Kraj

Michał Kołodziejczak, lider protestujących rolników: Jesteśmy na łasce monopoli

michal-kolodziejczyk-unia-ziemniaczano-warzywna

Z liderem rolników Michałem Kołodziejczakiem z Unii Warzywno-Ziemniaczanej rozmawia Przemysław Witkowski.

Przemysław Witkowski: Dlaczego wyszliście 13 lipca na ulicę?

Michał Kołodziejczak: Klient idzie do sklepu i widzi: 8-10 złotych za półkilową wytłoczkę malin. Na hektarze urośnie 10 ton, to może sobie pomyśleć, że rolnik zgarnia 160-200 tyś zł z hektara. A nie wie, że w skupie za kilogram tych malin dostajemy 1,5 zł. Połowa idzie dla zbieracza. Obaj za to kilo dostajemy po 75 groszy. No, dramat. Takie przebicie jest na wszystkich warzywach i owocach. Czarna porzeczka – 30 gr za kilo. Wiśnia za złotówkę. Ziemniaki: 20-30 groszy. Biała kapusta: 10-15. Czerwona: 30. A w sklepie – dziesięć razy drożej.

Kto na tym tyle zarabia?

Różnicę bierze do kieszeni pośrednik. W Polsce panuje monopol. Czymkolwiek się handluje, a duża sieć tego nie kupi, to jesteś w kropce. Jak dają beznadziejne warunki, to nie możemy powiedzieć, aha, sprzedajemy gdzieś indziej. To praktycznie monopoliści. Jakiś czas temu był problem z pomidorami. Duża sieć marketów nie chciała się zgodzić na cenę producentów. Nie kupowali i tyle. Tydzień woleli dopłacać do hiszpańskich. Co mieli zrobić rolnicy? Na opcję eksport nie mieli co liczyć. Rynek krajowy się zapchał, no i musieli się zgodzić na warunki marketu. Inaczej by im te pomidory w skrzyniach zgniły. Jesteśmy na łasce monopoli. Nie ma alternatywy. Te negocjacje są bezwzględne. Kiedy jest dużo ziemniaka na rynku, ludzie hurtowników mówią nam, że te polskie nie nadają się jakościowo.

A może mają rację?

W Polsce klimat, jaki jest, taki jest. Przejdzie burza, ziemia jest ciężka. Ziemniaki nie urosną takie, jak we Francji, w ich piaskowych ziemiach. One są tam eleganckie jak pomarańcze. Jest to różnica nie do wychwycenia przez konsumenta a wyimaginowany wymóg handlowców działających na naszą szkodę.

Oni biorą warzywa bezpośrednio od was?

Nie, od grup producenckich, które skupują od nas. Do tego, żeby negocjować z marketami, trzeba mieć odpowiednio dużą ilość towaru do handlu. Koalicja PO-PSL naciskała na tworzenie takich grup. Wystarczyło w pięciu ludzi się dogadać, żeby dostać bardzo wysokie dofinansowania. Ludzie kombinowali, jak mogli. Sprzedawali sobie nawzajem samochody, wystawiali faktury, potem dzielili się zyskiem. Do obrotu był bonus, nawet 10% w pierwszym roku, które dodawało grupom producenckim państwo. I oczywiście powstawały zmowy między grupami, które obracały towarami między sobą, za każdym razem kasując od państwa te bonusy. Patologia nie z tej ziemi. Jaki był tego efekt? Wielu rolników zostało oszukanych przez takich wiejskich gangsterów, którzy nabrali kasy od nich, od państwa, a potem się z nią zwinęli, zostawiając ich na lodzie, a grupa upadała. Do tego grupy handlują też towarami z zagranicy, bo market wymaga, żeby niektóre warzywa były zachodnie.

A dlaczego według ciebie markety zamawiają te zagraniczne warzywa?

Bo to zachodni kapitał i chcą kupić od powiązanej ze sobą firmy. Naszym zdaniem Polska traci bezpieczeństwo żywnościowe.

Przecież jesteśmy wiodącym europejskim producentem malin, porzeczek, pieczarek! Co ty opowiadasz?

Niemcy nie chcą od nas kupować. Mają swoje. U nich rynek jest nasycony. Biorą tylko małą część.

Przecież Niemcy to 27% naszego eksportu.

Płody rolne kupują od nas po cenach z naszego rynku, a u siebie sprzedają dużo drożej. To, przy obecnych realiach zamknięcia rynku wewnętrznego UE, w pieniądzu ciągle mało. Jednym z naszych postulatów jest dążenie do rozwiązania problemu rosyjskiego embarga na polską żywność.

Rosja wprowadziła je jednak w odpowiedzi na sankcje UE i polskie stanowisko w sprawie Krymu i Donbasu. Jak mamy niby rozwiązać kwestię embarga bez zostawiania na lodzie Ukrainy?

