Miasto

Luty ’71 – pamiętajmy o łódzkich włókniarkach

Strajk lutego '71 politycznie zamykał to, co otworzyło Wybrzeże. Dlaczego nie uczymy się o tym w szkole?

Mówimy „Czerwiec ’56” i wszyscy wiemy, o co chodzi. Mówimy rocznica „Grudnia ’70” i tę datę też wszyscy kojarzymy. Dlaczego, jeżeli napiszę „44. rocznica lutego ’71”, nie trafia to w taki sam czuły punkt pamięci zbiorowej? Czy strajki, które odbyły się w lutym 1971 roku w Łodzi miały mniejsze znaczenie strategiczne? Czy tylko mniejsze znaczenie na ścieżce formowania się mitu polskiej opozycji?

Dlaczego?
Bo rozegrały się w zbyt dużej czasowej bliskości do wydarzeń grudniowych?
Bo nikt wtedy nie zginął?
Bo działo się to w Łodzi, która choć centralnie położona, w świadomości zbiorowej zawsze miała status miasta peryferyjnego?
Czy dlatego, że większość strajkujących stanowiły kobiety – robotnice rozwścieczone przymusem niedojadania i niedokarmiania rodzin i coraz bardziej upokarzającymi warunkami pracy?

„Te kobiety, które strajkowały, stały się silne, mocne, potężne”

10 lutego 1971 roku stanęła przędzalnia odpadkowa Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. J. Marchlewskiego w Łodzi. Od czasu wydarzeń na Wybrzeżu w Łodzi buzowało, odnotowywano tzw. „przestoje w pracy” w różnych fabrykach. SB wzmacniało nadzór, przygotowywano się nawet do akcji o charakterze zbrojnym, gdyby ludzie wyszli na ulice i miało dojść do rozruchów.

Bezpośrednim powodem strajku w „Marchlewskim”, który pociągnął za sobą kolejne zakłady, była informacja o obniżeniu styczniowych zarobków włókniarzy (a w praktyce przede wszystkim włókniarek), które w połączeniu z grudniowymi podwyżkami cen żywności – niewycofanymi mimo zmiany rządu – sytuowały łódzkie rodziny robotnicze jeszcze bliżej progu ubóstwa.

Pracę zatrzymywano w kolejnych fabrykach, nie tylko włókienniczych. Według danych partyjnych 12 lutego strajkowało 12 tys. osób, z czego 80 proc. stanowiły kobiety. Do 15 lutego zastrajkowało w sumie ok. 55 tys. osób w 32 zakładach. Choć strajk każdego dnia był obudowany w nowe formy samoorganizacji – dyżury mające zapewnić bezpieczeństwo strajkującym i nienaruszalność macierzystego zakładu, zakaz wnoszenia alkoholu, komunikację międzyzakładową – zachował dość spontaniczny charakter. Nie wykształciły się komitety strajkowe, w niektórych zakładach powstawały jedynie doraźne rady robotnicze. Strajk okupacyjny zastosowano tylko w największych zakładach, w „Marchlewskim” i „Obrońcach Pokoju”. Kiedy lokalny komitet PZPR odmówił zgody na spotkanie z ogółem protestujących, ograniczając się do wyselekcjonowanych robotników i „aparatu partyjnego”, momentalnie podniosło to ciśnienie protestu – zażądano przyjazdu samego Gierka.

Nastroje były na tyle gorące, że realnie obawiano się możliwości wybuchu strajku powszechnego, który mógłby pociągnąć za sobą falę strajków w całej Polsce.

W „centrali” zapadła więc decyzja, że w niedzielę 14 lutego uda się do Łodzi delegacja z premierem Piotrem Jaroszewiczem oraz Janem Szydlakiem i Józefem Tejchmą z Biura Politycznego. Delegaci w atmosferze „powagi i skupienia” spotkali się z miejscowym aktywem w Teatrze Wielkim, prawdziwe wrażenia jednak zapewniły im dopiero spotkania z załogami w fabrykach.

