Kraj

Najlepszym obrońcą III RP jest Jarosław Gowin

Jarosław Gowin. Fot. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Facebook.com

Dla Gowina uczelnie wyższe powinny być „kuźnią elit”, a całym procesem kształcenia mają rządzić zasady wolnego rynku.

„Rzeczpospolita” opublikowała nieoficjalne informacje na temat przygotowywanej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nowej ustawy o szkolnictwie wyższym – tzw. Ustawy 2.0. Wśród kilku plotek krążących już w debacie publicznej (jak deregulacja ustroju uczelni), pojawiła się jedna szczególnie interesująca. Resort chce wydłużenia studiów niestacjonarnych o 2 semestry. Oznaczałoby to, że przyszłego magistra czeka od roku (w przypadku studiów jednolitych) do dwóch dodatkowych lat studiów (przy dwustopniowych – rok na licencjackich i rok na magisterskich).

Wszystko w trosce o studenta. „Wydłużenie ma umożliwić studentom niestacjonarnym bezpośredni kontakt z nauczycielem akademickim na takim samym poziomie jak studentom dziennym” tłumaczy wiceminister Piotr Dardziński. „Rzeczpospolita” zresztą bardzo dobrze wyczuła ideologiczne podłoże takich pomysłów, o komentarz prosząc nikogo innego, jak samego Jeremiego Mordasewicza z Konfederacji Lewiatan. Mówił: „Jeżeli dyplomy mają być równoważne, studenci zaoczni powinni się uczyć dłużej”.

Gowin namaścił antydemokratyczną Ustawę 2.0

Studenci studiów niestacjonarnych potrafią harować przez 7 dni w tygodniu – najpierw 5 dni pracy, potem weekend na uczelni. Można zadawać sobie uzasadnione pytanie – dlaczego chcemy im jeszcze bardziej dowalić? Za co chcemy ich karać?

Wyobrażam sobie, że w oczach niektórych, to niestacjonarni sami sobie zasłużyli. „Mogli przecież uczyć się bardziej i dostać na normalne studia stacjonarne!”. Taka narracja może być nieobca kierownictwu resortu nauki i szkolnictwa wyższego. Przypomina mi to czerwcową konferencję o szkolnictwie wyższym organizowaną przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Pytana, czy nowa reforma nie ograniczy dostępu do edukacji dla osób z małych miejscowości, dr Ewa Trojanowska z ministerstwa odpowiadała w duchu: „jak ktoś dużo pracuje, to się dostanie. Ja się dostałam.”

Takie myślenie wpisuje się w wizję edukacji, jaka zdaje się przyświecać samemu Jarosławowi Gowinowi. Dla Gowina uczelnie powinny być „kuźnią elit”, a całym procesem kształcenia mają rządzić zasady wolnego rynku. Jeśli dyplom magistra ma być certyfikatem przynależności do elit, to siłą rzeczy – jak mówi sam minister – trzeba „odejść od masowości kształcenia”. 7 lat studiów to zresztą całkiem dobry straszak, który skutecznie wybije wielu osobom z głowy takie pomysły jak studiowanie.

Nawiasem mówiąc, w myśl obecnej ustawy na studiach niestacjonarnych musi być przynajmniej 60% godzin w porównaniu do analogicznych studiów stacjonarnych (na tym samym kierunku itp.). Jak łatwo policzyć, proponowane rozwiązanie nadal nie wyrównuje stawek godzinowych. Czy studenci zaoczni mają więc spodziewać się nie tylko wydłużenia lat studiów, ale również zwiększenia liczby godzin w semestrze?

Wszelkie próby traktowania tych spraw w kategoriach prostej arytmetyki sugerują głębokie niezrozumienie specyfiki edukacji wyższej. Właściwie wskazują na brak zrozumienia w ogóle tego, w jaki sposób człowiek przyswaja wiedzę i umiejętności. O wartości studiów nie świadczy liczba godzin, które spędzi się w dusznej, uniwersyteckiej sali, a siedzenie na czterech literach nie jest warunkiem koniecznym uczenia się. Być może jest tak, że proste fakty znikają z pola widzenia ministra Gowina zajętego snuciem apokaliptycznych wizji upadku cywilizacji chrześcijańskiej pod naporem islamskich najeźdźców.

