Kraj

Prosimy o kontakt, chcemy pomóc

Pamiętajcie – żadna rozmowa z lokatorem, wysłuchiwanie tragicznych historii czy chodzenie po zapuszczonych kamienicach nie wyczerpuje i nie zniechęca tak, jak 20 minut kontaktu z radnymi.

Niedawno minął rok, odkąd przyszedłem do Lubelskiej Akcji Lokatorskiej.

Każdą z poznanych na pierwszym spotkaniu osób kojarzyłem z jakichś wcześniejszych lubelskich sytuacji: demonstracji, dyskusji panelowych, wizyt w niezależnych centrach społecznych (Tektura, Cicha 4), inicjatyw rowerowych, akcji równościowych, publicystyki czy wypowiedzi dla lokalnej telewizji. Rekordzistą jest tu Michał, który (chcąc, niechcąc) został twarzą lubelskich ruchów miejskich i potrafi bronić trzech różnych spraw dziennie w rozmowach z trzema różnymi dziennikarzami plus jeszcze spotkania w ratuszu i codzienna praca.

Pani Józefa zalewa herbatę

Naszą pierwsza wspólną sprawą była wizyta u pani Józefy, lokatorki kamienicy z ulicy Orlej w centrum. Budynek zaniedbany, klatka schodowa obskurna, mieszkanie na poddaszu 26 m2. Jest ciemno, toaleta znajduje się na półpiętrze. Kuchnię od pokoju mieszkalnego oddziela gruba kotara z koca, żeby nie uciekało ciepło pieca kaflowego, opalanego węglem. W telewizorze leci Cesarzowa Ki, ulubiony serial pani Józefy. Na stole obok leżą kryminały z biblioteki w Centrum Kultury. Pani Józefa bardzo dużo czyta, a w bibliotece często spotyka pracującego tam Bartka z Lubelskiej Akcji Lokatorskiej. Pani Józefa mieszka tu od 38 lat na podstawie przydziału. Niedawno jednak pojawił się nowy właściciel i zarządał wyższego o 100% czynszu. Opłata wzrosła z 297 do 556 złotych. Emerytura pani Józefy wynosi 1409 złotych. Wydatki ma spore, bo przeszła już dwa zawały i przyjmuje dużo leków. Pani Józefa zgłosiła się do LAL-u, gdy właściciel powiedział, że chce wyremontować elewację oraz dach, w związku z czym musi się ona przenieść do lokalu w piwnicy. Było jasne, że to podstęp mający na celu opróżnienie mieszkania. Kilka lokali na niższych piętrach zostało już opróżnionych i przystosowanych pod wynajem studentom. W zamian za wyprowadzkę zaproponowano jej 15 tysięcy złotych. Pani Józefa jest dosyć porywcza i nie przebiera w słowach, opowiadając o wizytach ekipy remontowej, która raz na jakiś czas przychodzi oglądać klatkę schodową i poddasze, oraz o własnych wizytach w Urzędzie Miasta i u prezydenta Żuka. Jest to bardzo zaradna osoba, która starannie gromadzi dokumentację i broni swojej sprawy w Zakładzie Nieruchomości Komunalnych i Wydziale Mieszkaniowym. Problem w tym, że instytucje publiczne umywają ręce.

Rok po mojej pierwszej wizycie u pani Józefy właściciel zarządał od miasta odszkodowania za lokatorów, którzy nie chcą się wyprowadzić, a mają zasądzone prawo do mieszkania socjalnego. Rocznie z tytułu takich odszkodowań w ręce kamieniczników trafia z budżetu miasta około 400 tysięcy złotych.

Kiedy w gazecie pojawia się informacja o planowanej sprzedaży trzech nieruchomości komunalnych, razem z Michałem i Bartkiem jedziemy zobaczyć te działki i porozmawiać z mieszkańcami.

Pierwszy adres to dwa baraki na rogatkach Lublina przy trasie wylotowej na Nałęczów. Teren sąsiaduje ze sprzedaną niedawno zajezdnią trolejbusową, w miejscu której powstają górujące już nad barakami biurowce. Deweloperzy mają obietnicę prezydenta, że dawna zajezdnia zostanie włączona do Specjalnej Strefy Ekonomicznej, żeby nie musieli płacić podatku od nieruchomości (nie przeszkadza fakt, że strefa znajduje się po drugiej stronie miasta). W okolicy budują się już kolejne apartamentowce, więc działka, na której stoją baraki mocno zyskała na wartości. Z daleka witają nas szczekaniem dwa, zamknięte w kojcu owczarki niemieckie. Baraki są częściowo ocieplone. Fragmenty ze starymi oknami i elewacją to lokale socjalne o obniżonym standardzie. Po jednej stronie działki znajduje się studnia, a po drugiej murowany kibel. W lokalach nie ma łazienek. Co chwila ktoś niesie wiadro wody ze studni do domu albo wynosi pomyje do kibla. Jedna z mieszkanek ze łzami w oczach mówi, żebyśmy wyobrazili sobie, jak wygląda tu załatwianie potrzeb, kiedy ściśnie mróz.

Kolejny adres to ulica Łęczyńska – między dzielnicą Tatary a Starymi Bronowicami. To bodaj najbardziej zdegradowany, poprzemysłowy teren w Lublinie. Przed 1989 rokiem miejsce to miało być w całości zrównane z ziemią ze względu na zły stan kamienic i zanieczyszczenie z pobliskich zakładów azbestowych. Po transformacji porzucono jednak te plany i od 27 lat mało kto poza mieszkańcami zapuszcza się w te okryte złą sławą zakątki.