Przemysł lekki nie był priorytetowym obszarem powojennych planów wieloletnich, stąd duże niedofinansowanie Łodzi, miasta, które jako jedno z nielicznych w Polsce mogło poszczycić się tradycjami robotniczymi sięgającymi XIX wieku. Na początku lat 70. około 40 proc. maszyn i urządzeń łódzkich fabryk włókienniczych pochodziło sprzed II wojny światowej, a 20 proc. sprzed I wojny. Wysoka feminizacja zatrudnienia współbieżna była z zarobkami niższymi niż w innych gałęziach przemysłu, zwłaszcza przemysłu ciężkiego. 41 proc. zatrudnionych otrzymywało dodatki dla najniżej zarabiających. Robotnice – pracujące w akordowym systemie trzyzmianowym, w warunkach przypominających te z Wajdowskiej ekranizacji Ziemi obiecanej – wydawały się z dnia na dzień coraz bardziej zdeterminowane.

W reportażu TVP Kto pokazał tyłek Jaroszewiczowi, zbudowanym wokół anegdoty o rzekomym wypinaniu się na premiera, Józef Tejchma wspominał: „Kobiety miały argumenty, fakty, swoje przeżycia, swoje sytuacje, a my, premier, mieliśmy tylko obietnice (…) Ci, co siedzieli za stołem prezydialnym, kiedyś potężni, najważniejsi, stali się jakby słabi, stali się jakby upokorzeni. A ci, którzy byli na hali produkcyjnej, te kobiety, które strajkowały, stały się silne, mocne, potężne”.

Wieczorno-nocne spotkania z premierem zakończono o 4 nad ranem, załogi nie podjęły pracy. Dla delegatów rządu stało się jasne – co wspominał Jaroszewicz 20 lat późniejszej w książce Przerywam milczenie – że włókniarkom trzeba podnieść zarobki. Jako że obawiano się wywołania strajków kolejnych grup zawodowych, nie pozostawało nic innego, jak wycofać się z podwyżek cen żywności.

15 lutego wieczorem został nadany komunikat informujący, że z dniem 1 marca Rada Ministrów postanowiła obniżyć ceny artykułów żywnościowych, łącznie z mięsem i jego przetworami, do poziomu sprzed grudnia 1970 roku. Dodatkowo zdymisjonowano I sekretarza komitetu łódzkiego PZPR Józefa Spychalskiego i zastąpiono go Bolesławem Koperskim. Pośrednim efektem strajków było późniejsze uchwalenie pierwszego szerszego planu modernizacji Łodzi i lokalnego przemysłu.

O, cześć wam panowie, magnaci

Postulaty strajkowe były zróżnicowane, dotyczyły krajowych cen i lokalnych pensji, złych warunków i złej organizacji pracy, wadliwego wyliczania zarobków, braku przerwy śniadaniowej, zachowań średniego personelu technicznego, losów robotników z Wybrzeża i obaw o wyciąganie konsekwencji wobec strajkujących w Łodzi. Strajki te wybrzmiewają przede wszystkim w argumentach bytowo-socjalnych, wyrażanych przez rozgoryczone robotnice.

Ale jeżeli uważnie prześledzić żądania – każdy zakład, a nawet poszczególne oddziały zgłaszały własne – uwidacznia się również mocny sprzeciw wobec rosnących dysproporcji w przywilejach pomiędzy poszczególnymi grupami społecznymi, przeciw kształtowaniu się nowej klasy uprzywilejowanej.

Załoga Fabryki Transformatorów „Elta” zgłosiła m.in. postulaty wprowadzenia zasady rotacyjnej obsady stanowisk na wszystkich szczeblach władz partyjnych, administracyjnych i sądowych; częstszego udziału przedstawicieli różnych instytucji centralnych w życiu „na dole”; likwidacji specjalnych rezerwatów przeznaczonych na polowania dla dostojników krajowych i zagranicznych oraz zakaz łączenia stanowisk w aparacie związkowym i partyjnym.