Kształcenie niestacjonarne istotnie ma opinię studiów drugiej kategorii. Liczba godzin jest tylko jednym z czynników. Inne, dużo ważniejsze, to np. nastawienie kadry dydaktycznej. Jeśli władze uczelni traktują studenta zaocznego jako dojną krowę, to żadne czary z liczbą semestrów nie zmienią tej sytuacji.

A studia niestacjonarne to często jedyna szansa dla osób, które nie mają przywileju bycia utrzymywanymi przez rodziców przez 5 lat po maturze. Albo dla których byłoby to jednoznaczne z dalszym uzależnieniem np. od przemocowego rodziny. Albo dla niepracujących matek, których nie stać na prywatny żłobek. Bo, niestety, nasze państwo nie gwarantuje ani porządnego wsparcia socjalnego dla studentów, ani ochrony dla ofiar przemocy w rodzinie, ani nie tworzy odpowiedniej liczby żłobków i przedszkoli.

Neoliberalny zamach na naukę

Władze resortu szkolnictwa wyższego nie rozumieją, że państwowa edukacja jest jednym z głównych narzędzi niwelowania nierówności społecznych. Ich propozycje jedynie cementują istniejące podziały klasowe. I właściwie ciężko wyobrazić sobie lepszego obrońcę III Rzeczpospolitej ze wszystkimi jej patologiami niż Jarosław Gowin. A wiele wskazuje na to, że Ustawa 2.0 może stać się doskonałym narzędziem prawnym do utrwalania tych patologii. W drugiej połowie września mamy poznać szczegóły projektu ustawy. Można się spodziewać, że do tego czasu Gowin zaskoczy nas jeszcze niejednym nowatorskim pomysłem.

***

Tomek Steifer – absolwent filozofii w ramach Kolegium MISH UW. Zajmuje się ultradźwiękami w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN. Członek partii Razem.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Obecnie uczelnie zamienily się po prostu w "fabryki magistrów". Dyplom dostaje każdy, a niechby wykładowca urządził poważny egzamin i oblał połowę nieuków to zaraz trafi na dywanik.
Dostęp do edukacji jest bardzo ważny, problem w tym, że nasze uczelnie przekroczyły już wszelkie granice powagi. A dyplom bez wartosci napędza jedynie frustracje. Nie mówiąc już, że zabija etos studiów.
Nie wiem czy wydłużenie studiów to dobry pomysł ale jeśli jak sugeruje autor odstraszy osoby, które nigdy nie powinny studiować (bo poprostu nie mają do tego predyspozycji) to krok we właściwym kierunku.
I jeszcze jedno - ja akurat nie dzielę studentów na dziennych i niestacjonarnych (i tu i tu z poziomem bywa bardzo róznie). Natomiast nie jest prawdą, że niestacjonarni zasuwają 5 dni w pracy a 2 dni na uczelni. Taką postawę ma kilka procent studentów. Przygniatająca większość studentów i dziennych i niestacjonarnych traktuje uczelnie jako odskocznie od rodziców (dzienni) lub pracy i dzieci (niestacjonarni).
Ja prywatnie byłem i jestem zwolennikiem otwartych egzaminów (trochę na wzór popisów uczniowskich w szkołach artystycznych), może wtedy egzaminy nabrałyby trochę powagi.

Uczelnia oferuje namacalny dowód uzyskania umiejętności w postaci dyplomu. Jeżeli sam oszukujesz albo wiesz że idziesz do słabej szkoły dla samego dyplomu to tylko i wyłącznie twój problem.

Nie zgadzam się, to nie wina studenta, to wina systemu, który od lat oszukuje młodych ludzi wmawiając im, że każdy może studiować. To prawda - każdy może, ale każdy powinien.
Tragiczne obniżenie poziomu studiów dotyczy ogółu uczelni. Oczywiście, że uczelnie są lepsze i gorsze i w ogóle śmieszne, ale poziom obniża się na WSZYSTKICH uczelniach.
Jest to wina polityki prowadzonej od wielu lat, która miała podwyższyć Polsce statystyki. Te i owszem podskoczyły lawinowo, problem w tym, że wartość owego dyplomu drastycznie spadła.

