Miasto

„Zaczęło się od pana Jana”. O księgowej, która pomaga bezdomnym w Warszawie

Fot. Pedro Ribeiro Simões, Flickr.com

Każdy z nas na skutek jakiegoś życiowego nieszczęścia może się znaleźć w takiej sytuacji. Wystarczy zapaść finansowa, utrata pracy, zdrowia, jakiś nałóg, strata rodziny. Zanim zimą wyrzuci się kogoś z klatki czy autobusu, warto o tym pomyśleć – mówi Marzena Skowyra w rozmowie z Agatą Diduszko-Zyglewską.

Jest doktorem nauk ekonomicznych, główną księgową z kilkunastoletnim doświadczeniem, uczy się w Warszawskim Studium Filozofii i Teologii, w Centrum Studiów Zaawansowanych Politechniki Warszawskiej, w Instytucie Studiów Zaawansowanych Krytyki Politycznej i Szkole Mądrości Krzyża. Charytatywnie zajmuję się osobami, które mieszkają na ulicy.

Agata Diduszko-Zyglewska: Co pani dokładnie robi?

Marzena Jadwiga Skowyra: Po prostu trudno mi przejść obojętnie obok bezdomnego człowieka. Zatrzymuję się, rozmawiam, nawiązuję kontakt. Pytam, czy ten ktoś coś jadł, czy jest spragniony, gdzie śpi. W zależności od sytuacji zawożę takie osoby do szpitali albo schronisk; odwiedzam ich w aresztach, placówkach medycznych, szukam też ich rodzin.

Mieszkam na Pradze i myślę, że tam tych osób jest najwięcej. Nie jestem nigdzie zrzeszona, działam indywidualnie.

Z ogólnopolskiego badania dotyczącego osób bezdomnych, które przeprowadzono w zeszłym roku, wynika, że w Warszawie jest ich około trzech tysięcy, a w Polsce ogółem – 33 408.

Niestety państwowy system pomocy w Polsce wielu z nich nie obejmuje. Do tego kolejne setki bezdomnych Polaków mieszkają na ulicach Włoch i tysiące we Francji. Ci ludzie chorują i umierają na chodnikach, na śmietnikach, w pustostanach; są przeganiani z kościołów, klatek schodowych, tramwajów, autobusów czy dworców kolejowych. Oczywiście zimą ich sytuacja się pogarsza, dlatego teraz nasz stosunek do tych ludzi jest kluczowy.

Dlaczego zaczęła pani to robić?

Zaczęło się od pana Jana. To było trzy lata temu. Któregoś dnia wracałam wieczorem do domu. Padał pierwszy śnieg. Byłam przemarznięta i marzyłam tylko o tym, żeby wypić ciepłą herbatę, wziąć prysznic i wejść do łóżka. Kątem oka zauważyłam jakiś ruch i odwróciłam głowę. Myślałam, że to pies, ale okazało się, że to był człowiek. Leżał w kałuży wody w prześwicie między budynkami, pod wpływem alkoholu. Poprosiłam, żeby się podniósł. Odmówił, ale ja na to: jak to nie? Spadł śnieg, jest zimno, leży pan w wodzie, proszę wstać albo wezwę policję. On na to: to proszę wzywać, i się roześmiał. Zadzwoniłam na policję, w odpowiedzi usłyszałam, że takimi sprawami zajmuje się straż miejska.

Mieszkam pięćdziesiąt metrów od jednej z siedzib straży, więc poszłam tam i usłyszałam, że to wolny kraj i jeśli ktoś chce leżeć, to może leżeć. Wróciłam i zaczęłam rozmawiać z tym człowiekiem inaczej. Zapytałam jak ma na imię i sama też się przedstawiłam. Poszłam do domu i zniosłam mu kołdrę i poduszkę. Zrobiłam gorącą herbatę. Poprosiłam, by przeniósł się na posłanie, które przygotowałam. Potem zaangażowało się w tę pomoc kilka innych osób, w tym najbardziej dwie moje serdeczne przyjaciółki. Pan Jan codziennie dostawał gorące śniadanie, gorący obiad i gorącą kolację. Prosiłam też inne osoby, żeby przynosiły mu kołdry, koce, poduszki, ubrania. W związku z tym, że spał na dworze, trzeba było to często wymieniać. Nie chciał się nigdzie przenosić.

Tak trwało to pół roku. Codziennie rozmawialiśmy. Czasami dwa razy dziennie: rano, kiedy wychodziłam i wieczorem, kiedy wracałam do domu. On był chory, przemarznięty, bolały go nogi, miał stany ropne i był uzależniony od alkoholu. Te osoby często narażone są na agresję młodych ludzi. Bicie, ubliżanie, zdarza się nawet podpalanie żywcem. Pan Jan też był kilka razy pobity w ciągu tych miesięcy: wyciągany z autobusu, kopany, posiniaczony.

Zaprowadziliście go do lekarza?

