Kraj

Nasz feministyczny alfabet

Manifa-2017

Nadszedł moment, kiedy i ja musiałam zabrać głos – napisać tekst, wypowiedzieć się publicznie.

Najpierw był pomysł na feministyczne mapowanie miasta „Spójrz na swoją okolicę i pomyśl: dlaczego chcę strajkować 8 marca? Co mnie do tego skłoniło?” – napisali na facebooku Jakub Sieńczyk i Beata Bialik, zachęcając do dzielenia się osobistymi historiami i oznaczania ich hasztagiem #przewodnik8m. Pomysł poszedł w świat i ewoluował: kolejne wpisy układały się raczej w osobisty feministyczny alfabet, w zbiór odpowiedzi na pytania: „co sprawiło, że jestem feministką?”, „dlaczego musimy strajkować?” niż miejski przewodnik. W takiej właśnie formie to podchwytujemy, publikując dziś, 8 marca, herstorie kobiet związanych z Krytyką Polityczną.

***

Izabela Jasińska

D – jak doświadczenie dziewczynki

Bardzo wcześnie usłyszałam od ojca, że dzieci i ryby głosu nie mają, więc jako dziewczynka spod znaku Ryb musiałam znać swoje miejsce. Była to dosyć popularna zasada wychowawcza, ucząca szacunku do dorosłych i  nieodzywania się, gdy nie jest się pytaną. Skoro nie możesz się odzywać, dziewczynko, to nie będziesz marudzić, że coś ci się nie podoba albo że ktoś narusza twoje granice. A granice były naruszane. Sadzanie na kolanach przez „bliskiego przyjaciela” rodziny, wołanie na ulicy „te, lala! bucik ci się rozpierdala”, odwiedziny trenera chłopców na wuefie  i natarczywe wgapianie się w ćwiczące  dziewczyny, ocieranie się o twoje ciało w kolejce, ocieranie się w zatłoczonym na autobusie, kiedy nie masz gdzie się odsunąć, ręka wkładana za dekolt, bo nieuważnie przysnęłaś (znowu w autobusie), inna ręka na twoim udzie w kolejnym autobusie. Ale jesteś przecież dobrze wychowana i nie reagujesz, nic nie mówisz, tylko w miarę możliwości odsuwasz się, uciekasz, wstajesz z siedzenia. Nie potrafisz się sprzeciwić, ani nic powiedzieć, bo dzieci i ryby głosu nie mają, a dziewczynki nie mają go jakoś bardziej.

Nie potrafisz się sprzeciwić, ani nic powiedzieć, bo dzieci i ryby głosu nie mają, a dziewczynki nie mają go jakoś bardziej.

W końcu jednak przyszedł ten moment, że niezgoda i zwykłe obrzydzenie były już tak wielkie, że udało mi się ze ściśniętym gardłem i w ogromnym napięciu wrzasnąć na kolejnego korzystającego z nadmiernego tłoku w autobusie „pana”. Powiedziałam panu  s p i e r d a l a j, chociaż babcia jeszcze podczas studiów pouczała mnie, że panienki z dobrych domów nie używają takich brzydkich słów jak „cholera”. Więc to konkretne s p i e r d a l a j, wypowiedziane około dwudziestego roku życia, po dwóch dekadach bezgłosu, uważam za wydarzenie przełomowe.

J – jak język

Kiedy w 2006 roku Małgorzata Tkacz-Janik  startująca w wyborach samorządowych na Górnym Śląsku nazwała się w ulotce wyborczej polityczką, uznałam, że to przesada i nie ma żadnej potrzeby tworzenia na siłę nowych słów, w dodatku okropnie brzmiących i nie do wypowiedzenia. W roku 2017, słysząc kobiety mówiące o sobie aptekarz, panelista, naukowiec, uważam, że kaleczą język. Jaki aptekarz?

M – jak manifa

Świadomy feminizm zaczął się u mnie wraz z dołączeniem do zespołu Krytyki Politycznej. Pamiętam swój pierwszy zjazd KP w Warszawie w 2008 roku, w trakcie którego wyszliśmy z redakcji na Chmielnej, aby dołączyć na Marszałkowskiej do Manify. To była moja pierwsza demonstracja w życiu.