Budynek jest przedwojenny, z jednym piętrem. Wygląda trochę jak dwór. Wchodzimy na podwórze a następnie w pierwsze z brzegu drzwi i po schodach na górę. Tam znowu otwiera nam lokatorka (to bardzo charakterystyczne, że w naszych interwencjach rzadko mamy do czynienia z mężczyznami. To kobiety najczęściej się do nas zgłaszają i kobiety podejmują z nami rozmowę gdy chodzi o utrzymanie lokalu). Lokatorzy nie zostali poinformowani o możliwej sprzedaży ich domu, ale nikt nie panikuje. Wydaje się, że mieszkańcy zaniedbanych kamienic komunalnych oswojeni są z niepewnością własnej sytuacji lokalowej. Towarzyszy im ona zazwyczaj od kilkunastu lat, młodszym przez całe życie. Pukamy jeszcze do dwóch mieszkań, ale nikt nie otwiera. Budynek zamieszkuje dziesięć rodzin i trudno zlokalizować drzwi do poszczególnych lokali, bo przy pomocy gipsowych płyt i meblościanek poprzerabiano korytarze tak, by każdy miał osobne wejście i mógł maksymalnie odgrodzić się od sąsiadów.

Objazd zajął nam cztery godziny. Następnego dnia ma obradować Komisja Gospodarki Komunalnej. Pojadę tam z Bartkiem, żeby zapytać o szczegóły dotyczące planowanej sprzedaży, bo miasto odmówiło mediom komentarza w tej sprawie.

Łaski: Co dalej z reprywatyzacją?

Mała salka, pełno ludzi, na stole ciastka, truskawki. W komisji jest ośmiu radnych, skarbnik, dyrektor wydziału spraw mieszkaniowych, dyrektorzy innych wydziałów i zarządów. Bartek zadaje pytanie dyrektorowi ZNK Henrykowi Łackowi. Dowiadujemy się, że o planowanej sprzedaży nic jeszcze formalnie nie wiadomo.

W kuluarach o sprawę i nasze stanowisko pyta dziennikarz Radia Lublin oraz poznajemy pana Józefa – przewodniczącego Rady Dzielnicy Tatary, weterana lokatorskich bojów w ratuszu i nieocenionego sprzymierzeńca w późniejszych zmaganiach z Urzędem Miasta.

Cztery miesiące później, załatwiając sprawę w Urzędzie Miasta, Kinga zauważa na jednym z pięter makietę zagospodarowania terenu z modelem nowego budynku w miejscu baraków przy Nałęczowskiej. Kiedy pytamy o to w urzędzie,odpowiedź po raz kolejny jest wymijająca.

W maju zorganizowaliśmy I Dni Lokatorskie. Zaprosiliśmy aktywistów z Poznania (Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów) i Warszawy (Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów i kolektyw Syrena). Za program odpowiedzialna jest Jaga. Rozpoczynamy manifestacją. Kamil przykleił nakaz eksmisji na drzwiach ratusza, a na schodach rozłożyliśmy czerwony dywan z wypisanymi na nim prawami lokatorskimi tak, by radni deptali je, wychodząc z pracy. W demonstracji wzięło udział około 50 osób. Pani Józefa wystąpiła w imieniu lokatorów, kilkoro osób przeczytało relacje lubelskich bezdomnych, które zebraliśmy parę dni wcześniej z Sylwią. Były akcje artystyczne, seria dyskusji oraz wykładów i śniadanie prasowe. W sumie trzy dni intensywnej pracy i nauki dzięki, którym udało nam się po raz kolejny zwrócić uwagę mediów na problem i wzmocnić jako grupa. Spotykamy się średnio raz na dwa tygodnie u Igi i Bartka, u Kingi albo u Sylwii lub rzadziej w małych knajpach. Skład nie jest regularny, ale razem jest nas 10 osób. Z założenia jesteśmy grupą nieformalną, czego nie są w stanie pojąć urzędnicy, z którymi się kontaktujemy – nazywają nas stowarzyszeniem albo „trudnym partnerem społecznym”.

Eksmisja nie rozwiązuje problemów

Dostajemy mail od radnej dzielnicy Kośminek, do którego załączony jest artykuł z lokalnej gazety. Dotyczy on działalności przewodniczącego rady, członka PiS, Mariusza K., który kupił niedawno kamienicę na Starych Bronowicach. Zamieszkujących budynek lokatorów wezwał do opuszczenia go w ciągu 10 godzin przez wzgląd na zagrażający życiu stan techniczny lub podpisanie nowej umowy z czynszem wysokości 1500 złotych. Zagroził także roszczeniem odszkodowawczym za bezumowne zajmowanie lokalu sięgającym 10 lat wstecz. Znamy adres kamienicy, więc jeszcze przed radą na którą nas zaproszono, postanawiamy porozmawiać z lokatorami.

