Kraj

Manifest ojca na urlopie rodzicielskim

Urlop rodzicielski często oznacza dla ojca konfrontację z pojęciem męskości w społeczeństwie.

Wcale nie chciałem pisać tekstu o tym, jak to jest być ojcem na „urlopie” rodzicielskim. Swoją decyzję o pozostaniu z dziećmi traktowałem jako zupełnie prywatną. Co więcej, patrząc wstecz z perspektywy zadowolonego pełnoetatowego ojca, traktuję ją jako decyzją całkiem oczywistą. Z pewnym wysiłkiem przypomniałem sobie, że na początku wcale taka oczywista nie była. Z uprzedzeniami i obawami borykają się również inni rodzice, kobiety i mężczyźni. A to, co uważałem za całkiem prywatne, jest tak naprawdę polityczne. A właściwie jak najszybciej musi się stać polityczne, aby mogło być w pełni prywatnym. Taki też będzie ten tekst, miejscami osobisty, miejscami polityczny, a czasami i taki, i taki.

Władza ojców?

Kiedy w dzisiejszych czasach ojciec zdecyduje się pójść na urlop rodzicielski, staje się „ojcem na pełen etat”, zaprzeczając jednocześnie tradycyjnej figurze ojca obecnej w naszej kulturze. W oczach niektórych kobiet i mężczyzn, wręcz zaprzeczając swojej męskości. Dla innych jego decyzja będzie aktem feministycznym i emancypacyjnym – częścią ataku na patriarchat. Tradycyjny Ojciec, widziany jako „głowa rodziny”, jest bardzo patriarchalną postacią. Rzymski pater familias był jedyną osobą w rodzinie posiadającą zdolność prawną, a jego autorytet obejmował zarówno wszystkie kobiety, jak i wszystkich jego potomków. Taki właśnie model ojca, z władzą absolutną nad członkami rodziny, był ideałem aż do wieku dwudziestego.

Uważam, że jeżeli chcemy mówić o nierównościach między kobietami a mężczyznami, „patriarchat” nie jest najlepszym określeniem. Po pierwsze dlatego, że jest silnie związany z instytucją tradycyjnej, silnie zhierarchizowanej rodziny, dzisiaj już właściwie niewystępującej. Również dlatego, że nie rzuca dobrego światła na rolę ojca. Jestem za tym, aby raczej mówić za bell hooks o seksizmie, seksualnym wykorzystywaniu i ucisku. Hooks twierdzi, że pojęcie patriarchatu wywołuje wrażenie jednokierunkowej władzy mężczyzn nad kobietami, gdy właściwym problemem jest tak naprawdę seksizm jako ideologiczny system głoszący nadrzędność mężczyzn wobec kobiet.

Seksizm realizują i reprodukują zarówno mężczyźni, jak i kobiety, a wyzwolić się od tej ideologii i jej praktycznych efektów musimy wszyscy.

Ta perspektywa może napotykać opór i wywoływać wiele złych emocji, również wśród feministkek. Zaciera bowiem czarno-białe kontury konfliktu i stara się raczej szukać kompleksowych wewnętrznych różnic niż skupiać się na prostych antagonizmach. Nie da się niestety zaprzeczyć, że kobiety równie często i ochoczo reprodukują ideologię seksizmu. Chociażby dlatego, że to na nich spoczywa najczęściej wychowanie dzieci w ich najbardziej formującym okresie. Gdyby nie miały w sobie seksizmu, nie przekazywałyby go kolejnym pokoleniom. Nie negując faktu, że reprodukcja płciowych nierówności jest dobrze naoliwioną społeczną maszyną, z której trybów trudno uciec, trzeba podkreślić, że w większości przypadków ten mechanizm zaczyna działać już w obrębie rodziny.

Moje sukcesy

Podstawowy problem, jaki mężczyźni mają zazwyczaj z feminizmem (pomijając dziwny lęk przed nowymi rzeczami, który jest mniej więcej równie racjonalny, jak przekonanie, że „prawdziwą sałatkę ziemniaczaną” robi się tylko u nas w domu [w Czechach jedną z tradycyjnych świątecznych potraw jest sałatka ziemniaczana, która jest przyrządzana trochę inaczej w każdej rodzinie, a przepis jest przekazywany z pokolenia na pokolenie i faktycznie zdarzają się zażarte spory, jak powinna wyglądać i smakować „prawdziwa sałatka” – VC]), to poczucie zagrożenia. Mężczyźni mają poczucie, że kobiety chcą ich pozbawić czegoś, co od zawsze było ich domeną, a dodatkowo są zmuszani, aby znaleźć się w miejscu, które postrzegają jako karną ławkę. To właśnie opieka nad dziećmi jako obowiązek, który mieliby dzielić z kobietami, jest dla nich upokarzająca i wywołuje ich lęk. Przy czym należałoby się zastanowić, czy obowiązek to najlepsze słowo, właściwsze byłoby chyba sformułowanie „przywilej opieki nad dziećmi”.