Dzięki Manifom 8 marca jest rzeczywistym świętem kobiet

Justyna Drath:

W – jak „Wysokie Obcasy”

Dodatek do „Wyborczej” kształtuje mnie najsilniej w okresie licealnym. Czytam uważnie, ale krytycznie, jednocześnie doceniam reportaże o Znanych Kobietach, ale myślę, że nie znoszę feminizmu. Rozumiem go wówczas jako ideę, która „jeszcze bardziej pogłębia przepaść, która i tak jest spora” – autocytat z listu do koleżanki. Jestem w harcerstwie, koleguję się z chłopakami, którzy są dla mnie na tyle dziwni i niezrozumiali, że szukanie z nimi porozumienia, a nie – jak to wtedy rozumiem – rywalizacji, wydaje mi się lepsze. To, że feminizm jest po prostu dość zwyczajna ideą równościową, zrozumiem kilka lat później.

Z – jak zaliczanie

W odpowiedzi na pytanie moje i koleżanki: „Kiedy mamy zaliczyć zaległy test?”, otrzymuję od anglisty odpowiedź: to ja was, dziewczyny, będę zaliczać w piątek, HEHE”. Jestem w liceum cicha, grzeczna i mało co w ogóle mówię, dlatego pan dziwi się, że w odpowiedzi mówię bardzo wyraźnie i powoli: „Przepraszam bardzo, ale nie życzę sobie takich tekstów”. Zapada cisza, pełna zdziwienia. Anglista mruga i mówi: „Oj, no, Justyna, jak nie dasz rady w piątek, to możecie to pisać później, przecież nie ma problemu”.

M – jak Massolit

Miejsce, w którym odbywają się pierwsze ważne dyskusje na mapie krakowskiej lewicy. Organizujemy tam seminaria i spotkania wokół książek Krytyki Politycznej. W 2012 roku organizujemy spotkanie o definiowaniu, czym jest dla nas feminizm. Rozmawiają Magdalena Kunz, Mikołaj Denderski, Maria Kobielska, Anna Marchewka i ja. Po godzinie pogaduszek do lokalu wpada petarda Falangi. W pomieszczeniu jest m.in. małe dziecko, robi się mnóstwo dymu, po chwili kontynuujemy. Bardzo mnie dziwi, że ktoś chce komuś zrobić krzywdę, bo boi się brzmienia słowa.

P – jak przyjaciółki

Najważniejsze osoby, z którymi dorastam, najpierw w harcerstwie przeżywam przygody, potem wspieram w trudnych przełomach życiowych na studiach. W nieskończoność kłócę się i dyskutuję (Ilona Dąbrowska), przeżywam zmiany – rozstania, powroty, macierzyństwa, małżeństwa, choroby, czasem śmierć bliskich. Ta literka alfabetu to skomplikowany, niekiedy niejednoznaczny, ale ważny i nieskończony proces zachodzący w życiu.

L – jak literatura

Feminizm jest dla mnie także kierunkiem teoretycznym, ideą dyskutowaną intensywnie na ulicy Gołębiej. Wyznanie: czasem myślę, że gdyby nie wspaniała koleżanka – Monika Świerkosz, tobym się w ten sposób nie określała jeszcze bardzo, bardzo długo.

K – jak Krakowski Komitet Manifowy

Tam najbardziej kształtują się moje poglądy na feminizm i politykę. Tam poznaję wspaniałe dziewczyny, wymienię tylko część: Magdalena Kunz, Tamara Judyta, Poma Nauman, Katarzyna Twardowska, Olga Laniewska, Barbara Bielawska, Basia Man, Agnieszka Stupkiewicz-Turek, Weronika Śmigielska (chociaż Wero poznaję wcześniej w KP), tam wymyślamy hasło „Kraków potrzebuje feminizmu”, za pomocą którego rozpaczliwie próbujemy pożenić feminizm z polityką miejską (niekiedy się udaje), dyskutujemy, organizujemy rzeczy. Pierwszy raz na demo przemawiam właśnie na Manifie w Krakowie. Trzęsą mi się kolana, mówię jakieś głupoty o nauczycielkach, a w TVN-ie leci tylko wycięty cytat z mojej przemowy„Dość arogancji państwa wobec kobiet”. To zdanie znajduję wypisane nazajutrz na tablicy na pierwszej przeprowadzanej lekcji.

CZ – jak czarny protest

W dniu protestu przychodzę do pracy ubrana na czarno. W gronie nauczycielskim kilka tak samo wyglądających koleżanek. Jedna, starsza z nich, podchodzi do mnie i ściska mnie za rękę. Mam łzy w oczach.

