Kraj

Michalik: Polityka w bokserkach

Kobiety w mediach to najwyżej aniołki, suki, babo-chłopy, dziwki, ślicznotki, laleczki, stare panny.

„Wszędzie te baby”. „Mimo całej sympatii dla pani, pani Elizo, muszę powiedzieć, że niektóre baby to już się po telewizjach za bardzo panoszą”. „Jestem feministą, ale kobiety jednak są z natury bardziej fałszywe”. „Popieram ruchy feministyczne, ale czy nie jest tak, że wam kobietom brak solidarności?”. „Każda kobieta pani powie, że najgorzej mieć szefa kobietę”. „Nikt nie będzie dla kobiety taką suką, jak inna kobieta”. „Nie za dużo tych bab na antenie?”. Fajny ten Twój program „Szpile”, ale po co ty się wpychasz w tę feministyczną przegródkę, przecież ty będziesz postrzegana jako wściekły babsztyl”. „Po co tyle tych babskich tematów, ta przemoc w rodzinie, to robi wrażenie, jakbyś nie lubiła mężczyzn”. „Nie przesadzaj z tymi żeńskimi końcówkami, nie będą cię szanować”. „Pani Elizo, jest pani taka ładna, kiedy się pani złości” (odpowiedź bardzo szacownego profesora na próbę polemizowania z jego stanowiskiem, że parytety są niepotrzebne). No i moje ulubione: „Pani Elizo, ja tak panią lubię, proszę nie zamieniać się w feministkę”. I znowu: „Wszędzie te baby”.

W świecie prasy, radia i telewizji mit o „babach wszędzie” rozkwita, zasadzony na żyznej glebie męskiego przekonania o własnej wyższości (czasem i kobiety uważają, że mężczyźni są „z natury” lepsi, albo – i to jest łagodniejsza wersja – do pewnych rzeczy „lepiej się nadają” ). Pielęgnują go starannie wydawcy, producenci, prezesi, dyrektorzy, kierownicy działów, operatorzy kamer. Pielęgnują niektórzy prowadzący i prowadzące, dziennikarki i publicystki. Wbrew rzeczywistości, w której jedyna w mediach grupa, w której jest więcej kobiet, to researcherki. Ciekawe: kobiety dominują w procesie zbierania informacji, ale później, w działach, w których decyduje się, co z tymi informacjami zrobić, jak je obrobić, skomentować, naświetlić i wypuścić w świat, decyzje należą do mężczyzn. To oni są wydawcami, producentami, dyrektorami programowymi, prezesami stacji i szefami newsroomów. Jakże dobrze się ma w rzekomo nowoczesnych polskich mediach stary, sprawdzony schemat: kobieta do roboty, mężczyzna do władzy!

Już w 2010 Helsińska Fundacja Praw Człowieka zwróciła uwagę, że 70 proc. prezenterów i dziennikarzy zatrudnionych w mediach to mężczyźni, a tylko 19 proc. z kobiet bierze udział w programach telewizyjnych i radiowych jako komentatorki, jednak i tak najczęściej w tematach, których prestiż jest niski. W tematach ważnych, jak gospodarka, wojsko, służby specjalne czy wymiar sprawiedliwości, niemal 90 proc. komentatorów to mężczyźni, występujący w szanowanych eksperckich rolach. Sprawy ważne dla kobiet to około jednak czwarta wszystkich tematów poruszanych przez media.

O kobietach w mediach w ogóle można by napisać książkę. O tym, jak są zatrudniane i na jakich stanowiskach, o tym, jak im się płaci i jakie mają umowy, o tym, jak traktuje, gdy zachodzą w ciążę i zostają matkami. O tym, dlaczego tak mało w studiach telewizyjnych i radiowych publicystek, dziennikarek, ekspertek, polityczek, a jeśli już są, to najczęściej dobiera się je tak, by swoim zachowaniem potwierdzały najbardziej negatywne stereotypy o swojej płci, a więc były: kłótliwe, wrzaskliwe, z bezmyślnym słowotokiem, nie za mądre, piskliwe, mało kompetentne i niemerytoryczne. Fakty jednak nikogo nie interesują. Ludzie wiedzą swoje: „baby są wszędzie”.

Sylwia Kubryńska, moja ulubiona felietonistka „Wysokich Obcasów”, napisała słusznie, że „kobiety to obecnie jedyna grupa, którą można w czasach poprawności politycznej bezkarnie obrażać i publicznie pokazywać jej miejsce w szeregu”. Sylwii chodziło o opublikowany przez Frondę poradnik „Jak przypodobać się mężczyźnie”.

Jednak moim zdaniem kobiety to nie tylko jedyna grupa, którą można całkiem bezkarnie publicznie poniżać, kobiety to także jedyna zbiorowość, której obraz w mediach jest całkowicie fałszywy i niesprawiedliwy.

Efekt: kobieca naturalność, a co za tym idzie kobiece możliwości rozwoju i samorealizacji, prawo do dążenia do szczęścia na swój jedyny, własny i niepowtarzalny sposób, dawno nie stały tak nisko w cenie.

