Miasto

Wyzysk w wersji hard

Żadne pejcze, policyjne pałowanie lub nawet manto od nacjonalistów, nie są tak „przyjemne” jak kapitalistyczny wyzysk, który Pan M. znajduje w sieci marketów.

Izabela Desperak w jednej z książek dotyczących łódzkiej Rewolucji z 1905 roku przekonuje, że wyzysk jest czymś, co każe podważać moralną rację kapitalizmu. Spowiedź masochisty, czyli kolejna premiera w Teatrze im. Aleksandra Fredry, patologie tego systemu traktuje ironicznym śmiechem wysokiej próby. Czy słusznie?

Gnieźnieński Teatr zdaje się już na dobre przyzwyczajać swoich odbiorców do krytycznego i twórczego myślenia, serwując im bliski życia i rzeczywistości repertuar, któremu towarzyszy  atrakcyjna forma artystyczna. Tak jest i z najnowszą premierą Spowiedź masochisty autorstwa czeskiego twórcy Romana Sikory wystawianą w ramach tzw. rezydencji artystycznych przez Brazylijkę Aline Negra Silvę oraz zagraną przez zespół polskich aktorów. Już taka międzynarodowa mieszanka kultur, mentalności czy temperamentów, w której na warsztat został wzięty temat wyzysku człowieka we współczesnym, globalnym kapitalizmie, musiała dać ciekawy efekt. Wszystko jest tu odwrócone do góry nogami – męka jest radością, upodlenie satysfakcją, a to co okropne i niemoralne jest piękne i dobre.

Po pierwsze więc treść, bo to jest całe „mięso” i główny wkład, po który chodzi się do teatru, a ten jak wiadomo ma poruszyć i skłonić widza do refleksji lub go nieco rozbawić i dać wytchnienie. Choć są też znawcy, którzy twierdzą, że treść to rzecz drugorzędna, ale to tak jakby mówiąc o smaku cukierka, oceniać jego papierek, czyli głównie formę. Zatem Pan M. jest masochistą (w tej roli świetny i bardzo fizyczny Piotr Kaźmierczak), który początkowo zdaje się być uzależniony od bólu będącego podnieceniem seksualnym zadawanym wyłącznie w kontekście seksu, ale z czasem takie wymyślne „zabawy” to dla niego za mało i nasz bohater chce czegoś więcej. Najpierw więc nieco drętwo i nieśmiało (sugestywna scena z biurokracją, co „gasi” wszelką namiętność i kapitalny moment pokazujący hipokryzję „zawodowych sadystów”, co rozklejają się ckliwie na wspomnienie o swoich dzieciach), ale potem już całkiem pewnie i perwersyjnie nasza postać się rozkręca. A wraz z nią całe to ironiczne ostrze pogrążone w oparach absurdu. W końcu okazuje się, że dla Pana M. żadne pejcze, pręgierze czy policyjne pałowanie lub nawet manto od nacjonalistów, nie są tak „przyjemne” jak kapitalistyczny wyzysk, który ostatecznie znajduje w… sieci marketów Biedronka czy na zawodach „zasobów ludzkich” w Chinach.

Osobiście do tego duetu dodałabym jeszcze magazyny Amazona, gdzie dziesięciogodzinny kierat odmierzają bezduszne algorytmy.

Jest więc Spowiedź masochisty mocną satyrą na polski wyzysk, 25 wolności „dzikiego kapitalizmu”, którego piewcy jedyny rozwój widzą w konkurowaniu niskimi kosztami pracy i ciągle się dziwią, że jeszcze jesteśmy w ogonie Europy. Przez to totalne odwrócenie krzywdy pracownika w przeżywaną przez niego rozkosz, widać też jak na dłoni siłę wszystkich mitów mówiących, że jeśli coś mi się nie udaje, to wyłącznie moja wina, bo za mało się staram, nie jestem przedsiębiorczy itp. – tak jakby wszelkie czynniki zewnętrzne czy nierówności nie istniały. Poza tym w sztuce znalazł się i przytyk do związków zawodowych, tych „oficjalnych” i największych, które już dawno nie stają po stronie pracownika, lecz pracodawcy (jedna z lepszych scen to ta, gdzie tytułowy masochista chce zostać szefem związku, by doznać więcej upokorzeń od swego zwierzchnika i jednocześnie przekabaca jego członkinie, że to nie one, lecz ów pracodawca naprawdę cierpi). Dlatego nigdy nie powiem, że „los człowieka pracy i portret kapitalizmu w młodych demokracjach” to bla, bla, bla. Bo to nie tylko spektakl o ludziach i dla ludzi, lecz także systemach i wartościach, które tworzymy.

Forma spektaklu zdaje się równie „powalająca”. Zaczyna się od tego, że historię opowiadaną przez główną postać widzimy na multimedialnym ekranie, który trafnie wpisuje się w klimat naszych czasów znaczonych ekshibicjonizmem reality show czy wyznań na „fejsiku”. Dalej więc jest już tylko ciekawiej, choć chwilami sceneria „upadlającej stajni wyzysku” (aktorzy na scenie rozsypują słomę i torf oraz się w nich nurzają) i motyw antropomorficznego konia jest zbyt przeszarżowany. Niemniej jednak stworzenie całej scenerii wymagało pomysłu i wysiłku drugiego brazylijskiego rezydenta, czyli scenografa Felipe Oliveiry. Z kolei jeśli chodzi o aktorów, to ci prócz znakomitego Piotra Kaźmierczaka, prezentują dobry i zwarty poziom. Wcielając się w kilka drugoplanowych roli są barwni i w miarę przekonywający. Bezpretensjonalna Janinka Anny Pijanowskiej, krwiożerczy i pogardliwy dla „roboli” szef w wykonaniu Wojciecha Kalinowskiego, którego wysportowana sylwetka zdaje się pasować do każdej postaci, „brudny, zły i brzydki” Maciej Hązła jako Antropomorficzny Koń czy w końcu lepsza jako Domina Laura Katarzyna Czubkówna. Warto zatem obejrzeć „Spowiedź masochisty” i nie tyle zobaczyć w niej siebie, co zrozumieć, że dobra sztuka zawsze jest bliska życia, a krzywdzące systemy czasem lepiej rozbrajać ironicznym humorem.

Tekst ukazał się na łamach tygodnika „Przemiany na Szlaku Piastowskim”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.