Kraj

Ludwika Włodek: Czy prawda nas wyzwoli?

Nie powstrzymamy kryzysu dziennikarstwa, póki nie zaczniemy przestrzegać wyśrubowanych standardów w mediach.

Nazywam się Ludwika Włodek i jestem dziennikarką. Pracuję w tym zawodzie od 2006 roku. Byłam redaktorką i autorką tekstów: wywiadów, reportaży, analiz politycznych, felietonów. Nigdy żaden redaktor, z żadnej gazety ani z żadnego portalu, nie zapytał mnie, czy to, co piszę, jest prawdą. Nigdy nikt nie sprawdził, czy moi rozmówcy naprawdę istnieją, czy fakty, o których opowiadam, rzeczywiście miały miejsce.

Oczywiście, poprawiali mi błędy, jak je akurat zauważyli, wychwytywali nieścisłości czy prosili o doprecyzowanie. Jednak nigdy nie sprawdzali metodycznie mojej prawdomówności jako autorki. Wysyłanie wywiadów do autoryzacji (tylko w przypadku polskojęzycznych bohaterów, którzy sobie tego wyraźnie życzyli godząc się na udzielenie wywiadu) było jedyną praktykowaną formą weryfikacji. Bardziej jednak chodziło o dobre samopoczucie udzielającego wywiadu niż o rzetelność wobec czytelnika. W przypadku reportaży czy portretów nikogo w redakcji nie obchodziło nawet, czy słowa włożone w usta rozmówcy naprawdę z jego ust padły.

Wielokrotnie rozmawiano ze mną o stylu moich tekstów, proponowano skrócenie jednych wątków, rozszerzenie innych. Zastanawiano się czy są zrozumiałe, czy wystarczająco ciekawe dla czytelnika, nigdy czy są najzwyczajniej w świecie prawdziwe.

Ja zresztą, pracując przez kilka lat jako redaktorka, zachowywałam się dokładnie tak samo. Poprawiałam innym autorom błędy, jeśli je widziałam, czasem zdarzało mi się sprawdzać daty lub przytaczane dane statystyczne, gdy wydawało mi się, że coś się nie zgadza. Ale ani razu nie poprosiłam żadnego z nich, żeby dał mi na przykład telefon do swoich rozmówców i nie zadzwoniłam upewnić się, czy w ogóle rozmawiali z autorem tekstu. Dlaczego? Bo nie miałam na to czasu, bo nikt tego ode mnie nie wymagał.

Dlatego informacje o sprawdzaczach faktów (fact checkers) zatrudnianych przez najlepsze amerykańskie tytuły są w naszych, polskich warunkach, tak zdumiewające.

Nie tylko w naszych. W 2009 roku Evan Osnos z „New Yorkera” opisał jak jeden z jego chińskich rozmówców – wieloletni redaktor Qian Gang – był zszokowany, że skontaktowała się z nim sprawdzaczka faktów. Kobieta zadzwoniła do Ganga z Nowego Jorku i rozmawiała z nim pół godziny dowiadując się, czy wszystko, co napisał jej redakcyjny kolega – Osnos – jest prawdą. Chińczyk napisał o tym i o całej procedurze sprawdzania faktów długi artykuł, który wywołał w Chinach wielką sensację.

Tekst Osnosa nie dotyczył strategicznych dla Ameryki spraw, handlu bronią, terroryzmu czy bezpieczeństwa. Przedstawiając portret pewnej chińskiej dziennikarki, twórczyni i redaktorki naczelnej znanego pekińskiego czasopisma, opowiadał o wolności słowa w tym kraju. Mimo to „New Yorker” przed opublikowaniem go zadzwonił nie tylko do Ganga, ale i do innych rozmówców Osnosa. Każdego szczegółowo wypytywano o wszystko, co mieli powiedzieć autorowi artykułu.

Podobne procedury stosuje się do wszystkich tekstów. Od analiz na temat programów zbrojeniowych po opowieści o wędkarstwie na Środowym Zachodzie USA. John McPhee opisał w „New Yorkerze” historię słynnej weryfikatorki faktów Sary Lippincott. Kiedy zaczynała swoją pracę, sprawdzaniem faktów zajmowały się głównie kobiety, autorami artykułów byli przeważnie mężczyźni. Teraz płcie już się wymieszały w obu zawodach. Sprawdzaniem faktów zajmują się w Ameryce wszystkie poważne tytuły. Od „Time”, poprzez „National Geographic”, „Holiday” i „Saturday Evening Post” po „New Republic”. „Atlantic”, który jeszcze kilk adziesiąt lat temu sprawdzanie faktów cedował na autorów tekstów, dziś też już sam ich sprawdza.

Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnął „New Yorker”. Tam weryfikacji poddawane są nawet słynne satyryczne rysunki pisma. Bob Mankoff, redaktor działu rysunków, opisał przypadek karykatury przedstawiającej psa w garniturze, który przy barze zamawia szkocką i wodę z sedesu. Jej autor musiał ją przemalować. „Nie dlatego, że psy nie chodzą w garniturach – śmiał się Mankoff – a dlatego, że guziki od psiej marynarki były nie po tej stronie, co trzeba”. Inny rysunek w ogóle nie poszedł, bo pokazana na nim konkretna autostrada naprawdę przebiega w innym miejscu niż sugerował podpis.

W 2012 roku w Stanach wyszła książka The Lifespan of a Fact („żywotność faktu”), która pokazuje, jak wygląda współpraca autora i sprawdzającego fakty redaktora. Książka zawiera oryginalny artykuł Johna D’Agaty o fenomenie samobójstw nastolatków w Las Vegas i uwagi, jakie do tekstu zgłaszał Jim Fingal z czasopisma „The Believer”. Od powstania pierwszej wersji tekstu D’Agaty do jego opublikowania upłynęło 7 lat. Autor z początku próbował tłumaczyć redaktorowi, że daje sobie pewien margines wolności, jeśli chodzi o wierność faktom, ale to, że z niego korzysta, nikomu nie szkodzi. Gdy redaktor wytknął mu, że w owym czasie w Las Vegas działało 31, a nie tak, jak napisał w tekście, 34 kluby striptizowe, odpisywał, że 34 ładniej brzmi. Gdy redaktor zauważył, że opisywane w tekście samobójstwo nie było jedynym popełnionym tego dnia, autor próbował się tłumaczyć, że zataił te informacje, bo chciał, żeby ten przypadek wydawał się bardziej wyjątkowy. W końcu jednak wszystkie te nieścisłości zostały poprawione.

Hannah Goldfield, redaktorka „ New Yorkera”, recenzując książkę D’Agaty i Fingala zauważyła, że coś, co autor traktuje jako swój nikomu nie szkodzący margines wolności, w rzeczywistości szkodzi czytelnikowi, który czytając tekst reportażowy, odnoszący się do prawdziwych wydarzeń, zakłada, że wszystkie opisywane w nim szczegóły też są prawdziwe. I nie mają tu nic do rzeczy uwagi, że fikcja bywa prawdziwsza niż rzeczywistość. „Bo fikcja – pisze Goldfield – nie próbuje nas okłamywać. Stawarza alternatywny świat, rządzony innymi regułami. Jeśli ten świat jest dobrze opisany, potrafi nam powiedzieć coś prawdziwego o naszym własnym świecie. Czytelnik to doskonale rozumie”. Kłamstwa i nieścisłości w literaturze faktu to jednak zupełnie co innego. To łamanie niepisanej umowy między autorem a czytelnikiem.

Kiedy zarzuciłam polskiemu reportażyście Jackowi Hugo-Baderowi łamanie tej umowy, jego obrońcy zachowywali się dokładnie tak, jak D’Agata w swoich początkowych listach do upierdliwego redaktora.

Pisali o świetnej literackiej wartości jego tekstów, podkreślali, że nikt nie oczekuje, że wszystkie szczegóły będą się zgadzać. Wydaje mi się, że nie mieli racji. Przeczytałam mnóstwo recenzji z tekstów i książek reporterskich Hugo-Badera i w większości jako jedna z ich zalet podkreślana była autentyczność przeżycia, szczerość opisanych rozmów.

Na przykład Jarosław Czechowicz, recenzując na swoim blogu „Krytycznym Okiem” jedną z książek Hugo-Badera, pisał: „Niewiele będzie metaforyki w Dziennikach kołymskich, bo i nie ma na nią miejsca. Nie chodzi o wzniosłą literaturę. Chodzi o rzetelną literaturę faktu. I taką też otrzymujemy”. Ja niestety, nakrywszy Jacka Hugo-Badera na licznych przekłamaniach i nieścisłościach, już tej pewności co Czechowicz nie mam.