Chcecie dowodów medialnej mizoginii? Proszę bardzo, wystarczy otworzyć gazetę lub włączyć telewizor. Polityczki są dobrymi dziewczynkami do bicia, bo nie realizują katolickich, tradycyjnych kobiecych ról, łatwo w nie uderzyć i seksizm wobec nich jest chlebem powszednim. „Idzie kobiecość. Szydło. Kopacz” – to nagłówek jednej z codziennych gazet, mieniącej się postępową, dzień po konwencjach PiS i PO. Albo podpis na pasku największej telewizji informacyjnej: „Beata Szydło kandydatem na premiera”.

Wyobrażacie sobie tytuł: „Męskość idzie. Kaczyński. Tusk”? No właśnie. Nie wyobrażacie sobie, bo to niemożliwe. I co by szkodziło napisać: „Szydło, kandydatka na urząd premiera”? Przecież słowo kandydatka to normalne słowo, a nie żaden feministyczny neologizm. Ano szkodziło – tym, dla których wtedy byłoby w Polsce zbyt kobieco. Jak się wyraził pewien pan: „aż duszno od tych estrogenów”.

Estrogeny są złe, ale tylko w polityce i u władzy. W kuchni, sypialni, przy dzieciach i na zakupach są już cechą bardzo przez media pożądaną. Ukazał się właśnie bardzo ciekawy tekst o obrazie kobiet tworzonym przez prasę kobiecą . Można go streścić bardzo krótko: kościół, kuchnia, mąż.

Jeśli rację miał Wittgenstein, a sądzę, że miał, że granice naszego języka pokazują granice naszego świata, to polskie media codziennie zaprzeczają podmiotowości kobiet i negują ich znaczenie w życiu publicznym. Najdelikatniejszy z możliwych przykładów to właśnie nagminne wyśmiewanie lub reagowanie agresją na żeńskie końcówki, czyli mówienie o kobietach pełniących ważne funkcje, zaznaczając ich płeć. Na co dzień toczę boje o „premierę”, „profesorkę”,” doktorę”, „ministrę”, „gościnię”, „prezeskę” i inne. Sama wiem najlepiej, że wyrazy te są nie do przełknięcia dla osób piszących żółte paski i większości prowadzących programy publicystyczne. Często tych samych, które nie mają jednak problemu, żeby powiedzieć „morderczyni”, „dzieciobójczyni”, „zbrodniarka”, „sprzątaczka” czy „prostytutka”.

Celowy zabieg? Nie wiem. Wiem jednak, że język ma ogromne znaczenie symboliczne. Nie tylko opisuje rzeczywistość, ale aktywnie ją tworzy. Daje dyskryminowanym grupom, jak kobiety, siłę, ale i może odebrać im wiarę w siebie, umniejszyć, upodlić, zbagatelizować, sprawić, że poczują się nieważne i stracą wiarę w siebie. Język jest ważny.

Niekiedy przejawy mizoginii wydają się błahe i łatwo je przeoczyć. „Babski kit” – pisze Janusz Palikot na swoim blogu, we wpisie poświęconym polityce Ewy Kopacz i Beaty Szydło. Czy kiedykolwiek napisał o Piechocińskim czy Millerze, że wciskają nam „męski kit”? Aleksandra Dyjak, felietonistka „Wprost”, ma w tym piśmie rubrykę zatytułowaną „Polityka na szpilkach”. Naprawdę sądzicie, że ktokolwiek ośmieliłby się zaproponować mężczyźnie, dziennikarzowi, na przykład Tomaszowi Lisowi albo Bogdanowi Rymanowskiemu, tytuł rubryki: „Polityka w bokserkach” albo „Polityka w półbutach”? I że któryś z nich by na to przystał?

A program Babilon? BABILON! Myśleliście, jak by to było w sobotnie popołudnie włączyć TV i obejrzeć sobie do popołudniowej kawy „Chłopilon”? Nie? I słusznie, bo zapewniam, że takiego programu nigdy, w żadnej telewizji, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, nie będzie.

Czy pamiętacie dr Magdalenę Ogórek? Jak w telewizyjnych rozmowach z nią nagminnie pomijano tytuł naukowy, jak zwracano się do niej per „pani Magdaleno”, zamiast „pani doktor” czy po prostu „proszę pani?”. Pamiętacie, jak zabraniano kobietom, publicystkom i dziennikarkom traktować ją jak normalną uczestniczkę życia politycznego, każdy kobiecy głos krytyczny traktując jako przejaw zazdrości o urodę, długie nogi lub drogie sukienki?

To teraz pokażcie mi choć jedną sytuację, w której ktoś uznał, że Piechociński krytykuje Kukiza z zazdrości o sprężyste uda, a jeden publicysta zarzuca drugiemu, że „czepia się”, „atakuje” (czujecie tę manipulację? Nie „krytykuje”, „weryfikuje”, „pyta” czy „poddaje w wątpliwość”, ale właśnie ATAKUJE i CZEPIA SIĘ) jakiegoś polityka z zawiści o jego duże auto i kosztowny garnitur.