Lewicę odbudują kobiety

Agnieszka Wiśniewska

F – jak filmy

Uczono mnie, że kino dzieli się na dobre i złe, a nie na robione przez kobiety i mężczyzn. Wyposażona w tę wiedzę zaczęłam na studiach jeździć na festiwale filmowe. Najchętniej do Gdyni oglądać polskie filmy – były to czasy, kiedy głównie przesypiałam pokazy, bo filmy naprawdę były czasem potworne. Aż w 2006 roku pokazano Plac Zbawiciela. Przed seansem głos zabrała Joanna Kos-Krauze, która powiedziała, że właśnie przejrzała program i jest jedyną kobietą reżyserką, której film jest w konkursie głównym, i że to dziwne. To mi otworzyło oczy – tak, to dziwne. Od tamtej pory kompulsywnie liczę, ile na festiwalach jest filmów kobiet. Raz policzyłam, że więcej jest filmów Grzegorzów niż kobiet. To dopiero było dziwne.

Talarczyk-Gubała: Pełny metraż w fabule to reżyserska męska twierdza

K – jak Kinga Dunin

Kiedy trafiłam do Krytyki Politycznej, znałam felietony Kingi. Potem poznałam ją osobiście. Kinga ciągle marudzi, że już nie ma siły pisać o tym, o czym pisała 20 lat temu… a potem siada i pisze. I redaguje. O 22 pyta w mejlu, który tekst ma zrobić jutro. I mówi, że nie ma siły jeździć, a potem wsiada w pociąg i jedzie do Gniezna, bo Kamili Kasprzak nie może odmówić. Kinga mnie codziennie uczy, że od samego gadania nic się nie zmieni, zmieni się od pracy. Dlatego wiem, że zawsze możemy na nią liczyć, właśnie w działaniu. Tak sobie wyobrażam siostrzeństwo.

G – jak głos

W teorii już miałam rozkminione, że kobiet jest za mało w debacie, ale w praktyce to inna bajka. Nadszedł moment, kiedy i ja musiałam zabrać głos – napisać tekst, wypowiedzieć się publicznie. A potem namówić do tego inną dziewczynę. I stać przy niej, i ją wspierać. Przy mnie stał zespół, w tym wielu chłopaków z KP, feministów. Wielu z nich, żeby głos kobiet był usłyszany, podało i podtrzymywało tubę. Bo feminizm nie jest dla indywidualistek i indywidualistów.

Czy do takich białogłów mógłby wzdychać Mickiewicz?

Dorota Głażewska

S – jak siostra, sista, siostrzeństwo

Siostra rani i uczy: samodzielności, niezależności i lojalności. Denerwuje, przedrzeźnia, kłóci się. Imponuje.  Siostra pomaga i zawsze jest w trudnych chwilach. Moja siostra Marzena. Moja siostra cioteczna Tereska. Moja sista Kasia. Sista Marta. Agnes, Beti, Izka, Magda, Agata. Siostry Kinga, Kazia, Agnieszka.

M – jak mama, matka, macierzyństwo

Silna, silna i kochana. Nie poddaje się, wciąż silna, nawet gdy jest słaba. Matka Polka. Matka Feministka. Matka pracuje. Matka gotuje. Matka nie śpi. Matka matkuje. Dobra matka. Zła matka. Wystarczająco dobra matka. Matka daje wybór. Ona matka. I ja matka. Zmęczona matka.

Boska Matka: Czy warto mieć dzieci?

Anna Cieplak

N – jak nastolatki

Dzięki nim, pracując w Świetlicy w Cieszynie,  zobaczyłam, jak duże różnice istnieją w traktowaniu chłopaków i dziewczyn. Zbyt często uważamy nierówności płciowe nastolatków za niewinne gry w dojrzewanie i „przejdzie im”. Nie, ten wiek coś wyostrza. Sama jako nastolatka to przeczuwałam, ale raczej nie byłam w stanie nazwać rozczarowania i wkurzenia, że to z dziewczyn się częściej śmieje czy traktuje je pobłażliwie, jeśli starają się robić to, co chcą. A w tym wieku trudniej jest bronić się przed miękką przemocą, szczególnie jeśli nie ma się wokół siebie instytucji i osób wrażliwych na kwestie równościowe. Wystarczy przyjrzeć się  rolom dziewczyn na akademiach szkolnych, zaczepkom i  kierowanym do nich uwagom, rodzajom dotyku traktowanego jako  „podrywanie” i „ha-ha-hi-hi”, kiedy gra toczy się o poczucie własnej wartości i godności. Bardzo imponuje mi (chociaż wolałabym, żeby mi nie imponował, bo nie byłby konieczny) wysiłek dziewczyn, żeby nie poddać się takim sprzecznym oczekiwaniom.

