Kraj

Marek Balicki: Lekarzy pracujących w publicznej ochronie zdrowia jest za mało

Strajk głodowy lekarzy rezydentów. Październik 2017. Fot. Jakub Szafrański.

Za mało jest też pielęgniarek. A niepokój w kwestii wynagrodzeń jest szczególnie uzasadniony w przypadku innych niż lekarze zawodów medycznych – pielęgniarek, ratowników medycznych, psychologów, rehabilitantów. Ich zarobki są wyraźnie niesprawiedliwe.

Michał Sutowski: Lekarze-rezydenci protestują. Domagają się m.in. zwiększenia wydatków na publiczną służbę zdrowia, zwiększenia liczby personelu medycznego, ograniczenia biurokracji oraz podwyżek płac i generalnej poprawy warunków pracy. Słusznie? A może tak naprawdę chodzi o pieniądze, a nie o dobro pacjentów?

Marek Balicki: Postulaty, które są zamieszczone na stronie Porozumienia Rezydentów OZZL i które protestujący powtarzają w mediach, idą w dobrym kierunku. Praktycznie nie słychać głosów krytyki postulatu głównego, które byłyby przeciwne podwyższaniu wydatków publicznych na zdrowie; popiera go teraz także liberalna opozycja. Przypomnijmy, że rezydenci domagają się wzrostu nakładów do poziomu 6,8 proc. PKB z dzisiejszego poziomu 4,5-4,7 procenta sytuującego nas znacznie poniżej średniej europejskiej. Oczywiście nie jest możliwe osiągnięcie takiego wzrostu w ciągu trzech lat, czego żądają protestujący, ale już domaganie się rozwiązań systemowych dla wzrostu nakładów na ochronę zdrowia w kolejnych latach jest jak najbardziej słuszne.

Dla tej sprawy wszyscy powinniśmy głodować!

Skoro wszyscy są za, to dlaczego trzeba protestować? I skąd wziąć te pieniądze?

Na konferencji w lipcu 2016 roku premier Beata Szydło i minister Radziwiłł mówili, że ustawa zostanie przygotowana, uchwalona i wejdzie w życie od początku 2018 roku. Ale wciąż jej nie ma. Już w poprzednich kadencjach parlamentu, także z moim udziałem, przygotowywano propozycję stopniowego zwiększania składki na Narodowy Fundusz Zdrowia tak, żeby łącznie osiągnąć te 6-6,5 proc. PKB. Wygląda na to, że na dzisiaj to byłoby najlepsze rozwiązanie systemowe, zwłaszcza gdy na półkę – na szczęście – odłożono pomysł likwidacji NFZ.

I Polacy tak chętnie tę większą składkę zapłacą?

To jest kluczowe pytanie – czy gotowi jesteśmy płacić wyższą składkę, żeby zbliżać się do średniego europejskiego poziomu finansowania ochrony zdrowia? Oczywiście, składkę na NFZ można podwyższyć w sposób nieodczuwalny dla większości obywateli rekompensując wzrost obniżeniem podatków od dochodów osobistych. Dzisiaj w taki sposób jest rekompensowana część składki tj. 7,75 proc., a tylko 1,25 proc. obciąża bezpośrednio nasze kieszenie. Jeśliby pójść taką drogą, tzn. rekompensaty, to opinia publiczna zapewne reformę poprze, pytanie brzmi tylko, czy w budżecie państwa są tak wielkie rezerwy, żeby w perspektywie kilku lat znaleźć dodatkowe 35-40 miliardów złotych? A przecież finansujemy już dodatkowo Rodzinę 500+ czy wcześniejsze przejście Polek i Polaków na emeryturę. Podsumowując, protest w tej kwestii jest oczywiście słuszny, ale kwestię zmian finansowania trzeba rozstrzygnąć po dłuższej debacie publicznej.