Ci ludzie, którzy są pod wpływem alkoholu, rzadko chcą chodzić do lekarza, a boją się trzeźwieć, bo wtedy wpadają w padaczkę alkoholową. Sami sobie nie mogą z tym poradzić, a paradoksalnie właśnie to sprawia, że są odcięci od pomocy. Nie mogą dostać się do noclegowni, a często także do lekarza, dopóki nie wytrzeźwieją, no chyba że jest to stan zagrażający ich życiu.

Pan Jan po pół roku powiedział, że chce podjąć leczenie. Spędziłam z nim wtedy osiem godzin w ośrodku Monaru na Marywilskiej, w którym przechodzi się detoks bez skierowania. Wystarczy mieć pesel i jakikolwiek dokument urzędowy potwierdzający tożsamość. Leżał tam dziesięć dni, a ja byłam w kontakcie z personelem. Po detoksie zabrałam go do Domu Sióstr Misjonarek Miłości na ulicę Poborzańską. To taki mały szpitalik i miejsce, w którym siostry gotują dla bezdomnych. Codziennie kilkadziesiąt osób przychodzi tam na obiady. Dostają też coś słodkiego. Mogą się wykąpać i przebrać, najeść do syta, zabrać gorącą herbatę lub kawę. Tyle że osoby, które chcą tam wejść i otrzymać pomoc, muszą być trzeźwe.

Siostry wyleczyły stany ropne na nogach pana Jana, a ja w tym czasie znalazłam mu miejsce w schronisku w Łaźniewie. Był tam przez pół roku, mógł dłużej, bo tak stanowiły przepisy. Potem przewiozłam go do schroniska dla bezdomnych na Żytniej. Chyba uwierzył, że jest już tak silny, że nic mu nie grozi, bo któregoś dnia pojawił się na Wiatracznej, akurat na urodziny kolegi, i wystarczył jeden kieliszek alkoholu, żeby wrócił do nałogu i na ulicę. Niedawno zmarł.

Paragraf zwany bezdomnością

Nie jest to historia z happy endem. Mogła skończyć się inaczej?

Wierzę, że tak. W Warszawie brakuje miejsca, w którym osoba bezdomna, uzależniona od alkoholu lub narkotyków, która jest pod wpływem tych używek, może uzyskać pomoc i schronienie. W noclegowniach i schroniskach warunkiem wstępnym jest trzeźwość, a to wyklucza niektórych z tych ludzi. Trzeźwość jest warunkiem otrzymania jedzenia i zgody na prysznic w schronisku. Gdyby istniało miejsce, w którym ten warunek nie obowiązuje, pan Jan i wielu innych miałoby większe szanse na wyleczenie i przetrwanie. Przecież alkoholizm to nie jest niczyj wybór, tylko choroba.

Problem w tym, że alkoholizm często łączy się z agresją, przemocą, więc nie wzbudza współczucia.

I tak reagują nawet niektórzy lekarze. Już nieraz zdarzyło mi się czekać z kimś bezdomnym na szpitalnej izbie przyjęć, a lekarz po prostu nie schodził z oddziału do końca swojego dyżuru. Od roku opiekuję się panem Zbyszkiem, który, jak myślę, ma początek gruźlicy, ponieważ w przeszłości był już dwukrotnie na nią chory. Bardzo mocno kaszle. Całe noce chodzi po ulicach, a w ciągu dnia jeździ tramwajami. Boi się wytrzeźwieć, bo ma padaczkę, w związku z tym nie może skorzystać ze schroniska. Jest bezdomnym od siedemnastu lat. Śpi pod drzewami, na trawniku. Ma 56 lat i nie wiem, czy przetrwa tę zimę. Straż miejska nie zabiera go do izby wytrzeźwień, bo nie jest dostatecznie pijany, a pogotowie nie zabiera go do szpitala, bo jest nietrzeźwy. I tak kółko się zamyka, a jego choroba rozwija się w najlepsze.

Czy komuś, kogo pani poznała, udało się wyjść z bezdomności na stałe?

Tak, to się udaje. Można wyjść z najgorszej opresji. Pokazuje to historia dziewczyny, która przez pewien czas mieszkała u mnie. Znalazłam ją pobitą pod mostem, miała, jak się później okazało, złośliwą postać raka skóry. Była zarażona wirusem HIV i HCV, uzależniona od narkotyków. Zadzwoniłam po straż miejską, mówiąc zgodnie z prawdą, że to osoba bezdomna, pod wpływem środków odurzających, ale że jest pobita. Po półtorej godziny czekania na pogotowie wezwałam taksówkę. Dwie pierwsze nie chciały nas zabrać. W końcu zgodził się jeden młody taksówkarz. Trafiliśmy do szpitala na Banacha, ale nie zgodzili się jej przyjąć. Pojechaliśmy do drugiego szpitala. Nie przyjęto nas. Pojechaliśmy na Nowowiejską. To samo. Była czwarta nad ranem. Zabrałam ją do domu. Była u mnie tydzień. Przygotowywałam jej kolacje i śniadania. To, co lubiła: naleśniki z czekoladą, zupę warzywną. Wychodziła i wracała wieczorem. Ponieważ wiedziałam, jak bardzo jest chora, bo mi o tym odpowiedzialnie powiedziała, stosowałam wszystkie środki ostrożności, żeby się nie zarazić. Po tygodniu znalazłam jej miejsce na Żytniej. Później trafiła do szpitala na Nowowiejską, przeszła detoks. W końcu trafiła do centrum onkologii. Teraz przebywa w areszcie za drobne kradzieże, których dokonywała na głodzie. Przeszła głęboką psychoterapię. Bardzo dobrze się czuje, nie ma śladu raka. Wyjdzie za pół roku.