Tymczasem Ukraina nałożyła embargo na naszą wieprzowinę! Churchill powiedział, że przyjaciel czy wróg to nie są jakieś stałe. Tylko interes jest niezmienny. Rosja niedawno zdjęła embargo z Bośni i Hercegowiny i oni są tam przeszczęśliwi. Gospodarstwo moich rodziców jeszcze cztery, pięć lat temu sto procent produkcji sprzedawało do Rosji. Jak premier mówił, że embargo to nie problem, czułem bezsilność. Co my mamy zrobić? Inwestycje na miliony złotych, kredyty. I co?

W których producentów najbardziej uderza to embargo?

Pomidorów, jabłek i warzyw kapustnych. Żeby nie zbankrutować, przekwalifikowują się na inną produkcję, co jeszcze bardziej pogarsza warunki na rynku.

Dlaczego Polacy nie podejmą konkurencji z zachodnimi rolnikami?

Bo przegrywają z dłuższą tradycją, większym kapitałem i lepszym umocowaniem w Unii Europejskiej. I z większymi dopłatami. Francuz dostaje 270 euro dopłaty do hektara, a Polak 207.

Skąd ta różnica?

Tak wynegocjował rząd PSL i SLD przy akcesji. Do tego, kiedy wchodziliśmy do UE, zachodni rolnicy już mieli te dopłaty co najmniej kilkanaście lat. Jeśli chodzi o technologię, organizację, świadomość produkcyjną, doświadczenie, przy nich byliśmy malutcy. Robiliśmy dobre produkty, ale nie byliśmy konkurencyjni. Wygrywaliśmy tańszą pracą, ale nie technologią. Otworzyliśmy granice, oni zrobili u nas swoje sklepy i buch swoją nadprodukcję do Polski. A my naszej nadprodukcji nie mamy gdzie sprzedawać. Jesteśmy zamknięci na swoim rynku, do którego i tak mamy może z 20-30% dostępu. Nie powinno być w Polsce aż tyle sklepów wielkopowierzchniowych. A jeśli już są, to państwo polskie powinno zrobić wszystko, żeby handlowały polskim towarem.

Niby jak moglibyśmy to wymóc na jednolitym rynku UE?

Czesi już tak robią. Cisną przepisy sanitarne, pozataryfowe. Trzeba badać, badać i jeszcze raz badać. Polska to śmietnisko Europy. Zwozi się tu najróżniejsze odpady – śmieci, używaną odzież, samochody. To samo dotyczy żywności. Importerom opłaca się przywozić do Polski towar, którego nie sprzedaliby u siebie. A Polska nie radzi sobie nawet z napływem towarów zagranicznych przepakowywanych już na miejscu i sprzedawanych jako lokalne.

Płonie państwo z kartonu

czytaj także

Płonie państwo z kartonu

Damian Duszczenko

Skąd te towary w takim razie płyną?

Z całego świata. Ziemniaki z Egiptu, Grecji, Hiszpanii, Francji, Niemiec, Belgii.

Jak niby te spoza Unii wchodzą na wspólny rynek?

Ziemniaki przypływają z Egiptu do Włoch, tam je oclą w porcie i już są europejskie. Tymczasem, żeby wysłać je z Polski do Niemiec my musimy zdobyć specjalne dokumenty, których zrobienie zajmuje kilka dni. Żeby tymczasem przywieźć ziemniaki do Polski, niemiecki importer nie ma takiego obowiązku.

Dlaczego tak jest?

Bo tak ustalił rząd PSL i SLD, kiedy wchodziliśmy do Unii. Ma to zapobiegać przenoszeniu choroby zakaźnej ziemniaków. To w zasadzie uniemożliwia ich eksport za granice, bo mało kto podejmuje się zrobienia tych dokumentów. Ci, którzy handlują, mówią jasno, że gdyby nie było tego ograniczenia, to Polska zalałaby całą Europę ziemniakami.

Czy dużo jest przepisów tego typu?

Tak. Przez tego typu ograniczenia polscy rolnicy nie mogą się rozwijać. Nie mamy odpowiednio wysokiej sprzedaży w odpowiedniej cenie. Do tego przy rosnących kosztach produkcji i embargu zaczynamy się krztusić.

Żegnaj Rosjo, witaj Europo?

czytaj także

Przecież i tak zatrudniacie głównie Ukraińców.

Od kiedy dostali pozwolenie na pracę w całej UE, ich liczba spada, a nasze koszty znacząco wzrosły. Ukraińcy mają wysokie wymagania, bo zobaczyli, jak jest u Niemców.

A dziwisz się im?

Nie! Tak ma być! Pensje muszą być na wysokim poziomie. Jeśli chcemy od kogoś wymagać dobrej pracy musimy mu normalnie zapłacić. Ale co mamy zrobić? Cena siły roboczej wzrosła, jest embargo w Rosji, ludzi mniej do pracy, Zachód nie chce brać towaru, a w Polsce monopol marketów. Jesteśmy w kropce. Jeśli nie ma jakiejś klęski żywiołowej w Europie, to my leżymy.

