Kraj

Paprota: Ufam, więc ślę

Myśleć ma ta osoba, która dostała ode mnie fotkę. Dlaczego kampania fundacji Dzieci Niczyje nie jest skierowana do odbiorcy?

Zabrzmię za chwilę jak dinozaur, ale: gdy byłam nastolatką, nie było komórek ani fejsa. Mnie samej trudno w to uwierzyć, bo z wielką radością przywitałam nadejście nowych technologii, pozwalających nie czekać kilku dni na list i skontaktować się z drugą osobą bez uwiązania do przewodu telefonicznego. O ile zresztą dzwoniłam (i nadal dzwonię) mało, o tyle miałam w tym czasie kilkoro „korespondencyjnych przyjaciół”. Nie było tygodnia bez listu! Nie wydawałam na znaczki i koperty fortuny tylko dlatego, że kosztowały grosze, a pisząc apetycznie grube listy zamiast papeterii od zawsze używałam kartek do segregatora. Pisałam dokładnie tak, jak dziś postuję na fejsie. Że spotkałam w podwórku na Mokotowskiej gości, których się zrazu przestraszyłam, ale gdy posłyszałam, że rozmawiają o filmach dubbingowanych, to się odprężyłam. Że mama mnie nie rozumie. Że mam na głowie sporo spraw, bo koordynuję Manifę. Że była impreza. Że obejrzałam „Pride” po raz drugi i znów się spłakałam.

Prawdopodobnie nawet wysyłaliśmy sobie zdjęcia kotów.

Spośród korespondentów w pewnym okresie jeden z nich odmeldował się jako mój chłopak i kultywowaliśmy związek na odległość. Przyjeżdżał, zostawiał mnie w pąsach i rozmarzeniu – i odjeżdżał (o ile wiem, jest szczęśliwym mężem dziewczyny, z której leczył się w moich ramionach). Za dzisiejszych czasów pewnie siedzielibyśmy po nocach na skypie czy czacie fejsbukowym, wysyłając sobie na dobranoc własne zaróżowione genitalia. Wtedy fotek nie było, więc świntuszyliśmy w listach. Fantazjowaliśmy. Wspominaliśmy. Szczegółowo omawialiśmy, co i jak lubimy. Czy tak wiele się to różniło od dzisiejszych erotycznych rozmów na czatach?

Jestem przekonana, że nie. Zasięg był mniejszy, erotyczna zawartość nie mogła tak łatwo trafić w niepowołane ręce, ale ludzie uwodzili się, podniecali i uprawiali seks na odległość od wieków.

Dziś faktycznie wysłanie nagich fotek czy ich publikacja w erotycznym serwisie oznacza daleko większe ryzyko, że wyciekną. Mnie samej to się przytrafiło kilka lat temu. Ktoś wyciągnął fotę z portalu erotycznego i wrzucił publicznie. Szczęśliwie zdjęcie nie było zbyt odważne, a serwis, na którym nastąpiła publikacja, już nie istnieje.

Do czego zmierzam: czy to przesyłając zdjęcie do konkretnej osoby, czy też wrzucając je do wspomnianego serwisu z dostępnością tylko dla kilkorga znajomych – mam prawo ufać, że zobaczą je tylko adresaci. Nic nie usprawiedliwia rozpowszechnienia zdjęcia dalej.

Dlatego spot fundacji Dzieci Niczyje uważam za mocno chybiony.

Filmik skierowany jest do dziewczyny, która wysyła roznegliżowane zdjęcie swojemu chłopakowi. Chłopak zdjęcie upublicznia, dziewczyna staje się ofiarą slut shamingu, szyderstw i przeróbek. Hasło kampanii to: „Myślę, więc nie ślę”.

Nie. Myśleć ma ta osoba, która dostała ode mnie fotkę. Ma myśleć o mnie i o moim bezpieczeństwie.

To, że wysłałam jej tę fotkę, nie oznacza, że nie myślę, tylko, że jej ufam, podoba mi się i chcę ją trochę pouwodzić. Co w tym złego?

Nie jest tak, że mój odbiorca jest niespełna rozumu czy serca i jak tylko zobaczy kawałek mojego ciała, to natychmiast go udostępni publicznie. No po prostu powstrzymać się nie może, odruch ma taki, jedni robią znak krzyża przy kościele, inni siadają przed podróżą, a on akurat ma tak, że co mu wpadnie do skrzynki odbiorczej, to przesyła dalej (piszę: on, bo zaczęłam z rzeczownikiem w takim rodzaju, ale oczywiście to równie dobrze może być ona). Dlaczego niby mam to zakładać? Mówimy tu o osobie, do której mam zaufanie. Przecież to problem tej osoby, by tego zaufania nie zawieść!

Więc dlaczego kampania nie jest skierowana do odbiorcy, tylko do dziewczyny wysyłającej zdjęcie? Czy ona jest sama sobie winna?

Tak, wiem: nastolatki mają pstro w głowach. Ale jak świat światem zawsze próbowały rzeczy dla dorosłych: piły, narkotyzowały się i i wykazywały aktywność seksualną. Nie zakażemy im tego i prawdę powiedziawszy, nie chciałabym wzmacniać w nich przekonania, że flirt czy erotyzm – także za pomocą zdjęć – jest czymś złym. Nie jest. Złem jest rozpowszechnienie zdjęcia, czego spot już nie podkreślił. Nie zwrócił się do chłopaka: nie szeruj, ta dziewczyna ci zaufała. Naruszasz tajemnicę korespondencji? Rozsyłasz intymne informacje? Skąd koledzy mają wiedzieć, że za chwilę nie roześlesz czegoś pikantnego na ich temat? Skąd nauczyciele mają wiedzieć, że nie filmujesz ich ukradkiem i nie wrzucasz tego na YouTube? Skąd za kilka lat twój pracodawca ma mieć pewność, że nie naruszysz tajemnicy firmy lub instytucji?

Chciałabym zobaczyć spot, w którym chłopak otrzymując zdjęcie, zerka dyskretnie na ekranik, pilnuje, by nikt mu nie patrzył przez ramię, nie zostawia komórki bez opieki lub wręcz powstrzymuje kogoś innego przed rozpowszechnieniem gorącej fotki.

Tak, by przekaz nie brzmiał: „jestem durną panienką, wysłałam nagą fotę”, a „dostałem od niej nagą fotę, wiem, że ona jest przeznaczona tylko dla mnie”.

Ale aby to osiągnąć musimy pamiętać, że nie obwinia się ofiary, a do tego mamy jeszcze daleko.

Tekst ukazał się na blogu autorki Szprotest.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.