Gdy okazało się, że premierka Kopacz zatrudniła kilka kobiet na stanowiskach ministrów, prasa pisała o „psiapsiółkach pani premier”, koleżaneczkach i kółku przyjaciółek. Mężczyźni u władzy od zawsze zatrudniają niemal wyłącznie mężczyzn. Czy komuś to przeszkadza? Czy ktoś zwrócił im kiedyś na to uwagę?

Mężczyznom w mediach wolno więcej, po prostu dlatego, że są mężczyznami. Gdyby choć jedna z sytuacji, które przytoczyłam, a których kobiety doświadczają na co dzień, przytrafiła się mężczyźnie, uznano by ją za straszny seksizm. I to jest właśnie istota pogardy .

Kobiety istnieją więc w mediach na kilka sposobów. Jako seksualne zabawki – podkreśla się wtedy i komentuje ich stroje, wygląd, urodę, młodość, sex appeal i „seksualną przydatność do spożycia”. Jako suki – zimne, wyrachowane, dążące po trupach do celu (co ciekawe, u mężczyzny taki zestaw cech jest uważany za zaletę, jest oznaką konsekwencji, cech przywódczych i zdecydowania). Jako przekupki z magla – głośne, krzykliwe, niekompetentne, jak Beata Szydło, Krystyna Pawłowicz. Jako infantylne podlotki – takim przekazem regularnie krzywdzi się choćby Joannę Erbel, której kobiece stroje i świetny wygląd przysłaniają większości publicystów fakt, że jest niezwykle konsekwentną, zdeterminowaną i skuteczną działaczką miejską. Jako stare sfrustrowane baby – znane profesorki, działaczki feministyczne; jedna z nich powiedziała mi, że od lat różnej maści politycy i dziennikarze sugerują, że jest lesbijką, w czym nie byłoby niczego złego, tyle, że ona ma męża i dziecko. Jako głupiutkie acz urocze (niegroźne, bo nie stanowiące konkurencji) kobietki – szczebiotki, które mężczyźni mogą traktować z pobłażliwością; najczęściej śliczne działaczki młodzieżówek partyjnych, które w każdej kampanii wyborczej wyciągane są przez nich, niby króliczyce z kapelusza. Są w końcu kobiety klasyfikowane jako „stare panny” – te, które krytykują dyskryminację ze względu na płeć, z pewnością dlatego, że „żaden chłop ich nie chciał”.

Bywamy więc w przekazie medialnym aniołkami, sukami, babo-chłopami, dziwkami, ślicznotkami, laleczkami, starymi babami i starymi pannami. Wszystkim, tylko nie ludźmi. Słowa nie zawierające epitetów, przymiotników, nie wartościujące, lecz opisujące, jak „polityczka”, „premierka”, „profesorka”, są wobec kobiet używane dużo rzadziej niż wobec mężczyzn.

Mamy w mediach sporo nawyków pogardy wobec kobiet, tak częstych, że już ich nawet nie zauważamy – tych całkiem jawnych, wynikających z lęku i tych ukrytych, czasem nieuświadomionych, a nawet skrywanych za facjatą dobrodusznego feministy, który tylko czasem od niechcenia powie ściszonym głosem: „ale mimo całej sympatii dla kobiet, muszę pani powiedzieć, pani Elizo, że niektóre baby to już za bardzo się panoszą”. Winne jest przekonanie – często ufundowane na postawach i zachowaniach samych kobiet, które szukając akceptacji ukrywają swoją inteligencję, udając słodkie i nieporadne – że kobiety są głupsze, płytsze i mniej kompetentne. Winna jest tradycja, która każe pewne rzeczy robić „o tak” – tylko dlatego, że tak robiło się je zawsze (oszczędza to myślenia i zastanawiania się) – lub nie robić i pozostawić je mężczyznom, gdyż oni „z natury lepiej się do nich nadają”. Winny jest utrwalający postawę poddaństwa kobiet polski katolicyzm, utrwalający przekonanie o wyższości mężczyzn ze strachu, że kobiety odbiorą im władzę.

Bo – i to jest właśnie sedno sprawy – media są częścią układu władzy i walka o to, jaki obraz kobiety mają przedstawiać, jest walką o władzę. Dlatego wielu mężczyzn, świadomie lub nie, tak zażarcie się broni, by nie zobaczyć i nie pokazać w kobiecie człowieka.

Pytałam kiedyś prof. Henryka Domańskiego z PAN, która z płci stoi wyżej w hierarchii społecznej. Profesor odpowiedział, że nic łatwiejszego, jak przeprowadzić szybki domowy test na przynależność do klasy panującej: wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie, która płeć trzyma kapitał, środki produkcji, wymiar sprawiedliwości, aparat przemocy państwowej (policję, wojsko, służby specjalne), no i – last but not least – rzecz jasna media. Jeśli mężczyźni to wszystko mają (a mają!) to oni rządzą, bez dwóch zdań, bez względu na wszystko inne.

***

Nie podobają się wam #MediaBezKobiet? Polecamy bazę Ekspertki.org.

**Dziennik Opinii nr 196/2015 (980)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.