Według jednej z relacji na spotkaniu z załogą zakładów im. Marchlewskiego, w którym uczestniczyło ponad tysiąc osób, gości rządowych powitano znaną pieśnią O cześć wam panowie magnaci („O, cześć wam panowie, magnaci / za naszą niewolę, kajdany / o, cześć wam książęta, hrabiowie, prałaci / za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany”). Potem odśpiewano Jeszcze Polska nie zginęła.

Mimo dużego poruszenia nie odnotowano żadnych haseł antyradzieckich czy antysocjalistycznych. Zamiast podziału „my – oni” uwidaczniało się oburzenie z powodu stawiania milicji przeciw społeczeństwu. Łódź wciąż mogła być uznawana za „czerwoną”, co nie wykluczało gromadnego uczestniczenia w mszach, które podobnie jak później w czasach Solidarności spełniały funkcję duchowo-integracyjną.

Na fali emocji

Maria Filipowicz, uczestniczka strajku w „Marchlewskim”, później zaangażowana w działania Solidarności, wspomina: „Właściwie to, jak się rozejrzeli, zobaczyli to wszystko, te atmosferę, te emocje, to właściwie podwinęli ogony i wrócili do Warszawy. Dopiero się zakończyło zmianą rządu to, co się wydarzyło na Wybrzeżu. Chyba się bali to samo z tą Łodzią zrobić”.

Wydarzenia lutowe zapisały się w pamięci uczestniczących i obserwujących jako bardzo intensywne doświadczenie emocjonalne. Historyk łódzkich protestów robotniczych Krzysztof Lesiakowski wyciągnął z archiwów cytat z nocnych spotkań z włókniarkami: „»Proszę panów, drżę ze strachu, chcę wrócić spokojnie do domu, do dzieci. Jest jednak wiele spraw do załatwienia. Czy u nas musi być tyle kierowników i dyrektorów? Jak trzeba naprawić maszynę, to nie ma nikogo, silniki się palą. Wezmę 100 zł do rzeźnika, kupię pół kilo mięsa, kaszanki i pieniędzy nie ma« (zaczyna płakać, płacze szereg robotnic na sali)”.

Strajk był niezwykły, ale nie dlatego że inny – w pewien sposób był jeszcze bardziej polskim strajkiem. Zamiast traktować go jako przypadek „emocjonalnego strajku kobiecego”, powinniśmy spróbować wykorzystać tę perspektywę do spojrzenia na inne kluczowe wydarzenia strajkowe. Wspominając je, skupiamy się na negocjacjach, na kalkulowanych strategiach politycznych, zapominając o tłumie, który swoją polityczną podmiotowość wytwarza na bieżąco, w bardzo intensywnym psychologicznie momencie, w którym pojedyncze zdarzenia, gesty i słowa mogą decydować o kierunku wydarzeń lub zyskiwać (nad)wagę symboliczną i historyczną.

Paradoksalnie miejscem, w którym ta „emocjonalność” naszej historii została dokładnie zmapowana, są archiwa Służby Bezpieczeństwa, dokładnie śledzącej i protokołującej wszelkie „nastroje i niepokoje społeczne” (z nich między innymi korzystał Marcin Zaremba, tworząc obraz powojennej „wielkiej trwogi”, jak również Adam Leszczyński zajmujący się „pobocznymi” strajkami solidarnościowymi w Anatomii protestu). Właśnie w tych aktach najjaskrawiej ujawnia się to, co niechętnie wspominamy jako społeczeństwo (bo prywatnie te opowieści pojawiają się często), co nie mieści się w pamięci kulturowej, w upamiętnieniu, w polityce historycznej: niedobór i biologiczne wycieńczenie.

Z drugiej strony – jeszcze bardziej paradoksalnie – z esbeckich raportów wyczytać można to, co zostało wyparte za progiem transformacji ustrojowej, zniszczone razem z rozbiciem relacji międzyludzkich, które budowane były w oparciu o wspólną pracę w przemyśle – etos pracy robotniczej.