W – jak wokalistki

PJ Harvey, Kim Gordon, Peaches, M.I.A. i wiele innych.  One śpiewają o tym wszystkim w taki sposób, że nie trzeba wiele tłumaczyć.

A – jak Ally McBeal

Oglądałam ten serial w podstawówce. Ally, prawniczka w kancelarii Cage&Fish, imponowała mi tym, że jest ambitna, potrafi się odgryźć, ma swoje zdanie, a przy tym dużą empatię i wrażliwość. W świecie dwóch szefów radziła sobie lepiej niż oni, nie wyglądała, jakby czuła się od nich gorsza czy mniej kompetentna. Wręcz przeciwnie. Poza tym fajnie, że nie była taka czarno-biała jak inne bohaterki seriali. Ani z niej przerysowana Xena (wojownicza księżniczka), ani lukrowa dziewczyna z przedmieścia.

Cieplak: Samotny jak nastolatek

Iza Desperak

Ja to chyba mam problem z rozpisaniem siebie, w sensie, że chodzi o pisanie o sobie, ale:

A jak Margaret Atwood i jej Opowieść podręcznej

M jak Manifa

L jak LGBT

Wisłocka była kobietą

Elżbieta Rutkowska

T – jak Trójmiejska Akcja Kobieca

Czyli nieformalna inicjatywa feministyczna, gdzie wiele rzeczy jest na TAK. To moja rodzina z wyboru, gdzie na co dzień uczymy się jak wzajemnie się wspierać, budować mosty, i starać się łączyć wokół wspólnego celu. Czuję, że w TAK promujemy feminizm w działaniu.

Poznałam TAK, współorganizując jedną z Manif, i pamiętam ogromne napięcie wynikające przypuszczalnie z doświadczeń sprzed lat. Podskórnie czułam, że można inaczej. Zaczęliśmy coraz częściej spotykać się w Świetlicy Krytyki Politycznej w Trójmieście, rozmawiać, czytać książki i dyskutować o nich, śpiewać w Chórze TAK i emocje stopniowo opadały. Dołączyły do nas wybitne psycholożki, coacherki i czułam, że ruszyłyśmy ramię w ramię, nabierając umiejętności patrzenia na boki, aby mieć pewność, że idziemy, wspierając się. Z dumą przedstawiam się jako członkini TAK, inicjatywy, w której od lat regularnie podejmujemy wyzwania i działamy, szukając siły w byciu razem.

Naszym sukcesem jest m.in. 13. Manifa Trójmiasto, która 8 marca przejdzie ulicami miasta. W tym roku pójdziemy POD JEDNĄ PARASOLKĄ, bo wiemy, że GDZIE KOBIETY, TAM MOC. Wierzę jednak, że TAK, zgodnie z myślą często przypominanej przez nas bell hooks, pokazuje, że feminizm warto przesunąć z marginesu do centrum. Wierzę, że nadejdzie czas, gdy docenione zostaną wybitne badaczki, ekspertki i aktywistki tworzące Trójmiejską Akcję Kobiecą.

J – czyli ja!

Czasem poddaję się woli innych, nie walczę o siebie i swoją bezpieczną przyszłość, a czasem boję się swojej siły i pewności siebie. Widzę, jak bardzo staję się świadoma swojego ciała, swoich ułomności i silnych stron, które pozwalają mi mocno stać na ziemi. Jestem tu i teraz. Uważność, jaką sobie poświęcam, daje mi siłę zrozumienia, ale też łagodność i wyrozumiałość. Jestem surowa dla siebie, bo wiem o co walczę. Wieloma decyzjami, konsekwencją i samoświadomością coraz wyraźniej dostrzegam mądrość dojrzałej kobiety. Tak, to zasługa feminizmu. Ramię w ramię z aktywizmem idzie edukacja rozpoczęta Gender Studies, jak i codzienna lektura połączona z dyskusją. Czasem nazywam nasze spotkania formacyjnymi, to na nich właśnie buduje się moje ja, które jest feministyczne.

