie do pobicia, o wiele trudniej – zanim stanie się coś złego. Wymienione objawy wydają się dość jasne, ale nie są proste do rozpoznania.

Skąd wiedzieć, czy jest się nienaturalnie pobudzonym, czy ma się po prostu dobry nastrój? Skąd wiedzieć, czy jest się po prostu nerwowym czy już agresywnym? Skąd wiedzieć, czy jest się nadmiernie towarzyskim, czy ma się po prostu lepszy dzień do ludzi? Co to w zasadzie znaczy „nadmiernie towarzyski”? Czy można być towarzyskim „nadmiernie”?

Po latach terapii wiem, że w moim przypadku nadmierna towarzyskość zachodzi wtedy, gdy nagle staję się bardziej otwarta, niż jestem na co dzień, z dużą łatwością poznaję nowych ludzi i nie boję się nawiązywać kontaktów. W moim przypadku, ponieważ z natury taka nie jestem. Owszem, jestem towarzyska, ale nie zagaduję obcych ludzi, z trudem się do nich uśmiecham, a już na pewno nie mam takiej swobody w kontaktach damsko-męskich. Co złego w takiej otwartości? Np. skłonność do ufania nieodpowiednim, prawie nieznanym ludziom i brak refleksji nad tym. Budzenie się z ręką w nocniku. Zaznaczam, że w moim przypadku, gdyż objawy mogą być inne, zależnie od charakteru chorego. Jesteśmy chorzy, ale jesteśmy różni.

Wyjść poza wstyd

Wracając do początkowego pytania, czym, a może kim ja jestem? Tą jakąś nienormalną, a może normalną, ale chorą ze wszystkimi, tylko przebadaną, czy też balastem dla społeczeństwa? To zależy, co Ty czytelniku o mnie powiesz. To zależy, co ja powiem o sobie. To zależy, jak o sobie pomyślę. To zależy, jak bardzo się wstydzę. To zależy, jaka tworzy się wokół tego otoczka. Wszystko to tworzy jakiś obraz. My go tworzymy i tym stwarzamy też warunki funkcjonowania dla samych chorych. Ale to co najważniejsze, to pytanie, czy potrafimy patrzeć na chorych jak na ludzi – nie zaś psychicznie trędowatych wariatów. Mówienie obala mity, oswaja to, co obce, pomaga się z pewnymi rzeczami godzić. Najpierw jednak trzeba się przełamać i do czegoś przyznać. Ja się właśnie do swojej zbrodni przyznaję.

To, czego uczę się na terapii, to nowa perspektywa. Dzięki niej odzyskuję moc sprawczą.

Wielu ludzi oczekuje, że będziemy milczeć. Bo to niezręczne, nieprzyjemne, niewygodne. Komu chce się słuchać o depresji, nerwicach, psychozie – i ich objawach? Jak na to zareagować, co na to odpowiedzieć? Ale to właśnie tabu czyni ten temat niezręcznym, nieprzyjemnym i niewygodnym. Sprawia, że nie wiadomo, jak na niego reagować. Owszem, nie o to chodzi, by każdemu przechodniowi rzucać chorobą w twarz. By krzyczeć „jestem chory!” i wymachiwać rękami. Chodzi o swobodę, wolność, możliwość otwartego wyrażenia, przyznania, że jest się chorym, ma się czasem objawy, czasem niedyspozycje, i ma się prawo do normalnego życia. Więc jeśli jeszcze raz nazwiesz kogoś chorym psychicznie (w domyśle głupim), to zadaj sobie pytanie: kogo tak naprawdę obrażasz?

Jeśli jeszcze raz nazwiesz kogoś chorym psychicznie (w domyśle głupim), to zadaj sobie pytanie: kogo tak naprawdę obrażasz?

PS Pierwsza wersja tego tekstu powstała w 2016 roku. Tyle czasu wahałam się, czy go opublikować. Czytałam, zmieniałam, stosowałam autocenzurę. Zastanawiałam się, czy warto. Tak działa głęboko zakorzenione tabu: nawet tekst o jego przerwaniu jest nim obłożony. Życzliwa osoba powiedziała mi, że w niniejszym tekście ową autocenzurę widać. Przekraczam tabu jedną nogą, ale drugą ręką się go trzymam. Brakuje osobistej historii. Wyznania. Morału? – być może. Zastanawiałam się więc: co jeszcze mogłabym wyznać? Jaką osobistą rzeczą – poza samym faktem zmagania się z chorobą psychiczną – mogłabym się podzielić? Co byłoby umotywowane? Oraz: czy chcę? Czy moje osobiste cierpienie coś do tego manifestu wniesie? Czy próba opisu cierpienia (bo to zawsze tylko próba!) uczyni ten tekst bardziej wymownym?

Jestem Zła

czytaj także

Jestem Zła

Anna Łoniewska

Aż wreszcie uświadomiłam sobie, że to, czym chcę się podzielić to nie fakt, że cierpię, ale że sobie radzę – pomimo cierpienia. Prowadzę względnie normalne życie, co dla jednych jest oczywistością, a dla innych osiągnięciem. Mam stałą pracę i życzliwych ludzi wokół siebie. Jeśli chciałabym dodać jeszcze jakieś przesłanie, to takie, że pomimo skrajnego cierpienia, które zaprowadza nas do ekstremalnych sytuacji, można pozbierać siebie i swoje życie.

**
Anna Łoniewska – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracuje w reklamie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.