44 lata później

Ze względu na podwójne obciążenie – pracą zawodową i niepłatną opieką domową – łódzkie robotnice w bardzo ograniczonym stopniu uczestniczyły w życiu publicznym czy w późniejszej opozycji. W konflikt z władzami angażował je zwykle sprzeciw wobec radykalnego pogarszania się sytuacji materialnej i żywieniowej, stąd ich słaba widoczność na poziomie symbolicznym, a w kraju, w którym symbole zdają się stanowić podstawowe pożywienie, bycie kobietą starającą się o „jakąś tam kaszankę oznacza automatyczne spisanie się na zapomnienie.

W ostatnim wywiadzie dla „Dziennika Łódzkiego” Leszek Balcerowicz wyznał, że w transformacyjnym rządzie płakali nad Łodzią, choć tu ludzie zawsze mieli zgoła inne wrażenie. Raczej, że – by zacytować Tomasza Piątka – „to biedne miasto po raz kolejny w historii zostało wystawione gołą dupą do wiatru”. Upadek monokultury przemysłowej – abstrahując już od dyskusji, czy była możliwa jej restrukturyzacja i inne ścieżki transformacji – ciągnie za sobą nie tylko skutki ekonomiczne, ale też psychologiczne i kulturowe. W Łodzi coraz bardziej zaciera się pamięć o przemyśle. Młodym coraz trudniej uzmysłowić sobie, że to, co znają jako postindustrialne ruiny, lofty, biura czy siedziby sklepów międzynarodowych marek, kiedyś było tętniącymi hukiem maszyn fabrykami.

Niestety, w ruinach i loftach ginie również pamięć o tym, co było istotną częścią doświadczenia biograficznego wielu łodzianek i łodzian.

Budynek przędzalni odpadkowej „Marchlewskiego” już nie istnieje, w jego miejscu znajduje się obecnie parking Centrum Handlowego „Manufaktura”, które po remoncie zajęło przestrzenie fabryki. W świetlicy zakładowej, w której odśpiewywano Jaroszewiczowi w twarz O cześć wam panowie magnaci, znajduje się obecnie bodaj ElectroWorld.

Strajk lutego ’71 politycznie zamykał to, co otworzyło Wybrzeże.
Dlaczego nie uczymy się o tym w szkole?

Źródła:
Krzysztof Lesiakowski, „Strajki Robotnicze w Łodzi 1945-1976”, IPN, Łódź 2008
Magdalena Zapolska-Downar, „Dwie idee emancypacji kobiet w zderzeniu z realnym socjalizmem. Casus łódzkich włókniarek”, w: „Kobiety „na zakręcie” 1933–1989”, Wrocław 2014
Michał Matys, „Zagadki tamtych lat: Kto pokazał tyłek Jaroszewiczowi”, reportaż TVP, 2008

Marta Madejska – łodzianka z wyboru, archiwistka z przypadku. Doktorantka Instytutu Kultury Współczesnej UŁ, związana ze Stowarzyszeniem Topografie, Fundacją Miejski Kolektyw i Łódzką Gazetą Społeczną „Miasto Ł”.

***
10 lutego 1971 roku stanęła przędzalnia odpadkowa Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. J. Marchlewskiego w Łodzi. Od dwóch miesięcy, od czasu wydarzeń na Wybrzeżu, napięcie w Łodzi narastało, raportowano tzw. „przestoje w pracy” różnych łódzkich fabryk, ale dopiero „Marchlewski” pociągnął za sobą kolejnych strajkujących – w sumie do 15 lutego ok. 55 tysięcy osób w 32 zakładach. Choć strajki – wspominane jako niezwykle emocjonalne – doprowadziły m.in. do wycofania podwyżek cen żywności, którymi objęty był cały kraj, nie zapisały się w zbiorowej pamięci, nie zostały wpisane w „kanon” protestów polskich, które doprowadziły do utworzenia „Solidarności”.

Świetlica Krytyki Politycznej w Łodzi zaprasza na cykl wydarzeń przypominających łódzkie włókniarki, obejmujący m.in. wystawę fotograficzną i pokaz filmów. >> wydarzenie na Facebooku

***

Zdjęcie z wystawy w Świetlicy Krytyki Politycznej w Łodzi: prządka w przędzalni cienkoprzędnej Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. J. Marchlewskiego w Łodzi, 1965 r. Ze zbiorów Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.