Chodzi przecież o wyjątkowe doświadczenie. Człowiek dowiaduje się o sobie więcej, niżby chciał. Na przykład tego, jak sam został wychowany i jak te metody, które zawsze krytykował, właściwie bez udziału woli stają się jego metodami. Dowiaduje się również wiele na temat funkcjonowania ludzkiej psychiki, procesu uczenia się, jak działają emocje. Ale jest tego o wiele więcej.

Ciągle ogrzewam się w blasku swoich małych zwycięstw, które miały dla mnie ogromne znaczenie. Kiedy po raz pierwszy sam uśpiłem dziecko, kiedy po raz pierwszy spędziłem z nim sam cały weekend, kiedy udało mi się położyć spać dwoje dzieci naraz…

Tak, usypianie było, przynajmniej w moim przypadku, jednym z największych wyzwań, przy którym inne bledną. Upadki, pierwsze choroby, ubieranie drobniutkiego noworodka. Po raz pierwszy właściwie zawiązać chustę z dzieckiem (to mi zajęło dużo czasu), spędzić kilka godzin z głodnym niemowlakiem, załagodzić pierwsze domowe walki o zabawki.

Wszystkie te epokowe dokonania napełniały mnie aż niezdrową pychą. Obok tego przez cały czas odczuwałem niepokój związany z dalszymi wyzwaniami rodzicielstwa, które przede mną stoją i będą stały. Zawsze byłem świadomy własnych niedostatków – nie mogłem karmić, brakowało mi piersi, które długo traktowałem jako ostateczną instancję, której matka zawsze może użyć. Noszenie aż do chwili, gdy nogi odmawiały mi posłuszeństwa, uspokajające „szzzzzszzzz”, dopóki nie zaschło mi w ustach, nic nie było równie skuteczne jak pierś.

Kto potrafi, a kto nie potrafi

W końcu zrozumiałem, że większość sytuacji da się opanować bez pomocy piersi. Z drugiej strony uświadomiłem sobie, że posiadanie piersi nie oznacza automatycznie, że matka jest w stanie poradzić sobie w każdej sytuacji. Umiejętność opieki nad dzieckiem jest raczej kwestią indywidualną niż genderową i można ją doskonalić w praktyce. Jest oczywiście prawdą, że społeczeństwo nadal do roli rodzica lepiej przygotowuje kobiety. Nie mam osobistych doświadczeń w tym względzie, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że lalka w wózeczku jest bardziej przydatna przy poznawaniu wzorców opieki rodzicielskiej niż bieganie po parku z repliką colta 1911. Z drugiej strony zabawy z bronią w dzieciństwie nie przeszkodziły mi w wieku osiemnastu lat zrobić wszystkiego, by przed komisją poborową dostać niebieską książeczkę (oznaczającą kategorię „niezdolny do pełnienia służby wojskowej” – VC).

W mężczyznach wyobrażenie, że mieliby się zajmować małymi dziećmi, często wywołuje obawę i niepewność, o ile z góry nie założą, że nie jest to ich sprawa. Dlaczego u kobiet miałoby być inaczej? Panuje co prawda przekonanie, że kobiety mają ku temu wrodzone predyspozycje, które są jeszcze wzmacniane w procesie wychowania, rzeczywistość bywa jednak inna. Pomijając trening z lalkami, nie są dziś powszechne wielkie rodziny, w których dziewczęta bywały włączane do opieki nad dzieckiem. W dzisiejszych czasach kobiety, idąc na urlop macierzyński, mogą być równie niepewne w opiece nad dziećmi jak mężczyźni. Często ich niepewność jest jeszcze większa, kiedy zostaje spotęgowana doświadczeniami porodu, który może być traumatycznym przeżyciem wywołanym niekompetencją, brakiem zainteresowania czy przepracowaniem szpitalnego personelu. Dochodzi do tego również przekonanie, że umiejętność opieki nad dzieckiem jest dana matkom poprzez sam fakt bycia kobietami. Młode matki borykają się z wieloma oczekiwaniami, które w momencie kryzysu mogą prowadzić do poczucia osobistej porażki.

