Kraj

Mit smoleńskiego ludu. Narcystyczne fantazje elit

Smoleńsk

„Sekta”, „religia”, „lud smoleński”, „wyznawcy Macierewicza”… Już się cieszycie na świetną lekturę? To wstrzymajcie konie. Bo to nie o nich będzie ten tekst. Pora wreszcie poważnie porozmawiać o nas.

Nie będę po raz kolejny pisał o teoriach spiskowych ani o ewolucji pamięci o Smoleńsku w przestrzeni publicznej. Nie będę się też wyzłośliwiał na temat filmu Smoleńsk ani donosił o odkryciach ekspertów z komisji Macierewicza. Pisałem i mówiłem już o tym wiele razy. Nadal uważam, że na pokładzie nie było bomby, a film Krauzego jest straszliwie słaby. Ale od pisania w kółko tych samych tekstów teorie spiskowe nie znikną, a Beata Fido nie zacznie grać lepiej.

„Smoleńsk” jako film pornograficzny

Narcystyczne fantazje elit

Większość tekstów o „mitologii smoleńskiej” zamienia się po kilku akapitach w coś między kopaniem leżącego a narcystyczną fantazją erotyczną. Nie służą zmienianiu świata ani nawet próbie zrozumienia go. Zaspakajają jedynie potrzebę wspólnoty, utrwalając wygodne społeczne podziały. Bo łatwo i przyjemnie jest komentować absurdalne pomysły, których nie podzielamy, opisywać wybuchające parówki, wspólnie śmiać się z pułapek helowych, gorszyć ekshumacjami… Miło zadziwić się, jak ktoś może wierzyć w coś podobnego, oburzyć się na głupotę, manipulację, brzydotę i zawłaszczanie publicznej przestrzeni. Nietrudno też wymyślić całą listę tego, co „oni” powinni wreszcie zrobić. Zmądrzeć, wypięknieć, pogodzić się z losem, wziąć sprawy we własne ręce…

Może pora zastanowić się wreszcie, co z tego wynika dla nas. Tych, którzy w zamach nie wierzą. Co mit smoleńskiego ludu mówi nam o nas samych, którzy definiujemy się przez opozycję do niego?

To, że siła smoleńskiej katastrofy wciąż pozostaje tak wielka w naszym społeczeństwie, wynika z wielu czynników. Nie wszystkie łatwo wskazać, na wiele z nich zapewne nie mamy bezpośredniego wpływu. Z całą pewnością istotnym paliwem tej mitologii jest jednak pogarda, której na każdym kroku doświadczają ci opisywani pobłażliwie jako „lud smoleński”, „wyznawcy smoleńskiej religii” czy „sekta Macierewicza”. Tutaj akurat sporo dałoby się zrobić. I wiele zależy nie od nich, lecz od nas.

Z całą pewnością istotnym paliwem mitologii smoleńskiej jest jednak pogarda, której na każdym kroku doświadczają ci opisywani pobłażliwie jako „lud smoleński”.

Bo dla przyszłości Polski kluczowa może się okazać wcale nie jakaś „religia smoleńska” – poglądy tych, którzy wierzą w zamach, spisek, parówki – lecz właśnie „mit smoleńskiego ludu”. To znacznie gorzej opisany i poznany system wierzeń na temat tego, jak myśli i w co wierzy „ciemny lud”.

Za mało posypki

Opowieść o „micie smoleńskiego ludu” warto zacząć od niedawnego tekstu, który na pozór do katastrofy smoleńskiej i jej skutków odnosi się jedynie pobieżnie. Chodzi o komentowany szeroko artykuł Stanisława Skarżyńskiego dla „Gazety Wyborczej” pt. My, milczący kibice Prawa i Sprawiedliwości.

Tekst ten stanowi modelowy wręcz zapis choroby, którą chciałbym tu zdiagnozować. To współczesna wersja opowieści o dzikich, ludożercach czy tkwiących w zabobonie chłopach, a zarazem fantazja o elitach, które są zbyt dobre i mądre, by docenił je ciemny lud zainteresowany tylko bieżącą konsumpcją. W artykule Skarżyńskiego czytamy m.in.:

„Dopiero Donald Tusk, wyjeżdżając do Brukseli, zdobył się na to, żeby pokazać temu narodowi gest Kozakiewicza. I nic dziwnego: po siedmiu latach użerania się z Kaczyńskim w Sejmie i Gowinem wewnątrz partii, po słuchaniu o tym, że ma krew ofiar katastrofy smoleńskiej na rękach, po tym jak miał po kretyńskiej histerii wywołanej przez «Wprost» wyrzucać z rządu najlepiej wykształconych, niezastąpionych właściwie ministrów, takich jak Radosław Sikorski i Bartłomiej Sienkiewicz, w końcu powiedział «dość».”