A czy lekarze rezydenci słusznie walczą o podwyżki dla siebie? To ostatni postulat na ich liście, ale do mediów przebija się bardzo mocno.

A czy wynagrodzenie o wysokości 3,5 tys. brutto w okresie, kiedy uzyskuje się kwalifikacje zawodowe to dużo czy mało? Trzeba by zestawić tę sumę ze średnią krajową, czyli ok. 4300 brutto a najlepiej z medianą dochodów – w Polsce to nieco poniżej 3300 zł brutto. No i porównać to wszystko z wysokością wynagrodzeń w całej ochronie zdrowia…

I jakie z tego płyną wnioski?

Lekarze rezydenci powinni mieć podwyższone uposażenie – pamiętajmy, że większość rezydentur odbywa się w większych ośrodkach miejskich, gdzie koszty życia są relatywnie wyższe. Minister Radziwiłł przedstawił nawet projekt w tej sprawie, ale zawiera on wiele wad i nie jest konsekwentny, np. nowi rezydenci w specjalnościach deficytowych z tegorocznego naboru będą mieć znacznie wyższe wynagrodzenie niż ich starsi koledzy. Te kwestie powinny być dzisiaj przedmiotem negocjacji z ministrem zdrowia i szybko załatwione. Zależy nam przecież na tym, żeby lekarze, którzy uczą się w Polsce, także rezydentury robili w kraju i tu potem zostali. Natomiast takie sprawy, jak podniesienie nakładów na ochronę zdrowia to temat do szerokiej debaty.

Protestujący lekarze podkreślają, że dla nich poprawa warunków pracy w ochronie zdrowia jest priorytetem, że mogliby nawet pracować za te same pieniądze, ale gdyby nie byli tak obciążeni. Może ważniejsze od pieniędzy są inne czynniki?

Lekarzy pracujących w systemie publicznym jest za mało. Jesteśmy na dole europejskiej tabeli mówiącej o liczbie lekarzy na tysiąc mieszkańców. W niektórych specjalnościach braki są szczególnie dotkliwe. I to nie tylko w takich dziedzinach, jak patomorfologia czy psychiatria dziecięca. Brakuje również lekarzy rodzinnych. Podobnie jest z pielęgniarkami, których jest u nas dwa razy mniej w stosunku do liczby ludności niż średnio w Europie, a średnia ich wieku rośnie dramatycznie, dziś to ponad 50 lat! I choćby z tego powodu, że personelu w ochronie zdrowia jest za mało, na ten personel, który jest, spadają nadmierne obciążenia a to wpływa w efekcie na jakość opieki.

A jak się ma do tego nadmiar biurokracji, o którym mówią rezydenci w swych postulatach? Faktycznie to taki duży problem?

Nadmiar biurokracji w części wynika z przyjętego modelu finansowania świadczeń wprowadzonego wraz z kasami chorych w 1999 roku, a określanego terminem „rynek wewnętrzny”, w którym płacimy za pojedynczą usługę. Od tych rozwiązań powinniśmy odejść, choć z kolei ryczałtowe finansowanie szpitali wprowadzone przez rząd PiS jest zatrzymaniem się w pół drogi i może jeszcze sytuację pogorszyć. Ale biurokracja to też rozrost dokumentacji medycznej, w dużym stopniu wynikający z wprowadzania standardów jakościowych. Ale czy musi to aż tak dramatycznie wyglądać? Na pewno jest o czym rozmawiać.

Rząd ma większość i duży mandat społeczny do rządzenia. Czy będzie w stanie, pana zdaniem, podjąć jakieś radykalne działania w sferze ochrony zdrowia? Choćby mimo sprzeciwu opozycji?

