Kraj

Matyja o książce Gduli: Ambitna recepta czy diagnoza niemocy?

Maciej Gdula, Rafał Matyja

Istota problemu z lewicą nie tkwi w jej brakach ideowych czy intelektualnych, a w braku potencjału politycznego. Tej formacji nie są potrzebne kolejne pisma czy think-tanki, ale pomysł na to, jak zaistnieć politycznie. O „Nowym autorytaryzmie” Macieja Gduli pisze Rafał Matyja.

Nowy autorytaryzm Macieja Gduli przeczytałem dwa razy. Pierwsza lektura powodowana była ciekawością tego, co Gdula ma do powiedzenia na temat tytułowego autorytaryzmu i źródeł poparcia dla PiS. Druga dotyczyła tego, co ma do powiedzenia na temat lewicy. Pierwsza sprawdzała zatem opinie autora na temat tego, co istnieje, druga – na temat tego, co jest możliwe. Ponieważ o pierwszej warstwie, o diagnozie Gduli, napisano i powiedziano już sporo, skupię się przede wszystkim na zarysowanym przezeń projekcie lewicy.

Cała Polska czyta o Miastku

czytaj także

Cała Polska czyta o Miastku

Krytyka Polityczna

„Zadaniem, ale też szansą lewicy jest dzisiaj wskazanie klasowego charakteru polskiego społeczeństwa, jednak nie po to, żeby zadenuncjować ten system i domagać się jego zniesienia, ale w celu wyzwolenia nas ze złudzeń nacjonalizmu i liberalizmu i zadania pytań, jak ten system przedstawiać, żeby Polska była bardziej demokratyczna”. To zdanie oddaje istotę i granice projektu zarysowanego przez autora Nowego Autorytaryzmu: odrodzenie lewicy nie jako skleconej na siłę kontry wobec POPiS-u, ale jako samodzielnej i wyposażonej w istotny cel formacji ideowo-politycznej.

Wymiar ideowy tego projektu sprawia, iż Gdula widzi podstawową rolę lewicy w nowym opisaniu Polski. Do tego – na pierwszy rzut oka – wystarczą bystre umysły i dobre pióra. No i jakieś sprytne sposoby nagłaśniania własnych odkryć, umieszczania ich w centrum debaty publicznej. Autor doskonale jednak wie, że siła narracji, jaką głosi opisany przez niego równolegle PiS, nie wzięła się z perswazyjnej roli kilku prawicowych czasopism, ale raczej z faktu, że została wpisana w projekt polityczny. Projekt, dodajmy, określający w ostatnich kilkunastu latach ramy debaty i rywalizacji partyjnej w Polsce, a od dwóch i pół roku – określający także kierunki działania władzy państwowej. Zwłaszcza w tym drugim, politycznym sensie lewica dziś nie istnieje. Nie ma bowiem ośrodka wpływającego jakkolwiek na władze polityczne (centralne lub lokalne) lub na zachowania konkurencyjnych ugrupowań, a zarazem spełniającego stawiany przez Gdulę wymóg opisywania polskich problemów przez pryzmat klasowy.

Polityka? Bez klasy, bez sensu [rozmowa z Maciejem Gdulą]

To właśnie tu – w braku potencjału politycznego – tkwi istota problemu z lewicą, a nie w jej brakach ideowych czy intelektualnych. Tej formacji nie są potrzebne kolejne pisma czy think-tanki, ale pomysł na to, jak zaistnieć politycznie. W zasadzie po raz pierwszy po roku 1989. Jeżeli zastosować bowiem kryterium sformułowane w przywołanym na wstępie zdaniu – lewicą nie było postkomunistyczne SLD, zupełnie lekceważące podziały klasowe. Prędzej pasują tu partie takie jak PSL czy Samoobrona, a także najbliższa różnym inteligenckim marzeniom o partii lewicowej – Unia Pracy. Żadna z tych formacji nie pokusiła się jednak o całościowy opis różnic klasowych w społeczeństwie, nawet gdy podnosiła któryś z istotnych ich aspektów.

