Kraj

List do rektora UW w strawie reformy Gowina

Piszę tu w swoim imieniu, jako osoba, która poszła na uniwersytet ze świadomością społecznej misji humanistyki i uniwersytetu, a która dziś widzi, jak władza próbuje podporządkować zarówno sobie, jak i wielkiemu kapitałowi naukę, kastrując ją i jej matecznik, to znaczy uniwersytet.

dr hab. Marcin Pałys
rektor Uniwersytetu Warszawskiego

Szanowny Panie Profesorze,

urodziłem się w 1998 roku. Wszyscy mi mówili, że należę do pokolenia, które będzie mogło się w spokoju uczyć, pracować, rozwijać swoje pasje. Powtarzali mi to uporczywie zarówno dziadkowie, którzy brali udział w powstaniu warszawskim i przeszli przez tak zwany „realny socjalizm”, jaki i rodzice, którzy obserwowali upadek muru berlińskiego, rozkoszując się marzeniem o innym świecie. Świecie wolnym i sprawiedliwym. Z powodu przynależności do mniejszości dość szybko zorientowałem się, że świat taki wspaniały nie jest. Gdy zacząłem więcej czytać i obserwować otaczającą mnie rzeczywistość, zrozumiałem całą złożoność problemów, z którymi zmagali się ludzie po transformacji ustrojowej w 1989. Zacząłem czytać sporo o Solidarności i kooperatyzmie, o ruchach wolnościowych. I tak zafascynowałem się pierwszą Solidarnością, filozofią i ruchami społecznymi, którym poświęcam znaczną część życia od II klasy liceum. Starałem się napisać dobrze maturę, ugrać coś z olimpiadą filozoficzną i dostać się na studia, bo wierzyłem, że uniwersytet jest kuźnią narzędzi do zrozumienia tego, co się dzieje i kształtowania świata, w którym przyszło mi żyć. Świata pozornie wolnego, rzeczywiście jednak nader niesprawiedliwego i w dodatku skrywającego swoje niesprawiedliwości; w końcu świata, w którym bardzo ciężko jest cokolwiek zrobić.

Sierakowski: Ten strajk to najlepsza rada

Poszedłem na studia mając w pamięci historyczne obrazy tego, co się na uniwersytecie działo, jaką społeczną funkcję pełnił i, jak myślałem, wciąż pełni. Wierząc w ideę uniwersytetu — miejsca wolnego, bezwarunkowego krytycznego oporu — ubolewałem nad tym, że historia Uniwersytetu Warszawskiego ma na swoich kartach nazwiska takich rektorów jak między innymi profesor Włodzimierz Antoniewicz, który w 1937 roku ugiął się pod naciskiem narodowców i wprowadził getto ławkowe, czy profesor Stanisław Turski, który był odpowiedzialny za pacyfikację studenckiego wiecu z 1968 roku. Jednakże takim historiom zawsze towarzyszył ten typ oporu, który w moim odczuciu stanowi część uniwersyteckiego etosu, a który objawiał się w postawach takich osób jak na przykład profesor Klemens Szaniawski czy profesor Maria Ossowska. Z grubsza w idei uniwersytetu, jaką mam przed oczyma, i w rozumie chodzi o możliwość myślenia prawdy, kontestację i zapytywanie o fundamenty panującego systemu, w którym uniwersytet pełni funkcję społeczną i nie odgradza się od sfery publicznej, lecz, przeciwnie, w którym ją współtworzy. Uniwersytet powinien domagać się autonomii dlatego, że musi stawiać opór władzom politycznym państwa narodowego, władzom ekonomicznym, które koncentrują kapitał i tym wszystkim władzom, które ograniczają każdą przyszłą demokrację.

Walka o uniwersytet się nie kończy!

Piszę tu w swoim imieniu, jako osoba, która poszła na uniwersytet ze świadomością społecznej misji humanistyki i uniwersytetu, a która dziś widzi, jak władza próbuje podporządkować zarówno sobie, jak i wielkiemu kapitałowi naukę, kastrując ją i jej matecznik, to znaczy uniwersytet. Wiedziałem, w jakim stanie znajduje się uniwersytecka demokracja i samorządność. Razem z kolegami i koleżankami współodczuwałem efekty reform ministry Kudryckiej. Sądziłem jednak, że będziemy mogli demokratyzować uniwersytet jako dobro wspólne, dokonywać redystrybucji wytwarzanych dóbr, wpływać na otaczającą nas rzeczywistość. I głęboko w to wierzyłem, angażując się w wiele inicjatyw studenckich, pisanie artykułów i nawet współtworzenie projektu do budżetu partycypacyjnego Uniwersytetu Warszawskiego. Przy tej okazji, Panie profesorze, na wręczeniu nagród za projekty do tego budżetu, spotkaliśmy się po raz pierwszy. Serce rosło mi, kiedy wyczytał Pan nazwę naszego projektu.