Kiedy widzę panią premier Ewę Kopacz czy pana ministra Arłukowicza – którzy dwa lata temu przekazali PiS władzę, gdy sytuacja finansów w ochronie zdrowia była gorsza niż dzisiaj – i widzę, że nagle zmienili zdanie w tej sprawie, to budzi to moje zdziwienie. Do zmian w takiej sferze potrzeba szerokiego konsensusu politycznego, nie tylko wśród partii ale też opinii publicznej, bo zmiana narzucona nie zawsze spotka się z akceptacją i nie da się jej wprowadzić w czasie jednej kadencji.

Ale konsensus zakłada zgodę w sprawach fundamentalnych. Czy w kwestii udziału państwa, nakładów publicznych i statusu placówek komercyjnych rzeczywiście wszystkie partie mają zgodne stanowisko?

W tym właśnie problem. PO przez dwie kadencje konsekwentnie „urynkawiała” system bez zwiększania nakładów w relacji do PKB, nie oglądając się na coraz liczniejsze fakty świadczące o nieefektywności tej drogi. Doszło do tego, że w 2011 r. nowa ustawa o działalności leczniczej traktuje leczenie, również w ramach środków publicznych, jako działalność gospodarczą, a więc nastawioną na zysk, a spółka kapitałowa miała być podstawową formą organizacyjną szpitali.

PiS deklarował odejście od tego kierunku, ale debaty publicznej w tej sprawie nie zainicjował i zatrzymał się na początku drogi. Nie wiem czy w naszej polityczno-medialnej rzeczywistości jest miejsce na taką debatę. Ale warto próbować.

Niektórzy zwracają uwagę, że problemem ochrony zdrowia w Polsce jest nie tylko niedofinansowanie, ale też dystrybucja środków wewnątrz systemu. Lekarze rezydenci zarabiają za mało, pielęgniarki dużo za mało, ale już np. lekarze z dłuższym stażem pracy i specjalizacją zarabiają bardzo dobrze, nawet w państwowym szpitalu. Może należałoby te różnice zarobków nieco spłaszczyć?

System rezydentury został sprowadzony z krajów, gdzie zakładano, że na rezydenturze się ciężko pracuje, więcej niż pięć dni w tygodniu, zdobywa się przy tym doświadczenie i kwalifikacje zawodowe – to model ze Stanów Zjednoczonych. Rezydentura jest tam stopniowana, także pod względem wynagrodzeń, a dopiero po niej uzyskuje się specjalizację i dostaje pracę na innych, dużo lepszych warunkach. Krótko mówiąc, po zakończeniu wymagającego i trudnego okresu rezydentury ma się szanse na spory awans finansowy. U nas ten awans w większości przypadków też jest możliwy, chociaż nie w takim stopniu. Większość lekarzy wyraźnie zyskała na transformacji ustrojowej i na tym, że mamy duży rynek wewnętrzny.

Ale czy skoro jedni zarabiają bardzo dużo, to czy zwyczajnie nie musi brakować dla tych, którzy zarabiają za mało?

Niepokój w kwestii wynagrodzeń jest szczególnie uzasadniony w przypadku innych niż lekarze zawodów medycznych, gdzie też jest przecież wymagane wykształcenie wyższe – pielęgniarek, ratowników medycznych, psychologów, rehabilitantów, czyli tych zawodów, w których jest za mało zatrudnionych w ochronie zdrowia. Ich wynagrodzenie jest wyraźnie niesprawiedliwe.

„Protestuję, bo to jedyna droga, żeby sytuacja w służbie zdrowia się poprawiła”

Gdybyśmy się zdecydowali na odchodzenie od rozwiązań rynkowych, to z pewnością pojawi się problem regulacji wynagrodzeń i nieuzasadnionych dysproporcji, które w niektórych przypadkach są rażące. To dużo ważniejszy problem dla publicznej debaty niż np. wyniki aukcji koni w jednej ze stadnin…

W czasie dyskusji w Sejmie pojawił się wątek lekarzy opuszczających Polskę. Jak zaradzić odpływowi pracowników z polskiej ochrony zdrowia?