Samo SLD łączyło w sobie chęć odnalezienia się w nowych realiach ludzi związanych z aparatem dawnej PZPR, aspiracje do uczestniczenia w transformacji gospodarczej oraz pewną wizję lewicowości całkowicie pomijającej kwestie klasowe. O tej wersji lewicowości – popularnej przecież w wielu krajach europejskich – Gdula pisze, iż „wierzyła, że rynek rozwiąże wszelkie problemy związane z nierównościami, biedą i wykluczeniem. (…) Ochoczo porzuciła język walki klas na rzecz zainteresowania kwestiami polityki życia – tożsamościami seksualnymi, aborcją, eutanazją, ekologią czy mniejszościami kulturowymi”. Dodajmy do tego fakt, że liderzy SLD posiadali znakomite relacje z najpotężniejszymi polskimi przedsiębiorcami, że to za ich sprawą rozważano polską wersję scenariusza oligarchizacji, a więc podporządkowania części działań gospodarczych państwa interesom wąskiej elity biznesowej.

Pytanie brzmi jednak, dlaczego problem postawiony przez Gdulę nie został podjęty przez żadną liczącą się siłę polityczną? Dlaczego nikt nie spróbował wykorzystać opisywanych przez niego różnic między interesami i wartościami klasy średniej i klasy ludowej? Zasadniczo nie lubię metafory wyborów jako gry rynkowej z partiami jako ofertami i wyborcami jako kupującymi. Zwłaszcza, że autorzy, którzy się nimi posługują, mają skłonność do nadmiernej racjonalizacji, a wręcz ekonomizacji zachowań sprzedających produkt polityków i kupujących go wyborców. Jednak, by wyjaśnić podstawowy problem z propozycją Gduli, najprościej będzie posłużyć się właśnie tą metaforą.

Książka precyzyjnie opisuje rynek po stronie klienta, tzn. potencjalny popyt na lewicową ofertę polityczną. Pomija jednak podstawowy kłopot z podażą. Pomija kwestię tego, dlaczego nikomu nie przyszło do głowy zagrać różnicami klasowymi. O ile SdRP było przeniesionym w realia demokratycznej rywalizacji aparatem dawnej partii władzy – PZPR, to później nie powstała już żadna liczna grupa, która chciałaby identyfikować się z lewicą i rywalizować w polu demokratycznej polityki. Przynajmniej do czasów Partii Razem.

Gdula: Czy Kaczyńskiego popierają wyłącznie „przegrani”?

Czy zatem formacja ta – nowa lewica na polskiej scenie politycznej, ma w ogóle szanse podjąć postulowaną przez Gdulę grę w klasy? Być może nie dostrzegam jakichś istotnych, ukrytych procesów, ale – sądząc po tych zachowaniach, które są publiczne – Razem wyróżnia się wśród innych partii profilem pokoleniowym i umiejętną grą porzuconymi przez poprzednie pokolenia symbolami i hasłami lewicy, ale nie narzucaniem wyrazistej optyki klasowej. Co więcej, zachowuje się tak w sytuacji, w której może dość swobodnie kształtować swój przekaz, gdyż wynik wyborczy skazał ją na stan częściowej nieważkości. Stan, w którym nie musi ustosunkowywać się – jak partie parlamentarne – do agendy narzucanej przez sejmową większość, ani brać udziału w nie zawsze wygodnych głosowaniach.

Z perspektywy ostatnich dwóch lat można też zadać pytanie: czy Partia Razem stała się w ogóle widoczna dla klasy ludowej? Mam wrażenie, że przez pryzmat działań spektakularnych, które kształtują wyobrażenia o polityce, łatwiej było dostrzec narodowców kojarzących się z obchodami 11 listopada czy docierające szczególnie do młodszych wyborców ugrupowania Kukiz’15 i Wolność. Razem jest znane w szerokich kręgach znacznie słabiej, pewnie w największym stopniu w kontekście agendy związanej z prawami kobiet. Najpoważniejszą tymczasem barierą rozwoju Partii Razem jest dziś fakt, że nie zaistniała w świecie ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na uważne śledzenie polityki. A bez zdolności reprezentowania przynajmniej liczącego się odłamu klasy ludowej lewica polityczna – w rozumieniu autora – w zasadzie nie ma sensu. Co zatem poszło nie tak? Dlaczego sondaże nie pokazują większego zainteresowania hasłami tej formacji wśród mniej zamożnych, gorzej wykształconych wyborców? Uważna lektura Nowego autorytaryzmu pozwala na sformułowanie hipotezy, iż przyczyną jest zespół wartości wyznawanych przez tę część społeczeństwa.