Stare Bronowice mają głównie niską zabudowę złożoną ze starych parterowych domków przemieszanych z trzypiętrowymi kamienicami. Elewacje budynków są w opłakanym stanie, podobnie chodniki i nawierzchnia ulic. Nasz adres to Skibińska 5. Określenie kamienica jest trochę na wyrost w przypadku tego mizernego, jednopiętrowego budynku. Front wraz z przyległym chodnikiem ogrodzone są barierką, do której przypinamy rowery. Na chodniku leży gruz osypujący się z okna na pierwszym piętrze. Pukamy do pierwszych z brzegu drzwi. Otwiera pani Teresa. Chętnie z nami porozmawia, ale teraz idzie na pocztę, więc musimy zaczekać pół godziny. Wtedy przyjdzie też druga lokatorka, Danuta. Ostatecznie siadamy wszyscy na podwórku na tyłach domu. Jest nieprzyjemnie, bo ze zruinowanych komórek śmierdzi odchodami. Panie przynoszą ze sobą dokumenty. Najpierw opowiada Danuta zajmująca lokal na piętrze. Oczy od razu nabiegają jej łzami.

Okazuje się że Mariusz K. jest znany w okolicy od dawna. Pięć lat temu kupił budynek przylegający Skibińskiej 5, pozbył się lokatorów (nękając pozwami, podwyższając czynsz, wywieszając na korytarzach imienne listy domniemanych dłużników), wyremontował budynek i wynajmuje lokale. Właścicielem Skibińskiej 5 jest dopiero od miesiąca, ale mieszkańcu już czują się zmęczeni i zastraszeni jego działalnością. Danuta mówi, że mieszka tu prawie całe życie, o dzielnicy mówi się różne rzeczy, ale ona dopiero teraz zaczęła się bać wychodzić z domu. Już trzy razy spotkała Mariusza K. Zatrzymywał samochód, groził eksmisją lub proponował, że jeśli zaraz wsiądzie do auta i pojedzie z nim do notariusza zrzec się lokalu to obniży jej dług do 50 tysięcy. K. żąda od Danuty 405 tysięcy złotych. Kobieta pracuje na zmywaku w szpitalnej stołówce. Zarabia 1500 złotych na rękę.

Teresa mieszka na parterze. Wprowadziła się w 1979 roku w oparciu o ustną umowę z zarządcą budynku, ubogim krawcem, który żył z szycia sutann dla księży. Regularnie opłacała czynsz, a zarządca wystawiał na wszystko pokwitowania. Zmarł w 1995 roku i wtedy pojawiła się córka jednej z właścicielek. Mieszkała tu siedem miesięcy, pobierała opłaty. Później wyprowadziła się, przestała przychodzić, więc mieszkańcy chodzili do niej do pracy i tam przekazywali pieniądze, nie otrzymując żadnego potwierdzenia wpłat lub odręcznie spisane na skrawkach papieru kwitki. Rok temu z okna na piętrze osypał się tynk o mały włos nie raniąc przechodzącej matki z dzieckiem. Straż miejska ustawiła barierkę, a domniemana właścicielka zapadła się pod ziemię. Wtedy pojawił się Mariusz K. Przypuszczalnie dowiedział się od właścicielki, że lokatorzy nie mają kwitów za czynsz. Gdy miesiąc później pojechaliśmy do sądu zobaczyć akt notarialny, okazało się że udziały w kamienicy miało kilka osób, a Mariusz K. zapłacił im w sumie 60 tysięcy złotych. Pani Teresa dostała wezwanie do zapłaty 162 tysięcy złotych. W jednej z pierwszych rozmów z dziennikarzami K. powiedział wprost, że roszczenia wobec lokatorów mają mu spłacić zaciągnięte kredyty.

Radny K. od początku wydaje nam się aroganckim i bezwzględnym człowiekiem. Wiemy, że musimy być bardzo ostrożni. O naszej rozmowie z mieszkankami K. dowiaduje się jeszcze tego samego dnia od kogoś z sąsiadującej kamienicy. Nazajutrz lokatorzy dostają kolejne pisma z groźbą egzekucji długów. Najwrażliwszym punktem naszego czyściciela kamienic wydaje się jego działalność publiczna więc umawiamy się, że zainterweniujemy na radzie dzielnicy Kośminek.

W międzyczasie mamy zaplanowaną wizytę w ratuszu i spotkanie z wiceprezydentem Lublina Arturem Szymczykiem. Jest nas czwórka, a po stronie miasta wiceprezydent, sekretarz oraz dyrektor i wicedyrektorka Zakładu Nieruchomości Komunalnych. Dyrektor mówi, że tegoroczne eksmisje już postępują, a on nie może nie kierować kolejnych wniosków do sadu, bo taki ma obowiązek. Wiceprezydent deklaruje chęć dalszej współpracy z nami i prosi o kontakt za miesiąc w celu umówienia kolejnego spotkania i porozmawiania o programie oddłużeniowym.

Jakieś 10 minut po wyjściu zajmuje nam zdanie sobie sprawy, że mamy pierwszy poważny sukces. Uwaliliśmy pomysł masowych eksmisji. Wychodziliśmy to, wypracowaliśmy i udało się, a urzędnicy tak bardzo kręcili, żeby nie przyznać tego wprost, że sami nieomal to przeoczyliśmy. Dzwonimy do gazet.

Bernadetta i Karol

Na początku września kontaktuje się z nami Bernadetta z ulicy Peowiaków w ścisłym centrum Lublina. Spotykamy się w bezgotówkowej kawiarni Miłość na Kowalskiej 7. Bernadetta to młoda, energiczna blondynka. Dwa tygodnie wcześniej wyszła z domu do lekarza ze swoim 11-miesięcznym dzieckiem. Gdy wróciła po godzinie, zamki w drzwiach były rozwiercone, a wszystkie meble zostały wystawione na podwórze. Do mieszkania włamał się właściciel kamienicy, a towarzyszący mu robotnicy wynieśli dobytek. Bernadetta wezwała policję. Przyjechał właściciel i tłumaczył, że nie posiada ona żadnego tytułu prawnego do mieszkania i ma się wynieść do schroniska. Policjanci skłonili robotników do ponownego wniesienia mebli, ale odmówili wszczęcia sprawy o włamanie. Tydzień później sytuacja się powtórzyła z tym, że oprócz wyrzucenia mebli, w mieszkaniu skuto tynk, zerwano podłogi i sufit oraz odłączono wszystkie media.