Bartek Dobroch, dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, pokazał na czym polegają przekłamania u Hugo-Badera na przykładzie jego książki o wyprawie na Broad Peak. Zacytował następujący fragment z tekstu Hugo-Badera: „Światło latarki Macieja Berbeki było widać z dołu jeszcze nad ranem, ale ani on, ani Tomasz Kowalski, jego o ponad połowę młodszy partner, nie wrócili do bazy po pierwszym w historii zimowym wejściu na liczący 8047 metrów Broad Peak w górach Karakorum. Adam Bielecki i Artur Małek, dwaj ich silniejsi towarzysze wspinaczki, szczęśliwie wrócili ze szczytu. Artur ma tyle lat co Krzysztof, najstarszy syn Maćka, Adam – tyle co jego Staszek, a Tomek, dokładnie tyle co Maćkowy Franek”. Następnie skrupulatnie wykazał, że wiek dzieci Berbeki był zupełnie inny. Nie wiem czy Hugo-Bader świadomie ten wiek zmienił, czy po prostu zaniedbał dokładne jego sprawdzenie, wiem, że taki numer nie przeszedłby przez żaden fact checking w „New Yorkerze” czy „Time”.

Problem polega na tym, że u nas w Polsce ta praktyka jest zupełnie nieznana. Przynajmniej do niedawna była. Kilka lat temu głośna była sprawa jednego zdjęcia, na którym widać ludzi ubranych w stroje robocze, z łopatami i kilofami stosujących nad stosem czaszek. Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski, reporterzy „Gazety Wyborczej”, napisali wychodząc od tego zdjęcia tekst Gorączka złota w Treblince o Polakach bogacących się na rabowaniu ciał zabitych w tamtejszym obozie zagłady Żydów. Zdjęcie w tekście podpisane było: „To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują do wspólnej fotografii z milicjantami, którzy zatrzymali ich na gorącym uczynku. W chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby. U stóp siedzących ułożone czaszki i piszczele…”.

O zdjęciu zaczęto mówić, gdy kilka lat później Irena i Tomasz Grossowie wydali książkę Złote żniwa o mordowaniu i okradaniu Żydów, tak zabitych w holokauście, jak i z niego ocalałych, przez ich nieżydowskich współobywateli, Polaków. Jak sami przyznali, inspiracją dla książki było właśnie zdjęcie z reportażu Głuchowskiego i Kowalskiego.

Pierwsi zakwestionowali, że na zdjęciu są tak zwani kopacze, autorzy „Rzeczpospolitej” Michał Majewski i Paweł Reszka. Sprawdzili, że akcja milicji, o której wspominają Głuchowski i Kowalski, miała miejsce wczesną wiosną, a zdjęcie zostało zrobione ewidentnie latem.

Najciekawsze jest jednak to, że śledztwo na temat zdjęcia zleciła sama „Gazeta Wyborcza”. Powstał bardzo rzetelny tekst Marcina Kąckiego, który był chyba pierwszym tego rodzaju tekstem w polskich mediach. Kącki, krok po kroku udowadnia, że napis spod zdjęcia użyty w reportażu Głuchowskiego i Kowalskiego nie miał prawa się tam pojawić.

Skąd pochodzi zdjęcie i co pokazuje, nie zostało ostatecznie wyjaśnione, jednak po przeczytaniu tekstu Kąckiego jest oczywiste, że zdjęcie nie jest zdjęciem przyłapanych na gorącym uczynku kopaczy.

I co? I nic. W sieci można zarówno znaleźć tekst Kąckiego, jak i wcześniejszy o trzy lata reportaż Głuchowskiego i Kowalskiego. Tak jakby „Gazeta” umywała ręce i czytelnikom pozostawiała rozstrzygniecie, komu z jej autorów należy wierzyć. Rzecz zupełnie niebywała i chyba niemożliwa w Stanach, gdzie nawet całkiem nieważne informacje znajdują sprostowanie pod każdym tekstem, jeśli tylko zostanie wykazane, że były błędne.

Sprawdzanie faktów jest na tyle rzadkie w Polsce, że za każdym razem przechodzi głośnym echem. Ostatnio dokonało się na łamach „Tygodnika Powszechnego” i dotyczyło wywiadu sprzed pół roku przeprowadzonego przez Magdalenę Rigamonti i opublikowanego w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Dziennikarka rozmawiała z Mayą Paczesny, Polką, która wyniosła się z Niemiec, ponieważ, jak twierdziła, masowy napływ uchodźców do tego kraju przeszkadzał jej rozwinąć wymarzony biznes hotelarski.