„Jeszcze rok temu nie użyłbym słów twórczość i bezdomność w jednym zdaniu”

Co się wtedy stanie?

Po wyjściu na wolność powinna trafić do ośrodka, gdzie ktoś będzie jej pomagał zachować stały rytm codziennych obowiązków, bo tacy ludzie jak ona nie są w stanie żyć samodzielnie w mieszkaniu socjalnym. Nie są w stanie sami pamiętać o czynszu, rachunkach i innych oczywistych dla większości z nas sprawach, ale przy niewielkim stałym wsparciu psychologicznym i socjalnym mogą zwyczajnie żyć i pracować. Tylko ten proces pomocy musi być długotrwały, w niektórych przypadkach do końca życia. Mam poczucie, że w Polsce system opieki społecznej jest często niewydolny na tym polu.

Problem polega chyba po części na tym, że profesjonalna opieka nad najsłabszymi lub chorymi nie łączy się z szacunkiem społecznym, który przekładałby się na godne zarobki ludzi, którzy decydują się na tę misyjną pracę. Dlatego pracowników socjalnych jest o wiele mniej niż potrzebujących.

Ludziom żyjącym na ulicy nie sprzyjają też przepisy – na przykład te związane z działalnością Ośrodków Pomocy Społecznej. Takie osoby, co oczywiste, nie mają aktualnego adresu pobytu czy adresu korespondencyjnego, a zatem pracownik Ośrodka nie ma jak nawiązać z taką osobą urzędowego kontaktu – dla większości bezdomnych to początek i koniec sprawy. Urzędnicy nie prowadzą wywiadów na temat potrzeb podopiecznych na ulicy. Z kolei w noclegowniach dla bezdomnych przepisy określają limit czasowy – można tam nocować przez siedem dni. A przecież Polska to kraj, w którym temperatura spada poniżej zera na dłużej niż tydzień. W schroniskach, gdzie nie ma limitu, jest o wiele za mało miejsc.

„Celem jest oczyszczenie miasta z bezdomnych”

W schronisku na Żytniej, jak się właśnie dowiedziałam, już 40 osób śpi na materacach, a następnych nie byłoby nawet gdzie dołożyć.

W noclegowniach zimą też zwykle nie ma miejsc. Ci ludzie naprawdę nie mają się gdzie podziać. Państwo bywa też wobec nich opresyjne – straż miejska wystawia tym ludziom wysokie mandaty, na przykład za picie piwa w miejscu publicznym. Te mandaty są nieściągalne i kryminalizują bezdomnych. Padają też oni ofiarami oszustów, którzy na przykład zabierają im dowody, kupują na nie karty do telefonu i tak dalej. Nie powinniśmy się godzić na to, że jacyś ludzie w naszym kraju są tak porzuceni przez państwo.

Niełatwo wzbudzić zainteresowanie społeczne i empatię w tej sprawie. Politycy raczej nie interesują się bezdomnymi, bo oni nie głosują. Dlaczego temat pomocy tym ludziom powinien być ważny dla wszystkich?

Poza oczywistymi etycznymi powodami jest jeszcze jeden: każdy z nas na skutek jakiegoś życiowego nieszczęścia może się znaleźć w takiej sytuacji. Wystarczy zapaść finansowa, utrata pracy, zdrowia, jakiś nałóg, strata rodziny. Zanim zimą wyrzuci się kogoś z klatki czy autobusu, warto o tym pomyśleć. A pomaganie innym służy nie tylko tym, którym pomagamy, ale i nam samym. Poza tym trudno mówić o dobrym państwie, kiedy tysiące Polaków żyje na ulicach. Trudno mówić o dobrobycie w kraju, w którym jest tyle osób bezdomnych.

**
Współpraca przy opracowaniu materiału: Konrad Pytka.

Chcesz pomóc w konkretny sposób? Schronisko dla bezdomnych przy ul. Żytniej 1A przyjmie dla swoich podopiecznych ręczniki, koce, damskie i męskie zimowe ubrania (kurtki, kalesony, bieliznę) i zimowe obuwie.

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka Krytyki Politycznej
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska; współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.