Neoautorytaryzm, a nie populizm. Skąd się wzięła „dobra zmiana”

Samo pojęcie „klasy ludowej” jest w zasadzie rdzeniem książki Gduli. Żyjemy bowiem w rzeczywistości, którą większość autorów opisuje tak, jakby istniała jedynie klasa średnia i jej różniące się poziomem zamożności – marginesy. Gdula od dłuższego czasu – warto sięgnąć też po wydane pod jego redakcją Style życia i porządek klasowy w Polsce – stara się przekonać nas, że jest inaczej. Obok dominującej klasy średniej wyróżnia też klasę ludową, której zachowania cechują „familiaryzm, praktycyzm i konserwatywna tolerancja”. Ta ostatnia jej cecha, oparta na zasadzie „żyj i daj żyć innym”, jest zresztą źródłem nadziei na to, że klasa ludowa będzie gotowa poprzeć taką lewicę, która łączy hasła socjalne z obyczajowymi. Trudno jednak rozpoznać nawiązania do owego „familiaryzmu i praktycyzmu” w postulatach i działaniach Partii Razem, o „konserwatywnej tolerancji” nie wspominając. Zwłaszcza, że kontekstem tych postaw jest też jakaś forma pozytywnie postrzeganej wspólnotowości, przynależności narodowej. By zyskać uznanie i zrozumienie tej klasy, nie trzeba jej opisywać tak, jak czyni to PiS czy nawet szerszy centroprawicowy mainstream, ale z pewnością trzeba mieć jakiś pomysł na „to, co wspólnotowe”, może nawet na to, co narodowe. O ile nie przekonują mnie ci, którzy namawiają Partię Razem do korekty w kierunku lewicy liberalnej czy nawet postkomunistycznej, o tyle korekta uwzględniająca przekonania i postawy klasy ludowej wydaje się czymś naturalnym.

Do partii Razem: Podajcie łapę Czarzastemu

Bo przecież – jak twierdzi Gdula – to właśnie postawy tej klasy miałyby pozwolić nowej lewicy na nowe zakorzenienie społeczne. Tylko, by to osiągnąć, musiałaby istnieć jakaś grupa polityczna, gotowa się do tych wartości odwołać. Sam fakt istnienia takiej klasy nie musi jednak przynosić skutku w postaci istnienia ugrupowania, reprezentującego jej interesy i wartości. Osie rywalizacji politycznej kształtowane są bowiem przez popyt i podaż równocześnie. Mówiąc precyzyjnie: wyborcy nie są w stanie wykształcić z siebie partii, choć mogą wpłynąć na zachowania istniejących podmiotów. Z drugiej strony – najsprawniejsi nawet politycy nie ukształtują partii abstrahując od możliwego poparcia, tzn. nie wychowają sobie wyborców, nawet jeżeli poświęcą na to lata pracy.

Piszę o tym wyraźnie, ponieważ przez lata żywy był mit wychowawczej roli wielkich ruchów politycznych z przełomu XIX i XX wieku – socjalistów, ludowców czy narodowców. Praca tych partii, a w zasadzie ich inteligenckich grup inicjujących, w znaczącej mierze polegała rzeczywiście na politycznej edukacji szerokich rzesz. Ten czas jednak nie wróci. Wyposażenie pojęciowe „elektoratów” nie jest czystą tablicą, na której misjonarze tej czy innej politycznej wiary mogą dziś pisać co chcą.