Gilligan: Kobiety uczą dziewczęta, dziewczęta uczą kobiety

Anna Urbańczyk

W  – jak WenDō

Choć może powinno to być Z – jak złamana deska. W ramach WenDō, jedynej na świecie feministycznej metody samoobrony, każda osoba uczestnicząca (kobieta i osoba socjalizowana do roli kobiety), ma możliwość przełamać 2-centymetrową deskę. Pokazuje to siłę, jaka tkwi w każdej z nas, kobiet. Moc, z której socjalizacja nie pozwala nam korzystać, nawet do samoobrony. WenDō odwraca ten proces i pozwala sile i mocy zagościć w nas na dobre. Na moim pierwszym WenDō, zorganizowanym przez Koło Gender na Uniwersytecie Gdańskim, byłam dekadę temu. Później sama, co było moim wielkim marzeniem, ukończyłam szkołę trenerską WenDō organizowaną przez krakowską Fundację Autonomia. Czerpię wielką radość z prowadzenia warsztatów, podczas których wasza moc staje się też moją / naszą mocą i napędza mnie do dalszej pracy na rzecz równości.

„Girls”. Głos pokolenia dziewczyn

Natalia Sawka

A – jak aktywizm

11 listopada 2011 roku – na wrocławskim rynku 2 tys. narodowców. Trzymam karton z hasłem „Jacek Kuroń”, wokół mnie koledzy i koleżanki krzyczą „nie boimy się faszyzmu”. Ktoś dostaje w głowę butelką, koleżanka ma podarte rajstopy. Uciekamy. Boimy się, że nas śledzą.

Ociepla się. Zaczynam chodzić na marsze równości i Manify. W nieistniejącej już klubokawiarni Falanster współorganizuję debaty i pokazy filmowe. Tam dojrzewam intelektualnie. Wychowują mnie feministki, aktywistki i naukowczynie. Przysłuchuję się lewicowym dyskusjom i dowiaduję się, że jesteśmy dyskryminowane nie tylko z powodu ograniczonego dostępu do antykoncepcji i aborcji. Zaczynam rozumieć, że kobiety mają różne potrzeby, niekoniecznie takie same jak ja. Odkrywam, że neoliberalizm idzie pod rękę z patriarchatem. Że sprawiedliwy świat jest bez śmieciówek. A przemoc to przeżyć za 1 tys. zł., to eksmisje na bruk i wyrzucanie Romów oraz ich dzieci z miasta.

Zaczynam rozumieć, że kobiety mają różne potrzeby, niekoniecznie takie same jak ja. Odkrywam, że neoliberalizm idzie pod rękę z patriarchatem.

G – jak gazeta

Na kolegiach redakcyjnych podkreślam, by w artykułach nie przedstawiać wypowiedzi samych facetów. Wyjaśniam, że głos kobiet też jest ważny. Koledzy śmieją się, gdy piszę „doktorka” lub „ministra”. Redakcyjne koleżanki żartują i nazywają mnie feministką. Potem na zdjęciu wszystkie widzę na czarnym proteście. Wzruszam się.

M – jak mama

Kładzie mi na biurku „Wysokie Obcasy”. „Masz, poczytaj felieton Kingi Dunin”. Po lekturze rozmawiamy. Czasem śmiejemy się, nieraz płaczemy. Poznajemy poglądy intelektualistek i aktywistek. Zgadzamy się z nimi lub nie. Krytykujemy. Ich słowa są nam bliskie, ich twarze – zupełnie obce.

T – jak tampony

W telewizji oglądam ładne panie, których krew nie jest czerwona, a niebieska. Będąc nastolatką, zapominam raz na basenie o tamponie. Boję się, że po nogach będzie ciekła krew. Jako studentka na dworcu autobusowym wymieniam tampon w krzakach, bo nie ma czynnej w nocy toalety. Dopiero w Anglii widzę automaty z podpaskami i tamponami we wszystkich publicznych toaletach. Później zaczynam odkrywać, że tampony i podpaski to artykuły higieniczne, na które kobiety wydają dużą sumę pieniędzy. Wkurzam się. Chcę, by były bezpłatne.