Umowę na lokal posiadał ojciec partnera Bernadetty. Przydział dostał w 1971 roku, gdy kamienica była własnością komunalną. Teść, agresywny alkoholik, zmarł w maju 2016 roku i nie zdążył przenieść praw najmu. Zanim to się stało, po jednej z awantur z ojcem do więzienia trafił Karol, partner Bernadetty. Bronił jej przed pijanym ojcem i wezwał polic,ję ale gdy na miejsce przyjechał patrol, doszło do awantury i to Karol trafił za kraty, oskarżony o napaść na funkcjonariuszkę. Karol i dziecko mieli meldunek w mieszkaniu, Bernadetta nie.

Trzy lata temu kamienicę sprywatyzowano. Właściciel stopniowo pozbywał się lokatorów, oferując im jednorazowo 15 tysięcy złotych. Ojciec Karola podpisał zgodę na takie rozwiązanie (spisaną długopisem na kartce wyrwanej z zeszytu), ale zmarł, zanim doszło do transakcji. Właściciel zgłosił się do Bernadetty wkrótce po tym, żądając opuszczenia lokalu. Znał dobrze sytuację jej i jej partnera. Zanim włamał się do lokalu, Bernadetta schodziła z dzieckiem na ręku wszelkie urzędy i instytucje pomocowe. Nikt nie zaoferował jej pomocy. Karol, z więzienia wysyła pisma do urzędników i walczy o mieszkanie. Wychodzi w grudniu. Bernadetta zamieszkała kątem u koleżanki, ale Karol prosto z zakładu karnego trafi na ulicę.

Sprawa szczególnie angażuje Kingę, która zorganizuje zbiórkę podpisów pod petycją do prezydenta miasta oraz będzie w kolejnych miesiącach walczyć razem z Bernadettą o przywrócenie posiadania, stosowne opinie Inspekcji Budowlanej, pozwy wobec właściciela i uwagę mediów. 4 miesiące później, mimo licznych wizyt w ratuszu, publikacji dziennikarskich i walki prawnej, nie udaje się zmienić sytuacji. Partner Bernadetty jest już na wolności, a jedynym sposobem na podtrzymanie jakichkolwiek praw do lokalu jest fizyczne przebywanie w nim. Próbujemy pomóc w stworzeniu tam warunków, ale to niemożliwe: nie ma sufitu, każdy krok wzbija tuman kurzu, jest zimno. Mimo wszystko Karol decyduje się tam nocować.

Politycy, co zrobiliście, żeby losu Jolanty Brzeskiej nie podzieliła kolejna emerytka?

Tymczasem mieszkańcy ze Skibińskiej 5 dostają pozwy. Rozprawa odbędzie się 29 września w Świdniku pod Lublinem. Nasz prawnik będzie się przygotowywał zdalnie, a naszym zadaniem jest przeprowadzenie kampanii medialnej i maksymalne nagłośnienie sprawy. Musi się to odbyć przy pełnej współpracy i świadomości Danuty, Barbary i Teresy. Stwierdzamy, że najsłabszym punktem naszego Czyściciela Kamienic jest jego przynależność do Prawa i Sprawiedliwości i sprawowana funkcja publiczna. W komunikatach prasowych będziemy podkreślać właśnie te okoliczności licząc na to, że własne środowisko zdyscyplinuje radnego lub chociaż się od niego odwróci co powinno osłabić jego stanowisko. W tym samym czasie nagłośniona zostaje afera reprywatyzacyjna w Warszawie. Odpowiedź dziennikarzy przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania i w ciągu niespełna dwóch tygodni rozmawiamy z wszystkimi lokalnymi mediami i ogólnopolskimi telewizjami.

Dzień przed rozprawą spotykamy się z lokatorkami w mieszkaniu Bartka i Igi. Piotrek zapewnia, że pozew jest fatalnie napisany i wszystko będzie dobrze. Dostajemy dobrą wiadomość od jednego z dziennikarzy: Rzecznik Praw Obywatelskich oddeleguje do sądu swojego obserwatora. Możemy też liczyć na obecność mediów.

Nazajutrz spotykamy się na Starych Bronowicach. Jest sporo nerwów. W drodze do sądu, ściśnięci w autach segregujemy i spinamy w pośpiechu kserowane dokumenty. Na miejscu czekają już wozy transmisyjne, co dodaje otuchy lokatorom. Dopiero teraz poznajemy rodzinę z pierwszego piętra. Mariusz K. wystosował również pozew wobec 10-letniego, mieszkającego tam, dziecka. Powód spóźnia się na rozprawę od samego początku irytując sędzinę. Przychodzi sam. To tłumaczy fatalnie napisany pozew i w tym momencie wiemy już, że jest dużo słabszy niż myśleliśmy. Po 10 minutach Mariusz K. stwierdza, że przeszkadzają mu kamery, źle się czuje i opuszcza salę, ale po chwili wraca. Sędzina oddala jego wniosek o wykluczenie jawności rozprawy. Radny nie jest w stanie określić numeracji ani powierzchni lokali, z których chce eksmitować lokatorów. Na bieżąco określa żądane stawki czynszu. Lokatorzy przedstawiają swoją sytuację majątkową. Głos zabiera pełnomocniczka z Urzędu Miasta stwierdzając, że lokatorów obowiązują dotychczasowe umowy najmu i nie ma przesłanek do ich wypowiedzenia. Sędzina odracza sprawę, dając Mariuszowi K. czas na uzupełnienie pozwu o numerację lokali, ale nikt nie ma chyba wątpliwości, że wszystko zmierza w korzystnym dla nas kierunku. K. ucieka korytarzem przed mediami rzucając tylko przez ramię, że podtrzymuje roszczenia odszkodowawcze.