Składanie państwa z kupy kamieni

Granica dzieląca elity i masy jest tu przyjmowana jako coś zupełnie oczywistego. (Jak rozumiem, sam autor i zamierzony „czytelnik modelowy” sami siebie zaliczają do tej pierwszej grupy.) Elity łączą w sobie platońską trójcę prawdy, piękna i dobra, są jednak coraz bardziej zmęczone „użeraniem się” z ludem – przekupnym, podatnym na histerię, a przede wszystkim pałającym nienawiścią do elit, której wyrazem jest „religia smoleńska”. Nasz świat według Skarżyńskiego (i wielu innych publicystów) wygląda tak, że „elity ponoszą odpowiedzialność, a naród się dąsa, wybrzydza i narzeka, że za mało kolorowej posypki”.

Takie wyobrażenie „smoleńskiego ludu” – niezależnie od tego, czy jego poszczególne elementy są prawdziwe, przesadzone czy zupełnie fałszywe – jest przede wszystkim kluczowym składnikiem wyższościowej mitologii współczesnych polskich „elit”. W parówkowych teoriach spiskowych i „zaciętych twarzach” obrońców krzyża znajdujemy natychmiastowe potwierdzenie własnej wyższości intelektualnej i kulturalnej. Opowiadając wieczorami przerażające historie o Macierewiczu i Sakiewiczu tworzymy sobie dzikiego, ludożercę, szaleńca, którym można straszyć niegrzeczne dzieci.

Najciekawsze jest jednak to, że jeżeli zestawimy ten system wyobrażeń z krytykowaną tak chętnie „mitologią smoleńską”, z łatwością zauważymy, że jest to pod wieloma względami jej dokładna kopia! Świat wyobrażeń równie co ona oderwany od rzeczywistości i w tym samym stopniu oparty na pogardzie, wykluczeniu i plemiennej solidarności.

Był zamach w Smoleńsku

Jak to się stało, że tego rodzaju język zdominował nasze dyskusje o Smoleńsku? W jaki sposób wytworzyliśmy tego rodzaju mit? Czy ulegał on zmianom z biegiem lat dzielących nas od tragicznego kwietniowego poranka?

Krótka historia mitu

W przypadku „mitu smoleńskiego ludu” kamieniami milowymi są bez wątpienia kolejne wywiady prof. Zbigniewa Mikołejki. Już rok po katastrofie wybitny filozof religii demaskował plan Jarosława Kaczyńskiego, który próbuje „przekształcić to, co polityczne, w to, co religijne”. Pierwotnie kluczowe dla koncepcji „religii smoleńskiej” było więc poczucie manipulacji, której grupa polityków cynicznie dokonuje na „ludzie”.

Jednak manipulacja ta była możliwa dlatego, że reguły „religii smoleńskiej” doskonale odpowiadają naturalnym predyspozycjom znacznej części społeczeństwa. Wynika to według Mikołejki z chłopskiego dziedzictwa, we współczesnej Polsce połączone zostały bowiem bez niezbędnej debaty „dwa obce sobie światy, dwa narody”. Naród szlachecki (którego tradycją była walka o niepodległość) i ten drugi – „tradycja chłopa pańszczyźnianego, który był zwierzęciem przypisanym do ziemi, kimś stanowiącym czyjąś własność, żyjącym bez perspektyw i w ciasnej przestrzeni, bez doświadczenia społecznego, za to ze ślepą nienawiścią w sercu.”