W takim razie trzeba przestać sponsorować ludziom studia z państwowych pieniędzy i problem sam się rozwiąże. Na uczelnie pójdą tylko ci, którzy wiedzą że muszą je ukończyć by być w stanie spłacić pożyczkę zaciągniętą na ich opłacenie, zniknie tez problem nadmiernej ilości socjologów i innych zawodowych bezrobotnych.

Wręcz przeciwnie. Studenci niestacionarni, ktorzy sami płacą za studia wybierają kierunki najtańsze lub (w swoim mniemaniu) najłatwiejsze i mają bardzo często stosunek "skoro płacę to mam zaliczyć". Niestety rektorzy mają bardzo podobne poglądy.
Wiele problemów - mam na myśli i studia dzienne i niestacjonarne - rozwiązałyby poważne (podkreślam: poważne) egzaminy wstępne oraz publiczna obrona prac magisterskich (które w tej chwili są najczęściej mechanicznie skopiowane z internetu).

Wiele uwag pana Steifera jest słusznych. Niemniej przynajmniej dwie sprawy widziałbym inaczej.

1. Masowość kształcenia utrudnia rzetelną edukację. Należy wspomagać zdolne osoby z ubogich środowisk, ale nie kosztem jakości wykształcenia. Obecnie na wielu kierunkach studenci dostają oceny za piękne oczy, gdyż kto ich obleje podcina finansowe podstawy istnienia uczelni.

2. Masowa edukacja jest jednym ze środków przezwyciężenia nierówności, ale nienajlepszym. Znam skuteczniejsze, jak zapewnienie pełnego zatrudnienia. Państwo mogłoby tworzyć miejsca pracy dla wszystkich chętnych, ustanawiając tym samym faktyczną płacę minimalną. Sektor prywatny w tej sytuacji musi zaoferować wyższą płacę, jeśli chce zdobyć pracowników. Jest to idea znana jako Job Guarantee. Natomiast inwestycja w wykształcenie na poziomie wyższym całego pokolenia, to zmarnowane pieniądze. Nie ma takiej potrzeby, ani też nie zrealizujemy w ten sposób zakładanego celu. Już teraz polskie klasy wyższe posyłają swe dzieci na dobre uczelnie zagraniczne (płacąc za to słono). Oj, nie wyślemy tam całej naszej młodzieży aby w ten sposób powstały dystans zniwelować.

>Masowa edukacja jest jednym ze środków przezwyciężenia nierówności, ale nienajlepszym. Znam skuteczniejsze, jak zapewnienie pełnego zatrudnienia. Państwo mogłoby tworzyć miejsca pracy dla wszystkich chętnych

W takim razie nadal edukacja jest najlepszym środkiem, bo ten który podajesz jest niemożliwy fizycznie do zrealizowania. Równie dobrze możemy mówić że lepszym sposobem będzie przywołanie smoków z workami złota dla ubogich.
Nie wiedziałem ze dyskutuje tutaj z dziećmi.

Job Guarantee to nie tylko idea, ale i praktyka. Polecam przestudiowanie argentyńskiego programu Jefas y Jefes de Hogar oraz indyjskiego National Rural Employment Guarantee. Nabędzie pan Konrad wiedzy to pogadamy. Dodam, że także programy typu Conditional Cash Transfer dają pozytywne rezultaty, czego najlepszym przykładem Oportunidades w Meksyku oraz wzorowany na nim program Bolsa Familia w Brazylii. Solidny raport na ten temat jest do znalezienia w stronie Banku Światowego.
Nb. jestem starszym panem.

Tak, tak, wszystko jest niemożliwe.
Możliwe jest tylko obniżanie podatków najbogatszym i uśmieciowanie rynku pracy.
Znam to, w rieniu tego co możliwe Polska jest tak dobra, że mamy już najwięcej śmieciówek w Europie bo przecież zatrudnienie pracownika na etet też jezt niemożliwe.