„Próba przełożenia tego schematu – pisze autor Nowego autorytaryzmu – na strategię polityczną wychodzi dość blado, bo w zasadzie jedynym wyjściem dla lewicy staje się próba przelicytowania PiS-u w ofercie socjalnej”. Gdula trafnie rekonstruuje pułapki postawy, która koncentruje się na spektakularnej krytyce neoliberalizmu bez powagi, jaką nadałby jej jakikolwiek wpływ na kształtowanie rozwiązań. „Zamiast poszukiwać swojego głosu, napawamy się tym, że wreszcie możemy wykrzyczeć dawnym możnym, jak bardzo nienawidziliśmy ich panowania”. Jest to jedna z surowszych krytyk lewicy, jaką udało mi się znaleźć w ostatnich latach. Nie dotyczy bowiem jej poglądów, ale samego modus vivendi.

Jakby tego krytycyzmu było mało, Gdula podkreśla, iż choć „ruchy społeczne mają dziś bardziej bezpośredni wpływ na polityczne decyzje” to nie oznacza to, „że nastąpiła głęboka zmiana reguł funkcjonowania polityki w stronę bardziej sieciową, równościową i partycypacyjną”, a zatem kwestionuje proste przełożenie ich potencjału na zinstytucjonalizowaną politykę. Tłumaczy to przede wszystkim warunkami współczesnej „architektury komunikacji”, które sprawiają, że ruchy społeczne skupiają na chwilę uwagę publiczności, ale nie są w stanie utrzymać jej na dłużej. By to uczynić musiałyby – pisze Gdula – poddać się większej instytucjonalizacji.

Przestańcie powtarzać, że miasto nie jest polityczne

Co więcej, nawet, gdy pisze, iż „drogą wejścia w polityczny proces i zarysowania lewicowej alternatywy są dziś przegrane sprawy”, to pozostaje cały czas na poziomie publicystyki, a nie polityki. Opowiedzenie się za przyjęciem uchodźców, podjęcie tematyki gender czy przyszłości Unii Europejskiej zostanie dostrzeżone, gdy będzie za tym stała siła polityczna z szansą na reprezentację parlamentarną. A zarazem siła, która obok tych tematów będzie potrafiła jakoś rozegrać kluczową dla tego projektu kwestię klasową. Czy taka siła jest w ogóle możliwa?

Na to pytanie nie znajdujemy odpowiedzi, poza wskazaniem kluczowej roli lidera w procesie jej budowania. Wszystkie te „przegrane dziś” sprawy wymagają – podkreśla Gdula – „stanowiska etycznego i autentycznego oddania. Wciągnięcie publiczności w zaangażowanie się na ich rzecz wymaga lidera, który przekonująco ucieleśniał będzie nowy kierunek zmian. On musi zorganizować zdemobilizowanych, dać im nadzieję i zmienić klimat polskiej polityki”. W tej wizji to lider „przez swoją biografię i właściwości organizuje ludzi na rzecz przekształcania świata (…) wytwarzając sytuację współdziałania”. Problem grupy, która może zorganizować liczącą się siłę polityczną, zostaje zatem zredukowany do kwestii niezwykle utalentowanego i posiadającego dobrą biografię lidera. Ale – wbrew pozorom – nie jest w ten sposób bliższy rozwiązania.

Gdula pokazuje nam kontakt, do którego można wetknąć wtyczkę, o ile ktoś kiedyś w ogóle ją znajdzie. Mówi o tym, jakie kwestie mogłyby pomóc lewicy rosnąć. A jednocześnie przestrzega, iż lewica utraciła zdolność reprezentowania wyborców pokrzywdzonych przez neoliberalizm na rzecz populistów. Co więcej, w polskim kontekście mamy do czynienia nie z populizmem czystym, ale z mieszanką populizmu, etatyzmu i katolickiego tradycjonalizmu. Do tego mieszanką, która ma więcej wspólnego z aksjologią klasy ludowej – choćby poprzez familiaryzm – niż dzisiejsze ugrupowania lewicowe. Co więcej, ma też wspólnego wroga. Oddajmy jeszcze głos Gduli: „W rozmowach z ludźmi z klasy ludowej, z których zdecydowana większość głosowała na PiS, wyraźne było przede wszystkim zadowolenie z odsunięcia od władzy Platformy Obywatelskiej. Politycy tej partii postrzegani są jednoznacznie jako skompromitowani”. A jednocześnie podkreśla, iż „PiS daje im dziś poczucie uczestnictwa we wspólnocie, w której członkowie zrównani są jako różni od elit i obcych. Jest to na pewno rodzaj awansu wobec miejsca, jakie przewidziane jest dla nich w średnioklasowej utopii”.