Na szczęście, jak twierdzi Mikołejko w roku 2011, lekiem na pańszczyźniane traumy jest sukces. „Religia smoleńska” nie ma szans w zderzeniu z postępem, europeizacją i dobrym smakiem:

„Jeśli Polska nie dozna jakiejś traumy ekonomicznej, kryzysu, załamania się porządku liberalno-demokratycznego, dojdzie do marginalizacji Kaczyńskiego i jego formacji. Coraz bowiem więcej osób zacznie korzystać z dobrodziejstw gospodarki, wolnego rynku, coraz więcej będzie młodych wykształconych ludzi. I coraz mniej tych odtrąconych. […] A poza tym, jak mówi ulubiony poeta Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniew Herbert, jest jeszcze «sprawa smaku». Polityka zatem przebrana w szaty tandetnej wiary to kicz religijno-polityczny. Tandetę wprawdzie każdy może kupić, pod warunkiem jednak, że jest ubogi duchem.”

Leder: Relacja folwarczna

Tak zbudowaną koncepcję „religii smoleńskiej” Zbigniew Mikołejko rozwija konsekwentnie w kolejnym ważnym wywiadzie, jakiego w roku 2013 udzielił Justynie Bakalarskiej [ „Religia smoleńska” to religia kryzysu i przegranych, „Polska”, 29 sierpnia 2013]. Po trzech latach od katastrofy jest już zupełnie oczywiste, że u źródeł nowego, heretyckiego wyznania leży dojmujące poczucie klęski, które w połączeniu z myśleniem spiskowym rodzi uczucie nienawiści skierowane przeciw potężnemu, lecz nieuchwytnemu przeciwnikowi:

„Są to często ludzie słabo wykształceni i ubodzy. I osoby, które mają poczucie klęski – połączone z poczuciem wybraństwa: bo to ich prezydent zginął, bo to ich tragedia opatrzona znakiem męczeństwa. I dochodzi jeszcze tłumaczenie tego zjawiska w kategoriach teorii spiskowej. Ludzie, którzy ją wyznają, nie są w stanie z rozmaitych powodów – emocjonalnych, ale również intelektualnych – zrozumieć tak strasznej katastrofy. Dlatego są bardzo podatni na teorie spiskowe, bo one im wszystko w łatwy sposób tłumaczą. Był spisek i już. To jest najważniejsza odpowiedź, a reszta to tylko technika, którą można dostosować do tej wiary. A jeszcze na nią nakłada się wiara w istnienie ciemnych sił, które się sprzysięgły przeciwko światłu.”

Uważam tę diagnozę za interesującą i wartościową. Sam – podążając za rozpoznaniem Mikołejki – chętnie dostrzegam w smoleńskich miesięcznicach elementy rytualne. Problem polega jednak na tym, że to tylko metafora, model, który ma nam ułatwić opis pewnych zjawisk. W momencie, w którym tego rodzaju porównanie zaczyna nam zasłaniać rzeczywistość, padamy ofiarą własnego mitu i stajemy się niezdolni do dostrzeżenia czegokolwiek, poza z góry powziętymi założeniami.

A tych jest w „źródłowej” wypowiedzi Mikołejki sporo. Spójrzmy tylko, jak blisko jego wizji „religii smoleńskiej” do „posypkowej teorii świata”, w której leniwy i głupi lud zamiast wziąć sprawy we własne ręce i założyć firmę, kieruje swoją agresję przeciw tym, którym powodzi się lepiej. Znów dostajemy więc wizję „dzikiego”, który zamiast rozumem kieruje się emocjami, a w dodatku ma (wrodzone?) skłonności do ulegania dyktaturze:

„A skoro nie powodzi im się tak, jak by chcieli, to zrzucają winę na wroga. Nie chcą przy tym zadbać nierzadko o swój własny los. I potrzebują silnego wodza, przywódcy, człowieka, który ze wszystkim «zrobi porządek», dzięki któremu pozbędą się własnych lęków. Nie ma w tym żadnej trzeźwości, tylko emocje – strach popychający do autorytaryzmu, agresji i dziwnych wierzeń albo mitów.”

Kraina bezrozumu

Kluczowym komponentem mitu „religii smoleńskiej” jest przypisywanie jej wyznawcom zupełnej irracjonalności. Czciciele „smoleńskiej religii” nie nadają się na partnerów do dyskusji, gdyż przebywają poza światem rozumu. Dowodem na to mają być wyznawane przez nich teorie spiskowe. Dlatego właśnie na łamach „Gazety Wyborczej” i „Wprost” wciąż jeszcze słychać dźwięk wybuchających parówek, lata po tym, jak naprawdę wierzący w spiski zdążyli już o nich zapomnieć.