Dopiero po trzeciej rozprawie w styczniu 2017 roku sąd oddalił pozew Mariusza K. uzasadniając, że „jawnie działa wbrew zasadom współżycia społecznego”. W międzyczasie usunięto go również ze stanowiska przewodniczącego rady dzielnicy Kośminek. Sukces!

Blok pana Stanisława

Nowy rok zaczynamy sprawą mieszkania spółdzielczego na Czubach (dzielnica Lublina). Idę tam z Kingą. Osiedle to klasyczna „wielka płyta”. Kinga mieszka tuż obok. Lokator, który się do nas zgłosił mieszka tam od 1990 roku, razem z żoną, nastoletnim synem i córką. W salonie stoi jeszcze choinka, na ścianach święte obrazki, wystrój tak klasycznie polski jak tylko można sobie wyobrazić.

Na stole leżą trzy grube teczki z dokumentacją do których dobiera się młody kot.W latach 2004 do 2009 mieli kłopoty finansowe i zadłużyli się nie płacąc czynszu. Dostali wówczas wyrok eksmisyjny ale udało się dojść do ugody ze spółdzielnią i w kolejnych latach spłacili zaległość bez asysty komorniczej. Utracili niestety członkostwo w spółdzielni i tym samym tytuł prawny do lokalu. Niedawno zaczęli starać się o przywrócenie członkostwa. Najpierw nikt im nie odpowiadał a w końcu dostali wezwanie do zapłaty 32 tysięcy złotych z tytułu zaległych odsetek. Z historii wpłat pana Sławomira wynika, że zaległość została spłacona z nadpłatą ale pracownicy spółdzielni nie chcą ani zaakceptować tych wyliczeń ani przeanalizować powtórnie dokumentów. Wgląd w ich teczkę w spółdzielni może mieć tylko jej członek.

Rodzina mówi wprost, że nikomu nie zależy na załatwieniu prostej w gruncie rzeczy sprawy, bo eksmisje są bardzo korzystne dla osób, które w pierwszej kolejności dowiadują się o zadłużonych lokalach – można je później odkupić od spółdzielni w bardzo atrakcyjnych cenach. Teoretycznie wiadomość o wystawieniu lokalu spółdzielczego na sprzedaż musi zostać podana do publicznej wiadomości, ale jak twierdzą lokatorzy, załatwia się to wzmianką w „Gazecie Działkowca”, a tak naprawdę kupiec jest już dogadany. Przypuszczają, że na ich mieszkanie też już ktoś dybie. Największym problemem jest wyliczenie rzeczywistej kwoty zadłużenia. Zarząd spółdzielni podaje inne kwoty w listach do lokatorów, inne w bezpośrednich rozmowach w biurze, a na jeszcze inne powołuje się w sprawach kierowanych do sądu i komornika. Dlatego za każdym razem, kiedy pan Sławomir był przekonany, że spłacił wszystko i załatwił sprawę, zawsze zostawała jakaś suma, od której były naliczane kolejne odsetki uniemożliwiające formalne odzyskanie tytułu prawnego do lokalu. Ostatnio lokator dostał wezwanie od komornika, w którym kwota odsetek podzielona została na trzy różne części i każda z nich funkcjonuje jako oddzielna sprawa. To wprowadza duże zamieszanie i multiplikuje ewentualne koszty sądowe. Sławomir i jego rodzina mają już za sobą sześć postępowań komorniczych. Osobiście nie potrafię sobie wyobrazić jednego dnia życia z takim obciążeniem, a co dopiero spędzenia kilku czy kilkunastu lat bez widoków na rozwiązanie sytuacji.

Hotel robotniczy na osiedlu Nałkowskich

Razem z Michałem i Kingą jedziemy na osiedle Nałkowskich. O rozmowę poprosili nas lokatorzy trzech mieszkań z bloków przy ulicy Nałkowskich i Samsonowicza. Ich mieszkania mają wkrótce zostać zlicytowane. Okoliczne budynki to dawne mieszkania zakładowe pracowników zakładów produkcji maszyn rolniczych Agromet. Budowano je z kaucji i składek potrącanych z pensji i premii. Małżeństwo u którego gościmy (oboje na emeryturze) mieszka tu od 1979 roku. W 1994 roku budynki Agrometu wraz z kaucjami przejęła w zarządzanie nieistniejąca już spółdzielnia mieszkaniowa Horyzont, której kierownictwo w przeszłości związane było z Agrometem. W 1999 roku mieszkańcy spółdzielni dostali trzy tygodnie na wykupienie mieszkań. Sześć rodzin nie zdążyło. Twierdzą, że zostali oszukani, bo według ustawy na wykupienie lokali powinni mieć trzy miesiące. Wkrótce dowiedzieli się, że prezes wziął pod zastaw ich mieszkań pożyczkę na 200 tysięcy złotych. Długu nie spłacił i ich mieszkania oraz znajdujący się na terenie osiedla hotel robotniczy zamieszkały przez 60 rodzin przeszedł w posiadanie spółki dwóch znanych lubelskich biznesmenów.