Pisząca dla „Tygodnika Powszechnego” Ewa Wanat pojechała do miejscowości, z której wyniosła się Paczesny, i pytała o rzeczy, które ta opowiadała w wywiadzie Rigamonti. Okazało się, że obraz, jaki przywiozła Wanat, różni się od tego, który przedstawiała Paczesny. Niektóre rzeczy były bardzo subiektywne, jak to czy Paczesny była lubiana czy nie przez sąsiadów, czy Niemcy cieszą się na przybycie uchodźców albo czy się ich obawiają.

Nie zgadzały się też jednak fakty. Na przykład Paczesny powiedziała Rigamonti o 600 podpaleniach domów w okolicy w zeszłym roku, a Wanat sprawdziła, że w całych Niemczech w zeszłym roku było tylko 95 podpaleń.

Autorki wywiadu bronił później redaktor „Dziennika Gazety Prawnej” Andrzej Andrysiak. Tłumaczył, że wywiad był „indywidualną opowieścią naszej rozmówczyni” i zapewniał: „mamy przekonanie, że medium ma być platformą wymiany poglądów, a nie publikowania jedynie słusznych, obojętne z której strony. I tego się będziemy trzymać”. Uważam jednak, że gdyby Rigamonti wcześniej, jeszcze przed opublikowaniem wywiadu, miała dobre wsparcie od własnej redakcji, do tego skandalu by nie doszło. Rozumiem, że idąc na wywiad mogła nie wiedzieć, ile faktycznie było w Bawarii podpaleń, albo czy przyjeżdża tam rzeczywiście mniej turystów niż rok temu. Można to było jednak sprawdzić już po zrobieniu wywiadu i poprosić Paczesny, żeby się do tego ustosunkowała.

Można też było, obok wywiadu z Paczesny, dać, jak to się mówi w świecie dziennikarskim, „na drugą nóżkę” wywiad z osobą z miasteczka zajmującą się uchodźcami lub odpowiedzialną za marketing turystyczny. Nikt tego jednak nie zrobił. Zrobiła to Ewa Wanat, dla innej gazety. Może ta sprawa choć trochę nauczy redaktorów i wydawców, że oprócz tego, czy materiał jest ciekawy i czy „się czyta”, liczy się także to, na ile jest zgodny z faktami.

Póki redakcje nie zaczną promować prawdomówności i rzetelności nie ma co liczyć na to, że dbać będą o nią wszyscy dziennikarze. A także, że cenić ją będą czytelnicy, którzy często po prostu nie mają czasu ani kompetencji, by weryfikować to, co piszą w gazetach. Taka sytuacja prowadzi do tego, że coraz większą popularność zdobywają jawni dziennikarscy hochsztaplerzy pokroju Maksa Kolonko czy Witolda Gadowskiego. Bo skoro wszyscy kłamią, ludzie wolą oglądać tych, którzy robią to w najbardziej efektowny sposób.

Po co o tym wszystkim piszę? Bo nie chcę, żeby wyznanie, takie jak z pierwszego zdania tego tekstu, brzmiało jak samooskarżenie, ujawnienie własnej słabości, przyznanie się do uprawiania jakichś niecnych praktyk.

Dziennikarstwo stoi na coraz niższym poziomie, bo ludzie nie kupują gazet i nie chcą płacić za treści w internecie. Ludzie nie kupują gazet i nie chcą płacić za treści w internecie, bo teksty, za które mieliby płacić, są kiepskie, głupie, a przede wszystkim nie warte zaufania. No i koło się zamyka. Nie powstrzymamy kryzysu naszego zawodu, ani idącego za nim krok w krok, kryzysu demokracji, póki nie zaczniemy przestrzegać wyśrubowanych standardów. Jednym z tych standardów jest pisanie prawdy. Od dziennikarza nie oczekuje się tylko pięknych historii, oczekuje się historii prawdziwych. Tak jak pisała Hannah Goldfield z „New Yorkera”: „Całe wyzwanie, cała sztuka tego zawodu, polega na tym, żeby uwzględniać wszystkie fakty – czy nam się podobają, czy nie – i tylko z nich budować piękne historie”.

***

Ludwika Włodek – publicystka, dziennikarka i socjolożka, zajmuje się Azją Środkową. Autorka książek Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów i Wystarczy przejść przez rzekę.

**Dziennik Opinii nr 336/2016 (1536)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Piękna idea, piękne słowa. Co bardziej cieszy - od stosunkowo młodej osoby, która nie przekazuje idei, której wcześniej nie wdrożyła u siebie. Teraz zostaje tylko wytrwać oraz pracować u podstaw przez całe życie. Powodzenia!