Miasto

Nie chcemy się odłączać od Warszawy! [rozmowa]

To miejsce ma wyjątkowy klimat. Chcemy go ocalić – mówi Małgorzata Leszko z Grupy Odkrywkowej Osiedla Przyjaźń na warszawskim Bemowie.

Patrycja Wieczorkiewicz: W filmie Piotra Wereśniaka Zróbmy sobie wnuka przedstawiona jest rodzina, której działka rolna dosłownie obrosła Warszawą. Wokół gospodarstwa pojawiły się wieżowce korporacji, centra handlowe i nowoczesne apartamentowce, ale ojciec – głowa rodziny – za nic nie chce sprzedać ziemi deweloperom. Osiedle Przyjaźń trochę mi ten scenariusz przypomina. Wygląda niczym skansen Warszawy z lat 50.

Małgorzata Leszko: Nie lubimy słowa skansen. Kojarzy się z martwym miejscem. Skansen to budynki, w których nie ma życia. A tutaj mieszkają ludzie! W 1952 roku, kiedy osiedle budowano, formalnie było ono częścią Warszawy. W rzeczywistości przypominało wieś, wokół nie było zupełnie nic. Dzisiaj faktycznie to miejsce obrosło Warszawą, a jednocześnie samo pozostało niemal nienaruszone zębem czasu.

Świat się zmienia, zmienia się Polska i zmienia się Warszawa – trwa bieg ku nowoczesności. Jak uzasadniacie, że osiedle powinno pozostać bez zmian? Deweloperzy pewnie uważają to za wielkie marnotrawstwo terenu.

Bemowo, gdzie znajduje się osiedle, nie ma wielu miejsc o historycznym znaczeniu – takich, które tworzyłyby tożsamość dzielnicy. Jest Boernerowo, jest lotnisko. I na tej samej liście powinno się znaleźć osiedle Przyjaźń. Poza tym Bemowo staje się powoli dzielnicą deweloperki. Zaczęło się w latach 70., kiedy powstawały bloki z wielkiej płyty, a dziś jest to coraz bardziej odczuwalne.
Osiedle Przyjaźń zostało doskonale zaplanowane jako samowystarczalna całość. Nie przytłacza ogromem, mnogością zabudowań, ruchem na drogach. Jest miejscem, gdzie rodziny z dziećmi przychodzą, by złapać oddech, odpocząć od pędu miasta; młodzież może spokojnie pojeździć na rolkach, dzieci uczą się jeździć na rowerze. Jest więc ważne nie tylko dla jego mieszkańców.

Osiedle Przyjaźń powstało przy okazji budowy Pałacu Kultury i Nauki – to w nim mieszkali radzieccy budowniczy. Pałac nie ma dobrej prasy, co rusz pojawiają się  głosy postulujące jego wyburzenie, jako daru Stalina i symbolu sowieckiej dominacji nad Polską. Często się wam o tym przypomina?

Tak, osiedle rzeczywiście było przystawką do głównego prezentu. Czasem słyszymy komentarze, że powinno zostać wyburzone razem z PKiN. Osoby, które to mówią, nie biorą pod uwagę jednego: Rosjanie mieszkali tu tylko przez trzy lata, a wielu Polaków spędziło tutaj całe swoje życie. Myślę, że w dyskusjach o wartości architektonicznej i historycznej nie powinniśmy używać argumentów ideologicznych. Może mamy też wyburzyć zamek w Malborku? Albo cerkwie, tak jak robiono to po odzyskaniu niepodległości w 1918? Największą bolączką Warszawy po wojnie było to, jak postąpili z nią komuniści – wyburzyli niemal całe historyczne dziedzictwo, które przetrwało.

Nie możemy udawać, że komunizm nie jest częścią naszej tożsamości, że nigdy go nie było. Tamten okres jest wpisany w naszą historię, nie możemy jej fałszować i wracać do XIX-wiecznej Warszawy z pocztówek.

Tworzycie archiwum społeczne dotyczące historii osiedla. Mieszkańcy chętnie dzielą się wspomnieniami? Udało wam się choć trochę odtworzyć obraz tego miejsca sprzed kilkudziesięciu lat?

Archiwum zadziałało na zasadzie kuli śnieżnej – ludzie namawiają się nawzajem do opowiedzenia nam swoich historii. Przychodzą do nas starsze osoby, które pamiętają, jak z osiedla wyprowadzali się ostatni radzieccy budowniczowie, jak na klubie Karuzela wisiał ogromny plakat Stalina. Propaganda była tu oczywiście bardzo silna. Jakiś czas temu wpadły nam w ręce wycinki prasowe z lat 50. Gazety były pełne informacji o osiedlu. To był taki ideologiczny punkt. We wszystkich domach były kołchoźniki nadające audycje z Karuzeli. Choć podobno można było je wyłączyć, więc nie było całkiem jak u Orwella. Wiemy też, że w okresie PRL działała tu opozycja – na osiedlu znajdowały się dwie tak świetnie zakonspirowane drukarnie, że nie wiedziały o sobie nawzajem.