Metodą na uzupełnienie braków jest po prostu kształcenie większej liczby osób. Obserwujemy zresztą wyraźny wzrost liczby przyjmowanych na studia medyczne. Jeśli ten trend się utrzyma, to w perspektywie 10-15 letniej zmniejszymy niedobór lekarzy w Polsce. Większy problem mamy w przypadku pielęgniarek, bo większość absolwentek pielęgniarstwa po prostu nie podejmuje pracy w swoim zawodzie. To jest wielkie wyzwanie dla ministra zdrowia i dla nas wszystkich. I to pokazuje też pewną prawidłowość – większość lekarzy idzie do pracy w zawodzie, obserwujemy ciągle wiele powrotów do zawodu po dłuższej przerwie. W przypadku pielęgniarek jest odwrotnie. Większość nawet nie stara się o uzyskanie prawa wykonywania zawodu w Polsce.

10 lat temu pokonały Kaczyńskiego – o swoje muszą walczyć dalej

A czy wskazane są jakieś metody „administracyjne”, np. nakaz pracy w Polsce dla lekarzy – co dałoby się uzasadnić tym, że bardzo przecież kosztowne studia medyczne są bezpłatne?

To nie jest dobra droga i kojarzy się z latami pięćdziesiątymi ub. wieku. Umówiliśmy się, że studia na uczelniach publicznych są bezpłatne, a w Europie nie ma granic. Natomiast kwestią do dyskusji może być sposób finansowania kształcenia podyplomowego. Czy ma to być nadal obciążeniem budżetu państwa, czy też powinniśmy szukać innych rozwiązań. Inne zawody są w gorszej sytuacji niż lekarze, np. psycholodzy są zmuszeni do finansowania rozwoju zawodowego z własnych środków. Nie wiem jednak, czy dzisiaj jest moment na taką dyskusję.

***

Marek Balicki – minister zdrowia w gabinetach Leszka Millera i Marka Belki, dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Wyważony i merytoryczny wywiad. Marek Balicki de facto popiera obecną reformę, tylko krytykując rząd za połowiczne środki. Nie negując diagnozy, należy ją uzupełnić o stwierdzenie znaczących rezerw wewnętrznych w służbie zdrowia, których nie można uruchomić z powodu jej przeregulowania i przesadnej centralizacji, która jednak ma swoje atuty (np. ten rząd przymierza się do centralnych zakupów leków, czego samorządy nie miały woli wdrożyć na większą skalę). W Polsce jest za dużo szpitali/łóżek w porównaniu do UE. Są regiony, gdzie co 15-40 kilometrów jest szpital z tymi samymi oddziałami obłożonymi poniżej 70% - lekarze i pielęgniarki dyżurują przy pustych łóżkach, więc nic dziwnego, że ich brakuje. Rzutuje to na obciążenie pracą. W służbie zdrowia jak nigdzie ilość przechodzi w jakość - dlatego warto koncentrować leczenie w większych ośrodkach, po prostu personel medyczny intensywniej praktykuje. Plus patologie wynikające z łączenia zatrudnienia w szpitalach publicznych z praktyką prywatną. Poza dużymi miastami szpitale pełnią funkcję społeczną zatrudniając wielu zbędnych pracowników i będąc elementem władzy lokalnych elit, gdy szpital jest największym pracodawcą miasta. Te argumenty są niewygodne dla lewicy, toteż M.Balicki je przemilcza, bo przecież je zna. Lewica nie powinna unikać odpowiedzi na trudne pytania. Dopiero po uruchomieniu wewnętrznych rezerw uruchamiajmy dodatkowe środki finansowe.

Specjaliści pracujący na etatach w publicznych szpitalach rzeczywiście świetnie zarabiają ; jakieś 3800 brutto na ręke! Ni róbcie sobie złudzeń rezydenci , że teraz się uczycie a już za chwile będziecie zarbiać dobre pieniądze.