@ddd
Umysłowo niestety jesteś na poziomie dziecka i tak będę cię traktował. Proponuje najpierw zapoznać się z podstawami ekonomi, zanim zaczniesz przytaczać te kompromitujące przykłady.
Jeżeli stanowisko nie powstaje z potrzeby, tylko jesz sztucznie tworzone przez państwo to znaczy że jest nieopłacalne, gdyby było inaczej, to powstałoby na wolnym rynku. Jedyne co państwo powinno zrobić to usunąć potencjalne przeszkody.
Oczywistym jest że jeżeli rząd musi do takiego stanowiska dopłacać to cała akcja traci sens.

@Czytelnik
Zawiodę cię kolego, ale grawitacji nie obchodzi że w nią nie wierzysz, podobnie jest z ekonomią. Pełne zatrudnienie to negatywna a nie pozytywna sytuacja, gdyż jest synonimem braku rąk do pracy, najlepsze warunki to niskie, rotacyjne bezrobocie. Po drugie to by znaczyło że trzeba zmuszać do pracy tych, którzy pracować nie chcą - czyli nigdy nie osiągniesz pełnego zatrudnienia nie ważne co zrobisz.

Śmieciówki to nic złego, skąd u lewaków taki fetysz etatu? Jesteście po prostu takimi miernotami że etat możecie dostać tylko zmuszając do tego pracodawcę siłą.

Właściwie nie widzę sensu rozmaić z kimś kto swoich oponentów nazywa "dziećmi" i "miernotami".
Skoro jesteś taki mądry i pozjadałeś wszystkie rozumy to nie za bardzo wiem po co zadajesz pytanie, ale na zakończenie rozmowy Ci odpowiem: fetysz etatu pochodzi stąd, ze ci, którzy zapie*** na śmieciówce też chcieli by mieć urlop (płatny). Tak, tak, wiem - dla Ciebie to już ostry komunizm.

No i oczywiście brak przymusowych płatnych urlopów to nie jest zakaz oferowania płatnych urlopów.
Jeżeli się postarasz to może kiedyś będziesz szefem (hahaha) i będziesz mógł dobrowolnie dawać swoim pracownikom płatny urlop.

Niepotrzebnie ułatwiłem ci zadanie, teraz to wygląda tak jakbyś nie chciał wyjaśnić sprawy, a prawda jest taka że nie potrafisz.

Pytania zadaje żeby stymulować umysły czytelników i obnażyć waszą głupotę.

Zdajesz sobie sprawę że płatny urlop polega na tym że zamiast dostać całe pieniądze za prace to szef je zatrzymuje żeby ci je wypłacić podczas urlopu? Nie wszyscy ludzie są miernotami twojego pokroju, potrafią zarządzać swoimi pieniędzmi.

Krzysztof Mazur

Jeżeli 'procesem kształcenia mają rządzić zasady wolnego rynku', to o tym kogo, gdzie, kiedy, jak długo i za ile mają kształcić uczelnie decydowałyby one same, a nie minister ani rząd. Zderegulowane studia na każdej uczelni mogłyby mieć wówczas inną długość, jakość, cenę itd. Jak minister decyduje, to nie jest rynek, ale dalej centralne sterowanie.

Trudno powiedzieć co sobie myśli Gowin. Z jednej strony atakuje studia niestacjonarne, że niby za krótkie. Z drugiej strony zachwyca się studiami dualnymi, chociaż w tych też trzeba "łączyć pracę i edukację" na niekorzyść edukacji zresztą. Wychodzi na to, że Pan Gowin preferuje opcję, w której jeśli studiować, to tylko w połączeniu z mniej lub bardziej marnawym stażem. A łączenie porządnej pracy ze studiowaniem należy rugować. Oczywiście w żadnym razie nie powinno się z powyższego wyciągać wniosków, że pomysł na szkolnictwo wyższe Pana Ministra, to niespójna wypadkowa działania różnych sił interesów.

Branka to jakosc,a na 500 zl wystarczy pieczatka.

Pomysl,ze wydluzenie studiow-przymusowe-poprawi ich jakosc nie przystoi dr. filozofii. Co za logika? 15 lat branki w sluzbie armii rosyjskiej nie pomoglo jej wygrac,a wieczni studenci z RP nie dostana za to Noble. Pomysl z ustalaniem wysokosci pensji dla akademikow przez wewnetrzne jej wladze jest ok u prywatnych,ale w publicznych mozna sobie wyobrazic co sie zacznie. To juz nie bedzie tylko wyludzanie 500 zl za konferencje na ktorych sie nie bylo. Nie udawajmy wszyscy. Czwarta setka na liscie zobowiazuje to wciskania kitu?

