Kraj

Matyja: Kryzys lewicy to szansa Biedronia

Rafał Trzaskowski i Barbara Nowacka. Fot. PO, flickr.com

Przekaz ma podany na tacy: nie można dopuścić do sytuacji, w której lewicowi wyborcy, po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu, pójdą głosować na centrum i centroprawicę.

Przez ostatnie trzy lata każde polityczne wydarzenie było zawsze wpasowywane w jedną z dominujących narracji. Po stronie opozycyjnej najsilniejsza opowiadała o realizującym węgierski scenariusz „marszu po pełnię władzy” PiS-ie. A ta słabsza – o gangu Olsena, który w pogoni za stanowiskami i pragnieniem zemsty na PO niszczy struktury państwa i naraża nas na poważne ryzyko. Po stronie obozu władzy dominowała narracja o silnej partii naprawiającej zniszczony w minionym ćwierćwieczu kraj. A mniejszościowa upierała się, że można byłoby zrobić znacznie więcej, gdyby od razu łamać opozycji kości, czyścić wszystko do bólu, przywracać sprawiedliwość i porządek. Ta mniejszościowa skupiała się przy każdym zakręcie na dywersji we własnych szeregach, odsądzała od czci i wiary polityków wypowiadających koncyliacyjne słowa, godzących się na ustępstwa.

Sutowski: Kampania się nie skończyła

Godzinę po ogłoszeniu wyników samorządowego exit poll w polskich mediach można było usłyszeć wszystkie cztery wymienione wyżej narracje. I z rozbawieniem przyglądać się próbom wpasowania w nie wyników wyborczych. „Obroniliśmy miasta”, „zablokowaliśmy autorytaryzm” – z jednej strony, a „potwierdziliśmy słuszność polityki”, „wygraliśmy kolejne wybory – idziemy po więcej” – z drugiej. Prawicowa opinia z satysfakcją kwitowała każdy „odbity sejmik”, po wielogodzinnym poście wypełnionym podawaniem kolejnych wyników w miastach. Prawie zawsze dla PiS niekorzystnych. Ale jedno było pewne: wynik wyborów nie był na tyle wyrazisty, by unicestwić którąś z dominujących po jednej lub drugiej stronie wyników opowieści.

Po części dlatego wyniki samorządowe są ze swej natury bardziej złożone od parlamentarnych i nie da się równie łatwo wskazać zwycięzcy. Jeżeli jednak przyjmiemy, że najważniejsze znaczenie mają duże miasta i sejmiki, to można śmiało powiedzieć, że w jednym i drugim wymiarze opozycja parlamentarna ma zdecydowaną przewagę. Prawo i Sprawiedliwość ma szansę na wygraną tylko w jednym z 10 największych miast – Krakowie, a największym sukcesem w pierwszej turze jest zwycięstwo popieranego przez PiS urzędującego prezydenta Katowic Marcina Krupy.

Gdy chodzi o sejmiki, można uznać, że sondaże przez ostatni rok wskazywały raczej na perspektywę remisu, czyli na przejęcie przez partię Jarosława Kaczyńskiego ośmiu województw. W chwili, gdy piszę ten tekst, nie jest znany jeszcze układ sił w kilku sejmikach, niejasne jest też stanowisko Bezpartyjnych Samorządowców, ale należy uznać, że – inaczej niż w dużych miastach – w województwach sytuacja będzie bliska remisu. Także dlatego, że w trakcie kadencji sejmikowych możliwe są transfery „obrażonych” lub „skuszonych” radnych. W województwie śląskim (o ile potwierdzą się prowizoryczne wyniki) – może to być nawet decyzja jednej tylko osoby.

Z punktu widzenia ogólnopolskiej rywalizacji wydarzyły się jeszcze trzy istotne rzeczy. Po pierwsze, Koalicji Obywatelskiej udało się zmobilizować do udziału w wyborach mieszkańców dużych miast. Dało jej to bardzo dobre wyniki w Warszawie, Łodzi czy Poznaniu, a zarazem zmieniło ukształtowane od lat wzory frekwencyjne. Powiedzmy tylko, że udział w wyborach wzrósł z 47 do 67 proc. w Warszawie, z 42 do 57 proc. w Krakowie i z 38 do 58 proc. w Łodzi. Ta mobilizacja jest – jak sądzę – nie tylko efektem skutecznej kampanii opozycji, ale też reakcją na zachowania partii rządzącej. Jeżeli utrzyma się w wyborach parlamentarnych – może przynieść efekty większe niż w sejmikowych. Dziś wystarczyła do tego, by przełamać fatalizm, w który popadła część zwolenników opozycji w latach 2016-2017 widząc jej bezradność w rywalizacji z obozem władzy.

A jednak dobry punkt wyjścia dla lewicy

Drugi element to fakt, że PSL obronił istotną część stanu posiadania na wsi. Wiele sondaży przeprowadzanych po 2015 roku wskazywało na to, że znacząca część wyborców mieszkających w gminach wiejskich i małych miasteczkach przesunęła swoje poparcie na PiS. Partia Kosiniaka-Kamysza stała się obiektem najsilniejszego ataku ze strony rządzących i wspierających ich mediów. W tej sytuacji dwucyfrowy wynik i utrzymanie się w zarządach części choćby województw musiał oznaczać sukces. Przetrwanie najtrudniejszej próby. Oczywiście PSL straci wpływy w kilku istotnych regionach. Będzie miał mniej narzędzi budowania swoich wpływów niż w kadencji 2014-2018, zapewne także na słabo widocznym z perspektywy centrum poziomie powiatów. Ale tę grę przeżył i zachował siły do następnej, nie mniej trudnej.