Sylwia Wodzińska

N – jak nastolatki

Ich energia, prawa i przemoc, której doświadczają w szkole, w domu i na ulicy. Dorastając, obserwowałam i doświadczałam wielu przykładów codziennego seksizmu, który towarzyszy dziewczynom na każdym kroku, jednak zawsze sądziłam, ze wina leży po ich stronie  przecież powinny się bronić i przeciwstawiać.  Kilka lat później dziewczyna z mojego otoczenia przez trzy miesiące próbowała zmienić profil klasy z humanistycznego na ścisły, a kolejne osoby w nią wątpiły i rzucały jej kłody pod nogi. Dopiero wtedy przejrzałam na oczy i uświadomiłam sobie, jak powszechny jest problem seksizmu i jak ciężko być silną i niezależną w systemie zaprojektowanym tak, by cię osłabiał. Dlatego będę protestować: nie zgadzam się na podcinanie dziewczynom skrzydeł.

Błędowska: I am bossy

czytaj także

Błędowska: I am bossy

Magdalena Błędowska

Magda Majewska

D – jak Dunin
Powinnyśmy spróbować się policzyć, my, wychowane na felietonach Kingi Dunin w „Wysokich Obcasach”. Choć słowo „wychowane” może tu mylić – ja zaczynałam je czytać jako osoba dwudziestoletnia. Dziś świadomość feministyczną zdobywa się chyba wcześniej.

G – jak Graff

Świat bez kobiet Agnieszki Graff otwierał oczy na masę rzeczy, które odtąd miały się wydawać oczywiste, na kształt kultury, w jakiej żyjemy. Każda jej kolejna książka była ważna, ale żadna tak jak ta pierwsza, którą kupiłam na targach książki właściwie w ciemno, nic jeszcze nie wiedząc o autorce.

M – jak Manifa

Na jedną z pierwszych patrzyłam przez okno pracy przy Krakowskim Przemieściu – z mieszaniną sympatii, fascynacji i jeszcze wtedy dystansu. Potem już bardzo chciałam iść, ale jeszcze się bałam – tłumu, ale też tego, że mogę stanąć pod transparentem, pod którym nie chciałabym się podpisać. Oba te lęki przełamałam już dawno i od ponad 10 lat doświadczam tego, jaką siłę potrafi dać Manifa, szczególnie gdy – jak w tym roku – odbywa się w słońcu. I kiedy ktoś mówi, że idzie po raz pierwszy, nie dziwię się, że tak późno, tylko po prostu ogromnie się cieszę.

R – jak różnice

Na początku nie ogarniam, że feminizm może mieć bardzo różne oblicza, że w jego obrębie wiele jest kierunków i sporów. Jednym z momentów, w których to sobie dobitnie uświadamiam, jest polemika Joanny Erbel i Adama Ostolskiego z prof. Magdaleną Środą, w której ci pierwsi określają się jako socjalistki. To znów tekst, który dość mocno otwiera mi oczy i każe zadać sobie pytanie, gdzie ja się sytuuję w tym sporze.

L – jak literatura

Lessing, Woolf, Munro, Atwood, Bechdel, Sontag, Eliot, Morrison, Chimamanda Ngozi Adichie, Zadie Smith, Bargielska, Tokarczuk – głosy kobiet, mocne, wyraziste, wybitne. Wciąż tyle do przeczytania, wciąż tyle do odkrycia. A jeszcze jest lista 112 książek napisanych przez polskie pisarki, które warto znać – stworzona kilka lat temu wspólnie przez krytyczki, pisarki, publicystów, literaturaturoznawczynie oraz członków i członkinie zespołu Krytyki Politycznej. Niezwykła mapa owocująca kolejnymi tropami, z której wciąż za słabo korzystam. A znakomitymi przewodniczkami po niej, szczególnie po jej PRL-owskiej części, potrafią być Eliza Szybowicz i Olga Wróbel.

Ile z tych książek znasz?

Kamila Kasprzak

I – jak inność, bo przez to, że jako nastolatka czułam się obco wśród rówieśników ze swoim charakterem i spojrzeniem na życie, dziś jestem feministką. Choć wtedy tego jeszcze nie wiedziałam, myśląc, że to ze mną jest coś nie tak. Bo jak tu czuć się dobrze, kiedy większość koleżanek z liceum gadała o chłopakach, a ja nie, albo marzyła o bardziej lub mniej tradycyjnej rodzinie, a ja cieszyłam się, że ksiądz na religii powiedział, że nie każdy musi mieć dzieci lub iść do zakonu, bo może przecież być powołany do życia w samotności (tak, tak, naprawdę). A kiedy do tego doszło „parcie” na prawo jazdy w okolicy osiemnastek moich koleżanek i kolegów czy nieśmiałość i nadwaga, to bez alienacji się nie obyło.