"O wartości studiów nie świadczy liczba godzin, które spędzi się w dusznej, uniwersyteckiej sali, a siedzenie na czterech literach nie jest warunkiem koniecznym uczenia się. "

Niestety, dla coraz większej liczby studentów jedyny czas nauki to właśnie czas, który spędzają w sali. Poza tym liczba godzin nie jest co prawda jedynym wyznacznikiem wartości studiów, ale są kierunki, na których ma kluczowe znaczenie. Nie wszystko można sobie przeczytać w bibliotece, niektóre umiejętności trzeba wyćwiczyć w trakcie zajęć.
Zgadzam się, że wiele zależy od wykładowców. Dla niektórych uczelni będzie to po prostu okazja do dojenia studentów niestacjonarnych dwa lata dłużej, niektórzy wykorzystają ten czas, aby faktycznie nauczyć studentów tego samego, czego uczą studiujacych w trybie dziennym.
To, że studenci niestacjonarni są studentami drugiej kategorii wiadomo nie od dzisiaj. Argument, że nie każdy może sobie pozwolić na studia w trybie dziennym mnie nie przekonuje, bo studiując dziennie też można pracować i samemu się utrzymać. Dawanie możliwości studiowania tym, którzy na to nie zasługują nie jest sposobem na zwalczanie nierówności społecznych. Czy postawienie znaku równości między dyplomem mgr kosmetyczki z wyższej szkoły kosmetologii i mgr MISH UW faktycznie zniesie różnice między absolwentami? Czy nie uczciwiej byłoby nie udawać, że rozdawanie niewiele wartych dyplomów nie jest żadnym zapewnieniem awansu społecznego, tylko dewaluacją nauczania wyższego?

Hipsterski razemita, absolwent jednego z najbardziej elitarnych kierunków studiów w Polsce, broni prawa do edkacji wykluczonych z prowincji. No, brawo.

Nie klei się ta argumentacja. Studia niestacjonarne to też studia wieczorowe, gdzie liczba godzin jest identyczna. Poza tym liczba miejsc na dziennych jest ograniczona, więc nawet jeśli ktoś jest sumienny, pracowity, z dużą wiedzą i predyspozycjami do zawodu, to i tak może miejsca zabraknąć.

To co robi Gowin, to to samo co zwykle lanie wody od którego staliśmy się już mocarstwem morskim. To samo co zwykle słodzenie herbaty przez coraz bardziej rozpaczliwe kręcenie łyżeczką bez dosypywania cukru. Szkolnictwo wyższe potrzebuje pieniędzy na stypendia socjalne, aby zdolna młodzież studiowała na studiach dziennych. Potrzebuje tanich akademików, potrzebuje eliminacji z systemu setek pierdylionów szkół prywatnych po wioskach, które produkują tanio magistra, a nie dają edukacji, tylko nabijają kabzę właścicielom. Do tych szkół państwo dokłada jeszcze z naszych podatków. Uniwersytety, jako korporacje chociaż trochę niezależne od państwa, utrzymują poziom edukacji wyższej. O prywatnych Wyższych Szkołach Zarządzania i o braku Wyższych Szkół Wykonywania Zarządzeń film powinien zrobić Smarzowski.

To czego brakuje w reformie Gowina to wprowadzenie dużych egzaminów końcowych z programu studiów na koniec całości studiów. To powinny być prawdziwy, transparentny egzamin z całości materiału trwający kilka dni i wtedy nie ma znaczenia czy to są dzienne czy zaoczne studia - każdy wybiera co mu pasuje z punktu widzenia czasu czy preferencji. Na koniec egzamin jest jeden dla wszystkich taki sam. Inaczej to wszystko, 7 lat czy inne pomysły to jest bicie piany.

Najcudowniejsze w tym wszystkim jest to, że przy tej (i każdej innej) reformie, głos środowisk lewicowych nie jest i nie będzie brany pod uwagę.
Warto było dożyć.