Nie podzielił też losu lewicy. Tej „starej”, postkomunistycznej i tej „młodej” spod sztandarów Razem i Zielonych. Wynik tych ugrupowań to trzeci istotny ogólnopolski skutek wyborów lokalnych i regionalnych. SLD udało się zdobyć miejsca sejmikowe, zachować fotele prezydentów w kilku ważnych miastach. Ale nie udało się na serio wrócić do gry, zdyskontować skoku poparcia widocznego przez cały obecny rok. Chcę powiedzieć wyraźnie – to nie jest klęska, ale raczej niewykorzystana okazja. To atut, który wypadł Włodzimierzowi Czarzastemu z ręki na chwilę przed trudną rozgrywką z Robertem Biedroniem. Gdyby SLD dostało poparcie na poziomie PSL, mogłoby rozmawiać o kształcie lewicowych list do Parlamentu Europejskiego, a potem Sejmu z pozycji siły. W tej sytuacji pozostawiło spore pole działania byłemu prezydentowi Słupska.

Wyjdźmy z okopów [Puto rozmawia z Matyją]

Powrót do ogólnopolskiej polityki ułatwia mu także wynik Partii Razem. To pierwsza weryfikacja jej siły po trzech latach od sukcesu w wyborach sejmowych. Sukcesu, który nie dał jej mandatów, ale elementarną rozpoznawalność, uczynił tematem rozmów i przedmiotem politycznych kalkulacji. Wynik nie jest rozczarowaniem. Takiego poparcia można było się spodziewać, znając realia kampanii sejmikowej, która nie toczy się w mediach, ale w „terenie”. W której atutami jest „zasiedzenie” w lokalnych wspólnotach i dostęp do zasobów atrakcyjnych dla elit gminnych i powiatowych. Tyle tylko, że kierownictwo Razem to wszystko wiedziało. A mimo to uznało, że nie może sobie pozwolić na nieobecność w tej przegranej z góry grze. Warto było zachować się niekonwencjonalnie – wystawić najlepszych swoich polityków do wyborów prezydenckich, a szerokie listy do rad miast. Z intencją możliwie silniejszego zaistnienia w tym spektaklu, który do mediów się dostał, który był przez nie relacjonowany. I warto było zbudować podstawy personalnej rozpoznawalności liderów (wielu liderów) przed obiema kampaniami 2019 roku.

Wynik SLD i Partii Razem, a także Partii Zielonych, dał solidny polityczny mandat inicjatywie Biedronia. Może on startować w warunkach najgłębszego kryzysu politycznego lewicy z bardzo jasnym przesłaniem. Nie można dopuścić do sytuacji, w której wyborcy tej formacji po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu pójdą głosować na koalicję partii centrowych i centroprawicowych. W wyborach europejskich ten argument będzie brzmiał racjonalnie, a siła przedsięwzięcia będzie mogła być w sposób „bezpieczny” dla potencjalnych wyborców Biedronia przetestowana.

Matyja o książce Gduli: Ambitna recepta czy diagnoza niemocy?

Wybory samorządowe to jednak nie tylko przygrywka do tych ogólnopolskich. Choć umyka to komentatorom ogólnopolskich mediów – zostaniemy z wybranymi jesienią tego roku prezydentami, burmistrzami i wójtami przez następne pięć lat. I będziemy ofiarami lub beneficjentami nie ich przynależności partyjnych, ale w znacznej mierze ich osobistych talentów i umiejętności. Szkoda mi wielu znakomitych kandydatów, których szanse w 2018 roku zostały zredukowane do zera przez wielki, ogólnopolski konflikt. Zwłaszcza, że stanowisko burmistrza czy prezydenta jest w zasadzie jedynym, w którym ambitni i samodzielni politycy mogą jeszcze z pożytkiem dla nas funkcjonować. Partie, a zatem poziom ogólnopolski i regionalny raczej tego typu osobowości eliminują.

Wszystko wskazuje na to, że poddane partyjnej rywalizacji sejmiki w tej kadencji będą politycznie ciekawsze, ale być może mniej stabilne. Nie tylko ze względu na gry koalicyjne, ale także na personalne konflikty wewnątrz partii. Jeżeli zarządy województw kierowanych przez PiS będą zmieniać się tak często jak władze kontrolowanych przez tę formację spółek skarbu państwa, to politycznych atrakcji nie zabraknie. Tak czy inaczej za kilka tygodni – po ukształtowaniu się zarządów województw – samorząd zejdzie z pierwszego planu ustępując miejsca grze przed wyborami europejskimi, które zweryfikują plan. A główne partie mają kilka tygodni na przepracowanie swoich narracji i opisanie sensu rywalizacji w nieco inny niż przez ostatnie trzy lata sposób.

Postawić na przyszłość – w lewicowej koalicji

czytaj także

Postawić na przyszłość – w lewicowej koalicji

Agnieszka Herrmann-Jankowska, Leszek Kraszyna, Marcin Wroński

***

Rafał Matyja – politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, ostatnio opublikował Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.