I chociażby dlatego ważne jest powiedzenie, że nic takiego jak genetyczna predyspozycja do opieki nad dzieckiem nie istnieje.

I chociażby dlatego ważne jest powiedzenie, że nic takiego jak genetyczna predyspozycja do opieki nad dzieckiem nie istnieje. Młoda matka i młody ojciec z równym lękiem pochylają się nad delikatnym ciałkiem noworodka, nie wiedząc, co z nim zrobić, i bojąc się, że mogą je niechcący uszkodzić już podczas samej podróży ze szpitala do domu. Ale bez obaw, nauczą się postępować z niemowlęciem, przynajmniej większość z nich. Nauczą się rozpoznawać, co oznacza płacz, czy noworodek jest śpiący, głodny, czy samotny, bo rodzic udał się do kuchni przygotować sobie herbatę.

Mimo to, opieka rodzicielska jest nadal obszarem, w którym „naturalność” matczynego instynktu jest ciągle mocnym (a na pewno często powtarzanym) argumentem. W większości przypadków pod pojęciem „naturalności” ukrywa się przekonanie, że tak przecież było zawsze.

A przecież rozważanie o naturalności w czasach, które są przepełnione sztucznymi wytworami i kulturalną różnorodnością, jest absurdalne. Nie ma powodu, aby w dynamice wytwarzania i przetwarzania ludzkiej natury akurat rodzicielskie umiejętności miały pozostać nietknięte. Tutaj również chodzi o dzielenie się doświadczeniami, możliwościami i poszukiwaniem nowych dróg i ich twórcze rozwijanie w miejsce powtarzania dotychczasowego.

Nasze bajki

Konflikty wewnętrzne, które przeżywałem, starając się być jak najlepszym rodzicem, zniecierpliwienie, frustracje, ale również uświadomienie sobie własnych braków, były nieustającym źródłem samopoznania. Opieka nad dziećmi (może powinienem wspomnieć, że są to dwie córki) była również źródłem konfrontacji ze strukturami reprodukującymi nierówności. Weźmy bajki, przy których czytaniu czułem coraz większy dyskomfort. Te wszystkie księżniczki czekające cierpliwie, aż pojawi się książę i je uratuje. Powiedzmy sobie wprost: taka Śnieżka czy Kopciuszek budziły we mnie coraz większą niechęć.

Dopiero przy wychowaniu własnych dzieci człowiek uświadamia sobie, jak formujące mogą być takie rzeczy jak bajki czytane na dobranoc.

A przy rozmowach z dorosłymi o niezbyt sympatycznych motywach z bajek uświadomiłem sobie, jak bardzo ludzie są przywiązani do tradycji tylko dlatego, że sami byli tym formowani. Propozycja, by zrobić z Kopciuszka mężczyznę, jest odbierana jako obrzydliwa profanacja, przy czym powinniśmy zdawać sobie sprawę, że sama bajka spisana w XIX wieku była zapisem historii tworzonej przez stulecia, więc nasze modyfikacje (na przykład śpiący książę czy księżniczka która sama się ratuje) są jedynie kolejną wersją.

Jeżeli wartością jest dla mnie zdobywanie nowych doświadczeń i perspektyw, budowanie głębokich relacji z moimi bliskimi, to przebywanie z moimi dziećmi na urlopie rodzicielskim pozwala mi na ich pełną realizację.

Do czego zmierzać

W przypadku opieki nad dziećmi często mamy do czynienia z niewłaściwym rozumieniem równości zarówno przez mężczyzn jak i kobiety, wliczając w to feministki. Celem wydaje się osiągnięcie przez stronę podporządkowaną tego, co ma podporządkowujący, czyli wyzbycie się brzemienia wyłącznej troski o dzieci, możliwości poświęcenia się karierze itd. Jest to strategia resentymentu podporządkowanych – dla większości emancypacyjnych ruchów faza nie do pominięcia. Osiągnięcie sukcesu na tym etapie jest z punktu widzenia emancypacji niezbędne, ale jednocześnie nie prowadzi do zmiany złej sytuacji strukturalnej. Rzeczywistym sukcesem jest dopiero kolejna faza, kiedy pokonana zostaje struktura nierówności.