Teorie spiskowe bywają niesamowicie głupie. Bywają też śmieszne. Nie powinniśmy jednak lekceważyć ich, ani poprzestawać na wyszydzaniu (choć czasem jest ono skuteczną strategią!). Powinniśmy je rozumieć i poznawać. A przede wszystkim śledzić rzeczywiste teorie spiskowe, a nie nasze własne fantazje zbudowane na podstawie tego, co ktoś nieopatrznie rzucił cztery lata temu na konferencji. Bo teorie spiskowe – mimo całego absurdu – obnażają rzeczywiste słabości współczesnej nauki i polityki.

W miarę postępu specjalizacji, naukowcy mają coraz większy problem z komunikowaniem swoich osiągnięć. Rosnący poziom wykształcenia społeczeństwa sprawia, paradoksalnie, że ludzie zapoznani z podstawami fizyki, chemii czy historii stają się bardziej podatni na bajania antyszczepionkowców, teoretyków płaskiej Ziemi czy tropicieli prastarego Imperium Lechitów. Do tej samej grupy zjawisk zaliczyć można teorie spiskowe na całym świecie otaczające dramatyczne katastrofy, kataklizmy i gwałtowne wydarzenia polityczne.

Problem polega na tym, że budowanie w oparciu o tego rodzaju zjawiska spolaryzowanej wizji irracjonalnych mas i racjonalnych elit jest absurdalne. Pułapki irracjonalności dotyczą nas wszystkich. Nie ma dziś przedstawicieli „elit”, którzy znaliby się na wszystkim. Każdy z nas, gdy tylko przekroczy wąskie granice własnej specjalizacji, staje się podatny na manipulację, szarlatanerię, pseudonaukę, nawet na myślenie spiskowe…

Jeżeli w naukę i edukację, zwłaszcza w obszarach szczególnie newralgicznych, nie wprowadzimy mechanizmów zabezpieczających – również w jakiś sposób opartych na szacunku czy przynajmniej uwzględnieniu potrzeby społecznej przynależności – to nauka poniesie porażkę. Ludzie nie będą chcieli korzystać ze szczepionek, walczyć z globalnym ociepleniem ani wierzyć w wyjaśnienia zamachów podawane przez oficjalne komisje, jeżeli będą mieli poczucie, że przychodzą one z wrogiego im świata otoczonego murem pogardy i poczucia wyższości.

W tym kontekście jako badacz teorii spiskowych mam jeszcze jedną smutną wiadomość. Pod wieloma względami „mit smoleńskiego ludu” sam jest teorią spiskową. Zwalnia nas z myślenia, planowania, zastępując je prostymi podziałami na dobro i zło. PiS przedstawiony tu zostaje jako potężna, mroczna sieć. Dyktatura, matrix, układ, który trzeba pokonać za wszelką cenę. Dlatego opozycja nie musi mieć żadnego programu pozytywnego. Może spokojnie odrzucić jakiekolwiek idee i zjednoczyć się pod sztandarem anty-PiSu. Wszak do czynienia mamy z walką dobra i zła, światła i ciemności… Zaraz, zaraz… czy to nie dokładnie te same kategorie myślenia, które prof. Mikołejko przypisywał „religii smoleńskiej”?

Co będzie dalej?

Im bardziej egzotyzujemy i antagonizujemy „lud smoleński”, tym łatwiej ci, których w ten sposób pogardliwie etykietujemy, postrzegają nas jako „zaprzańców”, „targowiczan” czy przynajmniej „pożytecznych idiotów”. W ten sposób dwie społeczne mitologie napędzają się wzajemnie.

Sutowski: W Smoleńsku mieliśmy tragedię, dziś mamy farsę

Trudno mi dotrzeć do tych, którzy wierzą w zamach. Nie potrafię wpłynąć na ich poglądy, pokazać logicznych błędów, uproszczeń, stereotypowości myślenia. Jeżeli nawet jakimś cudem przebiję się do ich bańki informacyjnej, moje argumenty otoczone zostaną ochronnym kokonem uprzedzeń. Dlatego w tym roku zająłem się „naszymi” mitami. A mitologia „smoleńskiego ludu”, „rozwydrzonych dzieci, które chcą więcej posypki” pod wieloma względami okazała się równie wdzięcznym przedmiotem badań…

Może już pora, żeby raz na zawsze przeszedł do historii model, w którym przyzwalamy na tego rodzaju mitologie w debacie publicznej? Przecież ten język, ta protekcjonalność i skryta za metaforami megalomania są równie śmieszne, jak wybuchowe parówki!