Nowi właściciele drastycznie podnieśli czynsz oraz zarządali opłaty odtworzeniowej. Lokatorzy postanowili nie płacić i zaczęło powstawać zadłużenie za które kilkukrotnie pozywani byli o eksmisje. W tym czasie opłacali czynsz po dotychczasowych stawkach i bronili się sami występując do sądu o unieważnienie aktów notarialnych. Właściciele nie wnosili opłat do spółdzielni a pod zastaw nieruchomości zaciągnięto kolejne pożyczki. Względem spółdzielni zadłużenie sięgnęło 40 tysięcy złotych i jej zarząd występuje do sądu o zlicytowanie mieszkań.

Rozmawiamy z pięciorgiem osób po sześćdziesiątce. Ich walka trwa już 17 lat. Szybko zauważyli, że nie stać ich na adwokatów, którzy i tak byli bezskuteczni, więc sami potrafią z pamięci recytować numery uchwał i ustaw odnoszących się do ich sytuacji i sprawnie operują żargonem prawniczym – są ekspertami prawa lokatorskiego. W pokoju obok oglądam szafę pełną akt i dokumentów. O swoich problemach rozmawiali kolejno z Millerem, Lepperem, Kwaśniewskim, Lechem Kaczyńskim, a ostatnio nawet z Kukizem. Pisali pisma do Kuchcińskiego, Szydło, Ziobry i Dudy. Do Komorowskiego, Czumy i do CBA, byli w programie Ewy Jaworowicz – wszystko na nic. W międzyczasie okazało się, że problem nie dotyczy tylko ich, ale jest ogólnopolski i wymaga regulacji za pomocą ustawy, nad którą obecnie pracuje podobno posłanka Gabriela Masłowska. Chodzi o to, żeby długami dyrektorów spółdzielni, które przejmowały mieszkania zakładowe, oraz kontrolą obrotu nimi zajęła się prokuratura, a sami mieszkańcy mogli spokojnie pozostać w lokalach.

Naszym rozmówcom najbardziej jest wstyd, gdy mijają sąsiadów, którzy chcąc nie chcąc opłacają im rachunki za wodę i wywóz śmieci. Rozumieją ich pretensje, ale właścicielowi mieszkań nie mogą dawać pieniędzy, bo nie wiadomo co się z nimi stanie. Starali się o założenie oficjalnego depozytu na rzecz spółdzielni, ale sąd odmówił.

Tymczasem właściciele wystawili wspomniany hotel robotniczy na sprzedaż. Budynek jest potwornie zaniedbany. Wyprowadziła się już połowa zamieszkujących tu osób. Pozostali męczą się w fatalnych warunkach. Hotel można kupić za 4 miliony złotych. Kosztował 200 tysięcy.

Modzelewski: Kamienica ważniejsza niż człowiek?

Pierwsza licytacja mieszkań miała odbyć się miesiąc temu. Mieszkańcy poszli do sądu i na korytarzu przedstawili swoją sytuację potencjalnym nabywcom. Wszyscy zrezygnowali. Umawiamy się, że na kolejną pójdziemy razem i spróbujemy zrobić to samo.

Miesiąc później spotykamy się wszyscy przed salą rozpraw. Kolejno podchodzimy do czekających tam osób i uświadamiamy im, że chcą kupić sobie 17-sto letni bagaż kłopotów. Robi się nerwowo gdy włącza się przedstawicielka spółdzielni. Próbuje przekonać kupców, że lokatorów bardzo łatwo będzie eksmitować. Wystawione są trzy mieszkania, na sali zjawia się trzech potencjalnych nabywców.  Dwa lokale zlicytowane zostają po cenie wyjściowej. Trzeci kupiec rezygnuje. Nowi właściciele będą teraz musieli dogadać się z lokatorami, ale przecież nikt nie kupuje mieszkania pod wynajem, żeby nie czerpać z niego zysków, czeka nas więc próba podniesienia czynszu do stawki rynkowej, opór lokatorów i dalsze zmagania w sądach. Osoby, które kupiły te mieszkania, to niedoświadczeni i naiwni, młodzi ludzie, skuszeni niską ceną. Nie zdają sobie sprawy, jakiego nakładu sił i środków wymagać będzie uregulowanie statusu tych mieszkań.

Tymczasem Mariusz K. odczekał miesiąc po wyroku sądu i ponownie zaatakował. Pani Danuta (ta która opuściła dom dobrowolnie) dostała nagle wezwanie do zapłaty 15 tysięcy złotych za dewastację lokalu. Termin płatności: 3 dni. W uzasadnieniu między innymi szkoda polegająca na zerwaniu tapet, które Danuta sama parę lat wcześniej nakleiła, a których K. nigdy nie widział na oczy. Gość dostał to, co chciał. Lokatorka poszła mu na rękę, bo nie miała sił na konfrontację. W rozmowie nie jest wstanie powiedzieć dwóch słów, nie zachłystując się własnymi łzami. Któregoś styczniowego ranka mój telefon dzwoni o 8.00. Przedstawia mi się lubelska radna Prawa i Sprawiedliwości, z którą dzień wcześniej rozmawialiśmy w sprawie propozycji programu oddłużeniowego dla miasta. Radna jest na spacerze z psami i chciała mi opowiedzieć o swojej dotychczasowej działalności społecznej i zaangażowaniu w problemy mieszkańców. Następnie chciała mi powiedzieć, że nie podoba jej się medialna nagonka, jaką zorganizowaliśmy na jej partyjnego i prywatnego kolegę Mariusza K. i żebyśmy przestali to robić, bo to schorowany człowiek, a jego interesy to jego osobista sprawa.