Jeżeli weźmiemy za przykład walki z feudalizmem, rządy arystokracji zostały zmiecione i zastąpione rządami burżuazji. Ale dopiero kolejny etap można nazwać sukcesem – gdy mandat do rządzenia nie zależał od pozycji w strukturze klasowej.

W przypadku urlopu rodzicielskiego celem powinien być stan, kiedy w podjęciu decyzji, kto na niego pójdzie, nie będzie miało znaczenie, czy to będzie to matka, czy ojciec. Powinna to być czysto indywidualna, a jednocześnie społeczna decyzja. Ideałem byłaby oczywiście sytuacja, gdy oboje rodzice mogą dzielić się opieką nad dziećmi w takiej mierze, jak będzie im to odpowiadać, nie będąc ograniczanymi przez czynniki kulturowe, instytucjonalne czy ekonomiczne. Tak aby mogli wspólnie doświadczać blasków i cieni rodzicielstwa bez oglądania się na konwencjonalne podziały kobieta – mężczyzna.

Co mi dał urlop rodzicielski

Mężczyzna podróżujący po mieście z dzieckiem w chuście, nosidełku lub wózku nadal wywołuje u wielu zdziwione spojrzenia, chociaż mam wrażenie, że z biegiem czasu coraz rzadsze, a ludzie przyzwyczają się do takiego widoku. Być może to ja sam przyzwyczaiłem się do zdziwionych spojrzeń i przestałem je dostrzegać. W końcu nadal w dziewięćdziesięciu ośmiu przypadkach na sto to kobieta idzie na urlop rodzicielski i stąd mężczyzna z niemowlęciem stanowi ewenement w przestrzeni publicznej.

Największy wpływ na tą sytuację mają oczywiście czynniki ekonomiczne. Dlatego jest niezbędne, aby nierówność płac pomiędzy kobietami i mężczyznami zniknęła w odmętach dziejów. Dopiero wtedy możemy mieć nadzieję, że decyzja o tym, które z rodziców zostanie w domu z niemowlęciem, przestanie być równaniem o zawsze jednej niewiadomej, rodzaju żeńskiego. Do tego czasu zniknie, miejmy nadzieję, wyobrażenie o urlopie rodzicielskim jako ławeczce karnej dla mniej wydajnego ekonomicznie rodzica. Fakt, że jest to „urlop” w bardzo specyficznym znaczeniu, który w rzeczywistości oznacza zaprzęgnięcie na trzy pełne etaty bez adekwatnej zapłaty, tylko dopełnia niedoskonałość obecnego stanu rzeczy. Podejrzewam, że nawet gdyby od strony ekonomicznej sytuacja uległa zmianie, dla wielu mężczyzn bariera psychologiczna nadal byłaby przeszkodą, aby w ogóle rozważyć pójście na urlop rodzicielski. Jak już pisałem, sam wiem, jakie wewnętrzne opory musiałem pokonać. I nawet jeżeli z dzisiejszej perspektywy, moja decyzja wydaje mi się oczywista, do najłatwiejszych nie należała. To jest też prawdopodobnie przyczyna powstania tego tekstu. Aby pomóc nim przynajmniej jednemu mężczyźnie w decyzji o wykorzystaniu urlopu rodzicielskiego.

Kiedy się nad tym zastanawiam, mało jest w życiu okazji, aby zrobić tyle wspaniałych rzeczy naraz: zdecydować się wejrzeć w samego siebie, skonfrontować się ze swoimi cechami, o których staram się za bardzo nie myśleć, i dowiedzieć skąd się wzięły; realnie brać udział walce z seksizmem, ponieważ mimo że równość ma wiele aspektów i źródeł, to właśnie wychowanie dzieci jest jej podstawą. Ale przede wszystkim spędzać czas z dziećmi w okresie ich najbardziej dynamicznego rozwoju, widzieć ich pierwsze uśmiechy, kroczki, upadki…Nic nie może się z tym równać.

Przeł. Vendula Czabak

Tekst ukazał się na stronie a2larm.cz Autor jest redaktorem A2.

Czytaj także:
Tomasz Larczyński: Weź urlop, tato! [rozmowa Elżbiety Rutkowskiej]
Natalia Fiedorczuk: Szczęśliwe macierzyństwo to pułapka na kobiety [rozmowa Olgi Wróbel]
Justyna Dąbrowska: Nic cudownie nie spływa na nas podczas porodu [rozmowa Agnieszki Wiśniewskiej]

 

**Dziennik Opinii nr 341/2016 (1541)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.