P – jak Paweł, mój wieloletni partner, a obecnie małżonek. Bo do feminizmu można też dojść przez faceta, jeśli oczywiście spotka się tego odpowiedniego. Zatem to Paweł przez swoją niesamowitą otwartość oraz inteligencję pokazał, że nic w życiu nie musimy, tylko co najwyżej możemy, a na pewno nie powinniśmy ulegać schematom. Poza tym roztoczył świat pasji, dzięki którym rzeczywistość stała się bardzo wielowymiarowa, i polityki, którą do dziś uprawiamy razem. Jednak najpierw przekonał, że nie musimy mieć tradycyjnej rodziny, od prawa jazdy i auta lepszy jest rower, a „fałdki” na ciele mogą być sexy. Jednym słowem, rozbroił schematy i kompleksy, bez których często kobiety nie są wolne.

L – jak lewicowość, która chyba nie tylko dla mnie wiąże się z feminizmem. Bo jak jesteś kobietą i oczekujesz tolerancji oraz szacunku dla swych decyzji, to mając w sobie choć trochę empatii, nagle zaczynasz solidaryzować się z innymi, którzy też mają źle, w tym z różnymi mniejszościami. A oprócz tego dostrzegasz wszelkie rodzaje opresji, które tworzą poszczególne systemy, takie jak uświęcający „tradycyjną rolę kobiety” patriarchat i „mierzący wolność w banknotach” neoliberalizm. Jako że nie godzę się na żaden z nich – oczywiste stały się dla mnie lewicowe idee, których źródłem jest z kolei Krytyka Polityczna.

K – jak kultura, przez którą można moim zdaniem najlepiej i najpiękniej wyrazić progresywne, w tym feministyczne poglądy. Próbujesz przekonać swych adwersarzy do tego, jak ważne są twoje prawa reprodukcyjne? Z pomocą przychodzi ci np. Duża książka o aborcji Kazimiery Szczuki i Katarzyny Bratkowskiej, którą wspaniałomyślnie podsyła ci siostrzana dusza Agnes. Chcesz zrobić atrakcyjną i nieprzeintelektualizowaną, a do tego prostą, kolorową feministyczną wystawę? Trafiasz w necie na genialne memy Marty Frej i niezwykłe „Przygody Kiciputka”. Albo myślisz, że w muzyce nie było większej radykałki niż Kathleen Hanna, a punka nie da się pożenić z teatralnym performancem? No to wyskakuje ci duet Siksa. Zaskakujący, zaangażowany, pełen energii i pasji lokalny triumf feminizmu, który podbija kraj.

***
Podziel się swoją herstorią – w komentarzu lub na facebooku. Oznacz ją hasztagiem #przewodnik8m Wskaż, kogo chcesz, podaj dalej. Udostępnij publicznie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Świetny pomysł na materiał, bardzo dobre wykonanie. Uderza autentycznością, co rzadkie. Pozwala, przynajmniej mi, poczuć sympatię do osób, z którymi dużo mnie dzieli. Pomyślcie jednak, że osoby z przeciwległego bieguna też mają podobne doświadczenia, tyle że prowadzące w inną stronę. Jej polski przyjaciel pozwolił mi przeczytać list z więzienia Mary Wagner z Kanady, która wiele razy była już skazana za akcje pro life. Znajduję między waszymi a jej doświadczeniami wspólny mianownik. Jest autentyczna, niesterowalna, biskupi się od niej odcinają, a ona robi swoje. I ją, i was większość „zdrowego” społeczeństwa uważa za wariatki. Czy każda ze stron uznałaby spotkanie z drugą stroną za wartościowe dla siebie?

  2. „Przy mnie stał zespół, w tym wielu chłopaków z KP, feministów. Wielu z nich, żeby głos kobiet był usłyszany, podało i podtrzymywało tubę”.

    Szkoda, że jeszcze nie pomogli w emancypacji, zanosząc nadobne niewiasty na swych męskich barach na Manifę.