Dziś 6. rocznica zabójstwa Jolanty Brzeskiej [rozmowa]

Poza wizytami w domach lokatorów, interwencjami w urzędach, sądach i u komorników, zebraniami w mieszkaniach i kawiarniach, stale pracujemy na mailach. Jeszcze jesienią 2015 roku LAL przedstawił urzędnikom pierwszą propozycję restrukturyzacji zadłużenia mieszkańców lokali komunalnych. Wcześniej nikt w Urzędzie Miasta nie miał czasu pochylić się nad kwestią długu, który w 2016 roku wynosił już 192 miliony złotych. 192 miliony. Kwota ta rosła dotychczas w tempie 10 milionów rocznie, choć liczba dłużników spadała. W dziale windykacji ZNK pracuje 7 osób i wszystko jest super. W maju 2016 roku ZNK niespodziewanie przedstawia swój program. Zakłada on anulowanie 70% długu jeśli pozostała część zostanie spłacona w ciągu 9 miesięcy od podpisania porozumienia, a w międzyczasie nie powstanie nowa zaległość, czyli czynsz będzie płacony na bieżąco. Ewentualnie w drugim wariancie, anulowanie 50%, jeśli reszta zostanie spłacona w ciągu 4 lat.

Dla nas kluczowy jest brak jakiejkolwiek możliwości całkowitego umorzenia długu, ale problemów jest znacznie więcej. Z naszych doświadczeń wynika, że sytuacja poszczególnych dłużników zazwyczaj diametralnie się różni. Zakres długów rozciąga się od kilkuset złotych do nawet miliona. Sa to ludzie w różnym wieku, sytuacji rodzinnej i o różnych możliwościach finansowych, tymczasem wszystkich próbuje się sprowadzić do dwóch wariantów.

Najpierw umawiamy spotkanie z radnymi PiS. Program ma być poddany pod głosowanie za tydzień, a radni mówią wprost, że nie mają pojęcia, czego dotyczy i jaka jest skala problemu. Okazuje się, że PiS jest przychylny każdej propozycji, która kwestionuje sprawność obecnej administracji. Następnego dnia idziemy na spotkanie z PO. Dla nas ważna jest skuteczność. Program ma być opiniowany przez trzy komisje: Budżetowo-Ekonomiczną, Rodziny i Gospodarki Komunalnej. Będziemy musieli wybrać się na każdą z nich. Żadna rozmowa z lokatorem, wysłuchiwanie tragicznych historii czy chodzenie po zapuszczonych kamienicach nie wyczerpuje i nie zniechęca tak, jak 20 minut kontaktu z radnymi.

Odnosimy nieoczekiwany sukces. Wszystkie trzy komisje przegłosowują zdjęcie projektu programu z Rady Miasta. Wyartykułowana zostaje również potrzeba szczególnego przyjrzenia się problemowi zadłużenia i wkrótce dowiadujemy się o zwołaniu specjalnego, wspólnego posiedzenia trzech komisji, na które zostaniemy zresztą zaproszeni jako partner społeczny.

Telewizja Polska robi interwencyjny program na żywo z naszym udziałem, a każde z nas ma za zadanie przejrzeć programy lokatorskie, które wdrożono w innych miastach Polski. Musimy być przygotowani na pytania o rozwiązania problemów, analizujemy więc znalezione w internecie dokumenty. Ciekawostka z Choszczna w zachodniopomorskim: dług można odpracować tam, między innymi pomagając przy załadunku i rozładunku samochodu podczas czynności eksmisyjnych.

Komisje spotkają się w Trybunale Koronnym. Tym samym budynku, w którym w XVII wieku diabeł pozostawił wypalony w stole odcisk dłoni sprzeciwiając się wyrokom skorumpowanych, lubelskich sędziów.  Niezależnie od stronnictwa, dominuje temat „cwaniaków”: cwaniaków, o których „wszyscy wiemy”, cwaniaków „sam znam taki przypadek”, tych, którzy nauczyli się żyć z pomocy i śmieją się nam w twarz, planując wakacje na Teneryfie. Mowa jest wprost o wysiedlaniu do kontenerów, organizacji komisji wywiadującej sąsiadów dłużników bo „kto lepiej niż sąsiad wie czyje są te trzy samochody pod oknem dłużnika” albo „przecież wystarczy, że się otworzy drzwi i widać, że jak stoi telewizor płaski, to biedy nie ma”. Przewodniczący parokrotnie powtarza swój żart, z którego jest szczególnie zadowolony, że dzisiaj wieczorem, po obradach wszyscy wrócimy do domu pracować na 500+. Gdzieś pośród tych bzdur wybrzmiewają też nasze argumenty. Obrady trwają już jakieś dwie godziny. Wyluzowani radni zbierają się do kończenia sesji, kiedy głos zabiera Kinga. Mówi, że naszym zdaniem faktycznie powinni zrealizować wszystkie swoje fantastyczne pomysły: jak najszybciej przyjąć byle jaki program, usprawnić eksmisje, ustawić kontenery, powołać kontrole i śledztwa. Zrobiło się paskudnie cicho, zanim wszyscy załapali, że Kinga gorzko ironizuje. Dlaczego nikomu nie zależy na rozwiązaniu problemu? Kilka lat temu obecny dyrektor ZNK chciał sprywatyzować własną instytucję. Jako majątek na start, firma miała otrzymać nieruchomości użytkowe. Plan był taki, żeby te nieruchomości sprzedawać, a z pozyskanych środków i kredytów remontować dawne mieszkania komunalne (pozbywając się „jakoś” mieszkańców), podwyższać ich standard i potem wynajmować po cenach rynkowych. Pomysł ten upadł po zdecydowanych protestach niektórych radnych i działaczy lokatorskich, m.in. pana Józefa.