Zapewne wbrew intencjom autora, jego projekt możliwej czy nawet prawdopodobnej lewicy pomaga przede wszystkim zrozumieć to, dlaczego tej realnej, którą obserwujemy na scenie politycznej, idzie tak ciężko. To, co powinno stać się żyznym gruntem – a zatem opisana przez Gdulę struktura klasowa – okazuje się być twardą jak kamień skałą, na której nie może urosnąć żadna lewicowa polityka.

Można zatem projektować ją porzucając kluczowe dla Gduli zadanie lewicy, związane z poprawnym – jak sądzę – rozpoznaniem różnic klasowych (czyli idąc drogą wytyczoną przez SLD), albo korygując w istotny sposób formę i aksjologię projektów lewicowych tak, by uczynić je atrakcyjnymi dla wyborców z klasy ludowej (czyli idąc drogą w zasadzie nieznaną i nie podjętą). Powód, dla którego warto śledzić wysiłki w tym drugim zakresie, zawarł kiedyś w swych przenikliwych rozważaniach Alexis de Tocqueville, gdy krytykował porządki oparte na dominacji klasy średniej. „Szczególny duch klasy średniej – pisał we Wspomnieniach – stał się ogólnym duchem rządów i zapanował w polityce zewnętrznej równie dobrze jak w sprawach wewnętrznych, duch aktywności i przedsiębiorczości, często bez poczucia przyzwoitości, na ogół stateczny, nieraz zuchwały przez próżność i egoizm, nieśmiały z temperamentu, umiarkowany w każdej rzeczy wyjąwszy upodobanie w dobrobycie, wreszcie mierny duch ten, zmieszany z duchem ludu lub arystokracji, może być niezrównany, sam natomiast zawsze da rządy pozbawione wielkości i cnoty”.

Trudno nie zgodzić się z Gdulą, gdy rysuje on obraz hegemonii klasy średniej i wady, jakie ma polityka oparta na tej hegemonii. Trudno nie docenić sensu postulatów dotyczących wzrostu znaczenia klasy ludowej, jako warunku demokratyzacji państwa. Co więcej – jako warunku sensownej przebudowy sektora publicznego, zmiany regulacji dotyczących rynku pracy czy przywrócenia równowagi w rozwoju centrum i prowincji. Kłopot zaczyna się jednak w momencie, gdy próbujemy wskazać siłę polityczną, która jest w stanie podołać temu zadaniu, choćby w jakiejś istotnej części.

Gdula: Rzuciłem w okno cegłówką

Wówczas – może ze względu na dystans ideowy, z jakiego przychodzi mi obserwować przemiany środowisk lewicowych – przychodzi do głowy w zasadzie jedno pytanie: „jak bardzo musiałaby zmienić się polska lewica, by wejść w rolę, którą wyznacza jej Gdula?”. Autor Nowego autorytaryzmu postawił przed ludźmi tej formacji zadanie znacznie trudniejsze niż XIX wieczne „pójście w lud”. Znacznie trudniejsze od „marszu przez instytucje” i organizowania progresywnych ruchów społecznych. Najłatwiejszą i najgorszą reakcją na tę książkę, byłoby nie dostrzeżenie konsekwencji zawartych w niej diagnoz i propozycji.

Lewico, posłuchaj Gduli i przestań toczyć minione wojny!

***

Rafał Matyja (1967) – politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania, współpracownik miesięcznika „Nowa Konfederacja”, autor książki Wyjście awaryjne (2018).

***

Raport Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta został opracowany przez Macieja Gdulę przy współpracy Katarzyny Dębskiej i Kamila Trepki. Sfinansowano go ze środków Fundacji im. Friedricha Eberta. Przy wsparciu Fundacji ukazała się również inspirowana badaniami książka Macieja Gduli Nowy autorytaryzm.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.