Jak wyglądało przekazanie osiedla stronie polskiej? Czy już wtedy, w 1955 roku, czyli po zakończeniu budowy Pałacu zmieniono nazwę z Osiedla Przyjaźni Polsko-Radzieckiej na Osiedle Akademickie „Przyjaźń”?

Tak, i taką nazwę nosi do dzisiaj. Po przekazaniu osiedla warszawskim uczelniom robotników zastąpili przede wszystkim studenci i profesorowie z rodzinami. W latach 60. i 70. kwitło tu życie studenckie.

Podobno anegdoty z nim związane są legendarne, jednak z internetu trudno dowiedzieć się czegoś konkretnego. Co tak bardzo przyciągało tutaj studentów?

To miejsce kojarzyło się ludziom z wolnością. W przeciętnym akademiku każdy musiał się meldować i odmeldowywać, a w studenckich domkach na osiedlu na początku nie było nawet portierni. W związku z tym działo się tutaj absolutnie wszystko. Waletowanie u znajomych było na porządku dziennym. Od taty, który wówczas chętnie z tej możliwości korzystał, wiem, że był tu nawet domek zamieszkany wyłącznie przez osoby waletujące.

Taki studencki squat?

Można tak powiedzieć. Oczywiście sporo się też piło, a najsłynniejsza meta, „babcia”, znajdowała się na ulicy Oświatowej, zaraz za osiedlem. Podobno podczas zimy stulecia były tu tylko dwie wydeptane ścieżki – jedna do przystanku, a druga do „babci”.

Nie bez znaczenia był też zapewne fakt, że domki – akademiki początkowo były mieszane, co w tamtych czasach nie było oczywiste.

Tak, po rozmaitych ekscesach i rzekomo nieprzyzwoitym prowadzeniu się studentów i studentek w 1960 roku kobiety zostały z osiedla wyrzucone. Pojawiły się z powrotem w latach 70., a że na osiemdziesiąt domków studenckich portiernie były wtedy tylko w czterech, wszystko wróciło do normy. Najsmutniejszy okres dla życia studenckiego przypadł na stan wojenny, kiedy zaczęto skrupulatnie pilnować meldunków. Zrezygnowano z tego dopiero w 1989 roku. Znajoma, która studiowała już długo po ’89, była w osiedlu tak zakochana, że przehandlowała miejsce, które dostała w akademiku na Kickiego, i przez resztę studiów waletowała u znajomych na Jelonkach.

Jak obecnie wygląda osiedle? Dużo się zmieniło?

Wiele budynków zostało wyburzonych – jeden rząd jednorodzinnych domków profesorskich przeznaczony został pod rozbudowę ul. Powstańców Śląskich, znaczną część terenu zajęły nowe akademiki i ratusz dzielnicy.

Lata 90. to dla osiedla, mimo odzyskania przez Polskę wolności, wyjątkowo gorzki okres – upadło wówczas wiele tutejszych instytucji życia społecznego, w tym kina, apteki, stołówki i przychodnie.

Życie kulturalne zamarło niemal zupełnie.

Kto jest za osiedle odpowiedzialny?

Główny problem polega właśnie na skomplikowanym statusie własnościowo-prawnym. Teoretycznie właścicielem jest Skarb Państwa, a dzierżawcą Akademia Pedagogiki Specjalnej. Jako mieszkańcy mamy poczucie, że władze miasta przerzucają się  odpowiedzialnością za osiedle niczym gorącym ziemniakiem. Nie mogą się dogadać, kto powinien inwestować w ten teren i dbać o niego. APS powinna dbać o utrzymanie materii, tzn. nie dopuścić do pogorszenia się stanu osiedla. Jednak nawet w tej kwestii nie podejmuje działania, tłumacząc to oczywiście brakiem pieniędzy. Osiedle powoli niszczeje. Mieszkańcy dbają o domy, które nie należą do nich.

Może być tak, że z dnia na dzień zostaną z nich wyrzuceni?