Tekst ukazał się na blogu mitologiawspolczesna.pl

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

„Kopanie leżącego”??? Jakiego „leżącego”??? Ten lud smoleński nie leży, on mi skacze butami po nerach.

Socjotechniczne manipulacje są esencją polityki. Lud je w gruncie rzeczy lubi, bo są one wyrazem jakiegoś(załganego, fałszywego) zainteresowania elit. Z elitami też nie przesadzajmy, wszak to polska szopa. Wyzwoli nas prawda, to najbardziej fałszywa diagnoza obecnej sytuacji. Uwielbiamy taplanie się w mistyczno-mitycznym błocie.Naród Polski nienawidzi prawdy. Pierwszą ofiarą prawdy byłby mit pt. Polak-katolik.

Usunąć z życia publicznego kapłanów tej religii niwnawiści a zwykła głupota z czasem zmądrzeje.

Bardzo potrzebny artykuł. Im dzikszy jest dziki tym szlachetniejszy jestem ja.
Z drugiej strony, czy to nie tak, że możemy co najwyżej zastępować jedne mity innymi? A mitologie, czy to smolenskie, czy ludowe, czy kapitalistyczne albo nacjonalistyczne są nieodzowna częścią życia grupowego homo sapiens?

Chyba jednak trochę Pan "odleciał". Naprawdę uważa Pan że "teorie spiskowe – mimo całego absurdu – obnażają rzeczywiste słabości współczesnej nauki i polityki"? Taka słaba ta dzisiejsza nauka? Coś mi się nie wydaje żeby smoleńskie gusła obnażały trudności naukowców w komunikowaniu aktualnego stanu badań nad na polu mechaniki kwantowej:). W te głupoty wierzy ponoć jakieś kilkanaście procent ludzi, mógłby Pan o tym wspomnieć pisząc o tym że to elity dla elit fantazjują. Też mi się nie chce czytać kolejnych tekstów obśmiewających smoeleńszczyków, ale paralela którą Pan tworzy: że tu religia a tu mitologia nie jest przekonująca. Prawda, że każdy czasem myśli magicznie itd...jednak niektórzy, a właściwie większość, mają trochę większą zdolność do weryfikacji swoich chwilowych lub dłuższych odpałów. Tymczasem jesteśmy od lat zamęczani tą prostacką manipulacją i połączonymi z nią obrzędami, a teraz staje się ona wręcz oficjalną, państwową narracją. Nie dziwie się że nie może Pan "przebić bańki informacyjnej" argumentami....bo przecież nie o argumenty tu chodzi. Sądzi Pan, że ktoś wierzy w zamach bo przemawia do niego argumentacja Macierewicza, albo nie może zrozumieć, że prezydent jednak powinien przyjąć ślubowanie od sędziów? Jest to wybór, celowe zawieszenie myślenia, tak to widzę, bo mam znajomych pisowych i są sprawni intelektualnie jeśli tylko chcą. Dlaczego? Nie wiem, ale Pan też tego nie pisze. Nie sądzę, że powinniśmy "rozumieć i poznawać teorie spiskowe", rozumiem że jest to temat badawczy jak każdy inny, trochę ludzi się tym zajmuje w ramach socjologi, psychologi, psychiatri itd. ...ale nie specjaliści, po co? Nie ma ciekawszych rzeczy?

Bardzo mądry tekst. Obawiam się tylko, że autor jest na najlepszej drodze do stworzenia kolejnego mitu o "dobrym ludzie" zwodzonym przez "złego cara" To też fałsz.

Wyobrazmy sobie, ze zadna gazeta nie pisze o tym wydarzeniu sprzed 7 lat, zadna TV, oczywiscie poza TV-PiS tego nie pokazuje, ludzie przestaja o tym mowic, sprawa staje sie historia...A Polacy zaczynaja zyc dzis i mysla o przyszlosci...Dozyjemy tego????