Kim są zatem ci „cwaniacy”, co śmieją nam się w twarz? Przynajmniej częściową odpowiedź znaleźliśmy na lubelskiej ulicy Chopina, ulicy w centrum, którą upodobali sobie szczególnie lubelscy adwokaci, radcy i komornicy. W niemal każdym budynku mieści się tu kancelaria. Zadzwonił do nas jeden z mieszkańców tej ulicy, jedziemy w składzie ja, Michał i Bartek. Drzwi otwiera nam pan Tomasz. Przeciskamy się przez przedpokój w 3/4 zastawiony starymi książkami i pismami. Żona pana Tomasza trzyma ujadającego jamnika. Przechodzimy do ciemnego, dusznego pokoju, w którym od razu rzuca się w oczy ogromna kolekcja płyt winylowych i masa gramofonów, sprzętu hi-fi i głośników z lat 90. Przy stole siedzi drugi Tomasz. Okazuje się, że jest to kolega lokatora, który zadzwonił do nas w jego imieniu. Właściwy Tomasz cierpi na silną depresję i od ponad roku nie opuszcza mieszkania.

Sprawa przedstawia się następująco: mieszkanie po wojnie dostała z przydziału matka pana Tomasza, Wanda. Była szanowaną lubelską adwokatką. Jeszcze w latach 70. razem z sąsiadami odszukała spadkobierczynie kamienicy, chcąc upewnić się co do statusu prawnego lokali. Odnalezione kobiety, siostry, nie miały pojęcia o posiadanej nieruchomości i nigdy nie miały zamiaru przeprowadzać postępowania spadkowego, co potwierdziły listownie. W 1985 roku odbyła się niespodziewanie sprawa o zajęcie nieruchomości przez zasiedzenie, którą miasto Lublin szybko przegrało z pełnomocnikiem spadkobierczyń. W aktach pojawia się dokument o postępowaniu spadkowym, które jak twierdziły spadkobierczynie, nigdy nie miało miejsca. Miasto reprezentowała bardzo dzisiaj znana lubelska mecenaska. Odwołania od wyroku nie złożono. W 2004 roku kamienicę nabywa spółka E.-M., złożona z prominentnego adwokata i wspomnianej mecenaski. Oboje są gwiazdami lubelskiej palestry, stale występującymi w telewizji w roli ekspertów. E. był nawet sędzią Trybunału Stanu. Oboje są również znajomymi matki pana Tomasza. Wzrósł czynsz, pozostali sąsiedzi zaczęli się wyprowadzać. Pani Wanda nie godziła się na podwyżki, w związku z czym naliczono jej ponad 7 i pół tysiąca złotych długu. O postępowaniu E. pani Wanda informowała listownie Lubelską Radę Adwokacką, prosząc o interwencję. W odpowiedzi dostała 2 tysiące złotych na spłatę części długu. Po śmierci matki w 2009 roku pan Tomasz dostał wypowiedzenie najmu. Mieszkali wówczas we czwórkę z żoną i dwoma synami. Odmówili opuszczenia lokalu. Czynsz wynosi obecnie 1400 złotych, przestali płacić rok temu. Zasądzona została eksmisja. Pan Tomasz leczy się psychiatrycznie od 1970 roku. Raz na jakiś czas przestaje cokolwiek ogarniać i wszystkie problemy spadają na jego żonę. Umawiamy się, że za 2 dni pójdziemy wspólnie do sądu, żebym mógł sfotografować akta sprawy. Niestety kontakt się urywa. Pan Tomasz nie odbiera telefonu ani nie odpisuje na wiadomości, w mieszkaniu nikt nie odbiera domofonu. Przechodząc wieczorem ulicą Chopina zawsze patrzę w odpowiednie okno i z całą pewnością rodzina wciąż tam mieszka. Nie mogę opędzić się od myśli, że trudno mi sobie wyobrazić, co stanie się z taką masą nagromadzonych w domu rzeczy, jeśli dojdzie do eksmisji.

Zdjęcia Jakub Szafrański

Zapraszamy 13–14 maja na organizowane przez Lubelską Akcję Lokatorską II Dni Lokatorskie

 

Bio

Jakub Szafrański

| Fotograf i publicysta Krytyki Politycznej
Pochodzi z Lublina, gdzie tworzył Klub Krytyki Politycznej. Pisze doktorat z filozofii na Uniwersytecie M. Curie-Skłodowskiej. Publicysta i fotograf. W 2010-2012 pracował w dziale dystrybucji Wydawnictwa KP. Współtworzył stronę internetową. Akademicki mistrz polski w kick-boxingu 2009, a także instruktor samoobrony. Pracował we Włoszech, Holandii i Anglii. Laureat Stypendium pamięci Konrada Pustoły.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.