Teoretycznie nikomu nie można zabrać mieszkania, ale sytuacja jest bardzo niejasna. Większość mieszkańców ma tutaj kwaterunek stały, ale są też osoby zakwaterunkowane doraźnie. Udało nam się dowiedzieć, że poprzedni mieszkańcy, którzy wprowadzili się tutaj bezpośrednio po odejściu Rosjan, zostali stąd wyrzuceni, zanim zapadła decyzja o wywłaszczeniu. Do niektórych działek są więc roszczenia. Jednak – z tego, co wiemy – nie upominają się o nie potomkowie dawnych mieszkańców, a osoby, które roszczenia skupują. Nie wiemy, jak to się skończy. Ratusz dzielnicy Bemowo również znajduje się na terenie, który obejmują roszczenia. Władze Bemowa zadeklarowały jasno, że ratusza nie oddadzą; możliwa jest rekompensata finansowa dla osoby, która chce to miejsce odzyskać. Los siedziby administracji publicznej jest więc pewny, mieszkańców – nie.

Trzy lata temu wybuchła panika, że osiedle pójdzie pod topór – stanąć miał tu wielki budynek, z mieszkaniami, domami studenckimi, sklepami, restauracjami.

Ostatni raz, kiedy widziałyśmy plan zagospodarowania przestrzennego, przewidywał on, że na większej części osiedla powstanie zabudowa kilkupiętrowa, co jest równoznaczne z wyburzeniem istniejących budynków. Jednak ostatnio układ urbanistyczny osiedla został przez konserwatora wpisany do gminnej ewidencji zabytków. Jakiekolwiek zmiany brył budynków muszą mieć jego zgodę. Dopóki możemy liczyć na przychylność konserwatora, nie stanie tu żaden moloch. Jednak to nie gwarantuje spokoju mieszkańcom.

To dlatego założyłyście Grupę Odkrywkową Osiedla Przyjaźń? Wierzycie, że dzięki niej możecie coś zdziałać?

Wszystkie mamy zaplecze NGO’sowo-aktywistyczne. Bliskie było nam poczucie, że można zmieniać rzeczywistość. Od dziecka słyszałyśmy, że pewnego dnia osiedle zostanie wyburzone. Myśl, że trzeba je ratować, zakiełkowała w nas w sposób naturalny. Ruszyłyśmy z projektem w 2014 roku. Oprócz nas trzech zebrała się grupa mieszkańców osiedla i całego Bemowa, wspierana przez Bemowskie Centrum Kultury. Zawiązałyśmy wtedy Grupę Odkrywkową Osiedla Przyjaźń i projekt powoli się rozkręcał – dziś nadal uczestniczymy w organizacji wielu przedsięwzięć, ale wiele rzeczy dzieje się już niezależnie od nas. Mieszkańcy przejmują za nie odpowiedzialność.

Podobno kiedyś żyło się tu jak w prawdziwej komunie – sąsiedzi odwiedzali się bez zapowiedzi, pożyczali od siebie cukier, wszyscy się znali. Jednak kryzys więzi społecznych musiał dotrzeć też tutaj.

Osiedle nie jest tak hermetyczne, by ten kryzys je ominął. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było tutaj wysokich płotów – dziś wszyscy się od siebie odgradzają. Dla naszych rodziców nie do pomyślenia było, żeby nie znać swoich sąsiadów, a dziś taka jest rzeczywistość. Nie mamy idealistycznego wyobrażenia, że zrobimy z osiedla komunę. Ale zwykła sąsiedzka więź jest czymś, co można odbudować, i do tego dążymy. Wcześniej mieszkańcy nie mieli zbyt wielu okazji, by się spotkać, poznać. My im to umożliwiamy, organizując różne imprezy, np. urodziny osiedla czy dzień sąsiada.

Kiedyś osiedle funkcjonowało niemal zupełnie niezależnie od reszty miasta. Do dziś wyczuwa się tu pewien separatyzm. Znam warszawiaków, którzy podkreślają, że są z Jelonek – jakby nie były one częścią stolicy.

Absolutnie nie chcemy się odłączać! Bardzo lubimy Warszawę i chcielibyśmy, by Warszawa polubiła nas – a zwłaszcza urzędnicy. Z pewnością poczucie zagrożenia, że nie wiemy, czy będziemy mogli mieszkać tu za dziesięć lat, zbliża nas do siebie nawzajem. Wpływ na to ma także zupełnie odmienny wygląd i klimat miejsca. Ale chcielibyśmy, by właśnie ten klimat docenili pozostali mieszkańcy Warszawy. Nowoczesne miasto to nie stal, szkło i beton, w których nie ma czym oddychać. A na osiedlu Przyjaźń można złapać oddech.

Grupę Odkrywkową Osiedla Przyjaźń wspiera administracja osiedla, Bemowskie Centrum Kultury, realizujące również „Laboratorium Projektów Osiedla Przyjaźń”, Hala Wola i inne lokalne instytucje.

**Dziennik Opinii nr 266/2015 (1050)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.