Owszem, mądry artykuł. Już kilka takich na Krytyce czytałem i dlatego tu zaglądam, ale co raz mniej wierzę w wyrwanie się jej środowiska z kolein swoich projekcji wdrukowanych przez lewicę europejską, bo po każdym takim artykule przychodzą dziesiątki innych, potwierdzających odtwórczość ideową polskiej nowej lewicy. Np. sprawa katolicyzmu - lud, któremu powinna służyć lewica jest mniej lub bardziej katolicki, a Kościół w Polsce nie ma jak na Zachodzie w swoim dorobku totalnego popierania zdegenerowanych, starych reżimów prześladujących ten lud. Księża polscy w 90% to były i są osoby z ludu, a polski antyklerykalizm nie był w większości antyreligijny i chciał raczej naprawy Kościoła niż jego zniszczenia. Rytuał jest ten sam jak na Zachodzie, ale "zjawisko" społeczne jakim jest Kościół zupełnie inne. Ale nie, trzeba naśladować lewicę europejską, bo inaczej my "peryferiusze" nie zasłużymy na uznanie elit Centrum. Uznanie starszych braci z Zachodu to większa frajda niż bycie razem z polskim ludem i dla niego, przy całej, owszem czasem niepięknej jego urodzie. Ale sam autor wart zapamiętania chociażby za szukanie prawdy.

Ba, powiedzieć, że nie popierał to mało. W odczuciu "szerokiego luda" kościół polski stał jednak zawsze z proletariatem i ginął tam gdzie on. Aksjomat nowego człowieka lewicy lansowany przez krytykę, czyli antyklerykała otwartego na szacunek dla innych religii, gwarantuje lewicy miejsce w planktonie politycznym i wynik wyborów w okolicach błędu statystycznego.

Ów Napiórkowski to jest jakaś absolutna perełka - sorry, absolutny perełek - aż żal serce ściska, że lewica ma kogoś takiego.

Tylko z jednym zdaniem tego tekstu mogę się zgodzić: z tym, że paliwem dla mitu smoleńskiego jest pogarda. To jest pogarda, jaką prawiczkowate prymitywy wierzące w zamach smoleński mają dla rzeczowej dyskusji na argumenty, zdrowego rozsądku, przyzwoitości, szacunku dla faktów. To jest ich pogarda wobec wszystkich pozostałych. Wobec tych, którzy nie są głupi jak oni, wobec tych, którzy umieją sensownie argumentować i względnie poprawnie posługują się polszczyzną. To jest ich pogarda wobec całego świata, którego nie rozumieją i którego nigdy nie zrozumieją, dopóki sobie tej pogardy nie odpuszczą. A nie zanosi się na to

Przeczytaj swój komentarz i zobacz, jak głębokie pokłady swojej pogardy w nim odkopujesz.
Wszystkie sukcesy dzisiejszej prawicy wynikają właśnie z pogardy centrolewicowych i neoliberalnych polityków głównego nurtu dla zwykłego człowieka, z ich odklejenia się od swojego elektoratu. Szczególnie lewica zajmuje się od lat czysto teoretycznymi rozważaniami na temat problemów nie tyle pracowników, co swojego wyobrażenia na temat pracowników. Partia Razem, idąc wzorem Podemos, zaczęła tworzyć zupełnie nową jakość, ale przez lata przyprawiania lewicy gęby udało się ją aksjologicznie znieść na samo dno i ciężko będzie im nawet wejść do sejmu z taką stygmą. Tym bardziej, że polskie społeczeństwo dzielnie broni interesów nie swojej klasy społecznej, ale tej, do której aspiruje (nawet jeśli aspiracje te są nie do zrealizowania) i - jak zauważyłem - najczęstszym argumentem przeciwko Razem jest krytyka ich systemu podatkowego, który jest "karaniem tych, którym się udało".

Postawa opozycji to ważny temat. Z jednej strony PIS, nacjonalistyczny, kultywujący polską, romantyczna idee męczeństwa, gniewny i arogancki,mściwy i podejzliwy, a z drugiej opozycja niby rozsądna, idąca z duchem czasu, hołdujące ekonomii, postępowi gospodarczemu, szanująca sojuszników i prawo. I co robi? Daje się sprowokować, złości się na brak logiki, szuka argumentów przeciw. Po co? Żeby zapełnić kolumny w prasie i czas w mediach? Jeden z komentatorów artykułu mądrze zauważył ze tu juz nie chodzi o dochodzenie prawdy, ale o starcie ideologii i postaw życiowych. Mit katastrofy smoleńskiej umacnia się poprzez emocjonalne reakcje opozycji. PiS ściąga opozycje do swojego poziomu a to oznacza ze w następnych wyborach nie będzie na kogo głosować.