Polskie wizy, ukraińscy pracownicy i czeski Rohlik

Macie jakiś pomysł, jak z tego wybrnąć?

Moi koledzy mają już różne pomysły. Chcieliby sprzedawać swoje produkty na szersza skalę bezpośrednio. Niedawno pojawiła się informacja, że OPZZ Rolników pod przewodnictwem Sławomira Izdebskiego zgłasza identyczny projekt, finansowany do tego przez ministerstwo rolnictwa. Z molochem dofinansowywanym przez spółki skarbu państwa nie damy rady konkurować. Znów mamy być tylko wyrobnikami?

Co wam się w tym projekcie nie podoba?

My jako producenci rolni zawsze mówimy jedną rzecz – musimy w tym uczestniczyć. Państwo nie musi dawać pieniędzy. Niech pomoże przepisami, radą, fachowcami, a polscy rolnicy chętnie dadzą wkład finansowy. Wystarczy, że tysiąc rolników złoży się po tysiąc złotych. My możemy sprzedawać rok, dwa taniej, żeby promować markę „Made in Poland” i sprzedawać w miastach bezpośrednio, także przez internet.

Zgłaszają się do was bardzo różni ludzie, prawica, lewica. Widziałem na waszych protestach i znanego z palenia kukły Żyda na wrocławskim rynku Piotra Rybaka i posła nacjonalistę Roberta Winnickiego. A na twitterze chwali was antysemita i eksksiądz Jacek Międlar. Nie boisz się, że dorobią wam twarz faszystów?

Boję się. Ale przychodzi też Jan Śpiewak i partia Razem. Co do Rybaka, trzy miesiące temu nie wiedziałem, kim on w ogóle jest. Ale przyjechał i pomaga. Zgłaszają się rożne stowarzyszenia, organizacje. My staramy się znaleźć to, co nas łączy i nas nie interesuje, czy jesteś w mieście nacjonalistą czy lewakiem. Związek zawodowy ma działaś w interesie rolników, nie partii.

Śpiewak: W drugiej turze zagłosuję na siebie

Z PiS-em ci też nie po drodze? Przecież byłeś jego członkiem.

Już nie jestem. Kiedy powiedziałem, że robię zebranie rolników we wsi, zadzwonili do mnie z partii o 23 i powiedzieli, że nie mam czego u nich szukać.

Wyrzucili cię przez telefon?

Tak. Za to, że zebranie na wsi robię. To według nich źle wygląda w oczach społeczeństwa, że buntuję przeciw dobremu PiS-owi. A my mówimy jasno – chcemy wywierać wpływ na decyzje polityczne, niezależnie, kto rządzi. Już udało się nam sprawić, żeby powstały ustawy, na przykład ta odnośnie znakowania produktów i kar za oszustwa przy ich opisywaniu. Tak jak Śpiewak nagłośnił machlojki przy reprywatyzacji, tak my pokazaliśmy skalę tego zjawiska.

PSL też ci się nie podoba?

PSL zdradziło idee chłopskie przystając na warunki, jakie nam oferowano przy wejściu do Unii. My nie jesteśmy przeciw samej Unii. Super jest otwarcie granic. Każdy jest wolny i leci, gdzie chce bez paszportu. Warunki jednak nie są równe. Nie pozwalają nam uczciwie konkurować. Dziś PSL na wsi przez to nie ma poparcia. Kosianiak-Kamysz mówi już, że będą chcieli zwiększać swoje poparcie w miastach.

Jak nie ma poparcia? Przecież to jest najliczniejsza partia w Polsce. Mają 120 tyś członków i członkiń!

To są lokalne układziki i układy. Widzę, jak to działa w gminach. Wójt, burmistrz, radni, rodzina pozatrudniana, tu sprzątaczka, tam księgowa. To taka organizacja, która korzysta z państwowych zasobów, żeby utrzymywać samą siebie i swoją klientelę. Interes chłopski, związkowy, nie może iść w parze z żadną partią polityczną.

A jaki jest stosunek do was innych rolniczych związków zawodowych?

Boją się. My nie mamy za sobą historii, pieniędzy, związków z lobbystami, publicznych pieniędzy. Nie mamy nic do stracenia.

Co na wasze postulaty rząd?

W Toruniu w WSKSiM było sympozjum na temat suwerenności gospodarcza. Miał być premier. Mówię chłopakom, jedziemy, zadamy mu pytanie. Pytamy, a on co? Rozkłada ręce.

Bio

Przemysław Witkowski

| Poeta, dziennikarz i publicysta
Przemysław Witkowski – poeta, dziennikarz i publicysta; dwukrotny stypendysta Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu; absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Wrocławskim; doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce; opublikował „Lekkie czasy ciężkich chorób” (2009); „Preparaty” (2010); „Taniec i akwizycja” (2017), jego wiersze tłumaczono na angielski, czeski, francuski, serbski, słowacki, węgierski i ukraiński.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.