Problem, Panie Profesorze, polega na tym, że równie uśpiona co społeczeństwo jest społeczność uniwersytecka. Godnym jest uświadamianie ludzi, że wcale nie muszą pracować jak niewolnicy, że nie muszą bać się chodzić ciemną uliczką, że mogą kochać, kogo chcą. To jest jedno z zadań, jak sądzę, nie tylko aktywistów i aktywistek, ale i całej współczesnej humanistyki. Myślę, że wiele osób widzi problemy uniwersyteckiego i społecznego status quo. Brak zaangażowania, zerowa świadomość, zobojętnienie, kolesiostwo itd. itp. To jest problem i bardzo się cieszę, że coraz to większa część społeczności uniwersyteckiej problem ten dostrzega. Martwi mnie jednak, jako studenta Uniwersytetu Warszawskiego, ten typ rozwiązania, jaki wspiera Pan wraz z rzeszą innych rektorów i organów reprezentacyjnych (np. Parlament Studentów RP czy Samorząd Studencki UW). Neoliberalne reformy nie poprawią stanu polskich uczelni — pogorszą go, wyalienują studentów i studentki jeszcze bardziej, zatomizują nas, podporządkowując logice rynkowej. Prócz tego niepokoju, mam jeszcze jeden, równie istotny, co ten ekonomiczny, jest nim obawa związana z wpływami politycznymi. Nie będę protestować przeciwko twierdzeniom, że uniwersytet nie jest polityczny, bo jest polityczny na wskroś. Problem polega na tym, że klasa rządząca ciągle pod pretekstem „apolityczności” upolitycznia uczelnie, uzależniając poszczególne instytucje od władzy politycznej.

Ta reforma była faktycznie szeroko konsultowana, ale wyłącznie z organami reprezentacyjnymi, a nie z samymi reprezentowanymi. Oczywiście reprezentowani (my) mogli zawsze uczestniczyć w konsultacjach, natomiast przy zerowym prawie zaangażowaniu reprezentowanych organy reprezentujące pozostały jedynymi, których władza zapytała o zdanie. Organy te i osoby w nich zasiadający nie mają realnej legitymizacji środowiskowej. Brak tego mandatu dowodzi bardzo niski procent uczestniczących w wyborach do samorządów studenckich, a także, z drugiej strony, ogromne poparcie Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, działań którego jesteśmy świadkami. Tak więc przy bardzo niskiej partycypacji studentów i studentek oraz pracownic i pracowników, nie można mówić o szerokim poparciu dla tzw. „Konstytucji dla nauki” Gowina, mając za sobą jedynie organizacje — przykro to powiedzieć —„słupy”. Za tą reformą nie stoją ludzie, lecz biznes oraz żądni władzy politycy.

Spór o ustawę 2.0 – o co toczy się gra?

czytaj także

Panie Profesorze, silnie angażując się w lobbowanie reform Gowina, a więc przyczyniając się do osłabiania samorządności uniwersyteckiej, blokowania ruchów demokratyzujących, uzależniania nauki od potrzeb rynku, marginalizowania znaczenia humanistyki, przyczyniłby się Pan do alienacji studentek i studentów oraz pozbawienia uniwersytetu jego istoty — autonomii, możności bezwarunkowego oporu. Stoi Pan na rozdrożu; może Pan stanąć po stronie demokracji uniwersyteckiej, tak jak to czynił prof. Klemens Szaniawski w czasach Solidarności albo może Pan stanąć po stronie władzy. Oczekuję, że stanie Pan w obronie niezależnej nauki i autonomii (tej właściwej, a nie niepodzielnej suwerenności rektorskiej, która ubezwłasnowolni społeczność uniwersytecką jeszcze bardziej); że stanie Pan, słowem, za uniwersytetem, a nie za partykularnym interesem wąskiej grupy pozbawionej mandatu społecznego.

***

Sebastian Słowiński – student warszawskiego MISH-u, aktywista, publikuje m.in. w Machinie Myśli, „Osiem Dziewięć”. Zaangażowany w Akademicki Komitet Protestacyjny, interesuje się filozofią polityki oraz zjawiskiem faszyzmu. Związany z organizacjami uniwersyteckimi i demokratycznymi.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.