Kraj

PiS to nie socjal, tylko antydemokratyczność [Ost do Wosia]

KALINSKI-KACZYNSKI-JAROSLAW

Lewica nie ma żadnych podstaw, by współpracować z partią Kaczyńskiego bliżej. Istotą PiS jest bowiem antydemokratyczność – utrzymanie się przy władzy za wszelką cenę i zmiana Polski w katolickie państwo autorytarne. Ten projekt już trwa – pisze prof. David Ost.

Rafał Woś nie powinien zostać zwolniony z „Polityki” za napisanie jednego głupiego tekstu. Nie powinno się go też traktować jak renegata lewicy. To dziennikarz, który napisał dziesiątki dobrze udokumentowanych esejów na istotne, wyciszone w głównym nurcie tematy gospodarcze. Woś pisze tak, że stale wprowadza inteligentną, błyskotliwą lewicową perspektywę do politycznego mainstreamu. Nigdy nie wiadomo, jaki będzie jego następny tekst, ale można być pewnym, że podejmie nieoczywisty temat z perspektywy odkrywczej, krytycznej, historycznej i porównawczej – w przeciwieństwie do tego, co czytamy niemal wszędzie gdzie indziej w polskiej prasie.

Jednak jego tekst, o którym dziś mówią wszyscy, jest dosyć głupi. Począwszy od przyznania, że rządy PiS wiążą się z pewnymi zagrożeniami demokracji i że żaden lewicowiec nie powinien ufać PiS, Woś szybko przechodzi do sugestii, że ludzie lewicy powinni mimo wszystko „podjąć dialog z PiS i w ogóle z całym środowiskiem, które tzw. prawica reprezentuje”. Woś nie wyjaśnia, na czym by taki dialog miał polegać. Wymienia za to trzy rzekome korzyści z niego płynące: „wzajemne poznanie się obcych dziś sobie środowisk”, odkrycie  „wielu punktów wspólnych” oraz nauczka dla liberałów, że powinni bardziej doceniać współpracę z lewicą.

Sierakowski: I kto tu jest symetrystą?

Nieobce środowiska

Trudno zrozumieć, co to wszystko ma znaczyć. Weźmy punkt pierwszy. W każdym środowisku politycznym są jacyś działacze oraz stały elektorat. Zadaniem działaczy jest więc poznawanie „obcych sobie środowisk”. Nie mają szansy na wygraną, o ile nie dowiedzą się, z kim rywalizują i dlaczego. Owe „obce środowiska” napotykają oni na wiecach, na panelach dyskusyjnych albo pukając do drzwi z petycjami. Kto został wybrany na jakieś polityczne stanowisko, spotyka też „obce środowiska” codziennie w pracy.

Czy Woś sugeruje, żeby lewicowcy zaczęli zapraszać prawicowców na kolacje i lampki wina? Potencjalni wyborcy uznaliby to za zdradę i mogłoby się to tylko przyczynić do zmniejszenia woli rywalizacji z drugą stroną. Czyż nie taki właśnie był problem z liberałami po 1989 roku? Wielu z nich miało socjaldemokratyczną wrażliwość, ale szybko za swój główny cel uznali zbliżenie się do nowopowstałych elit przedsiębiorców. Szybko zgodzili się na wszystkie żądania biznesu i w rezultacie stracili ogromne powszechne wsparcie, które mieli początkowo. Czy nie lepiej by było za Chantal Mouffe przyjąć wizję polityki jako sfery „agonistycznej”, gdzie chodzi właśnie o walkę z innymi? O uczynienie politycznego świata sferą ostrych sporów programowych, a nie klepania się nawzajem po plecach?

Polityczni działacze lewicy mają zatem pewną wiedzę o obcych środowiskach. A ich wyborcy? Nawet jeśli nie tak wielką, ale przecież żadne ugrupowanie nie powinno przekonywać swoich wyborców, że jakaś inna partia jest w gruncie rzeczy taka sama jak my. Cały sens polityki demokratycznej tkwi we wskazywaniu różnic, a przecież działacze chcą przede wszystkim pozyskać poparcie dla swojego ugrupowania.

Profesjonalizm [Skarżyński polemizuje z Sierakowskim]

czytaj także

Mało wiele punktów wspólnych

Czy Woś w swoim tekście odkrywa, że lewicowcy mogą znaleźć „wiele punktów wspólnych” z prawicą? Cóż, partia Razem od dawna przyznawała, że program PiS zawiera w sobie porządną dozę antyneoliberalnego myślenia. Podobnie wielu na lewicy, niezależnie od politycznej afiliacji, zgodziłoby się, że niektóre przejawy polityki społecznej PiS dobrze się sprawdziły. Ale czy to oznacza „wiele punktów wspólnych”? Czy Woś włącza w to ograniczanie praw opozycji? Upolitycznienie administracji państwowej? Kontrolę prokuratorów nad sądami? Wspieranie „polskich” firm jako sposób na zniszczenie prasy opozycyjnej? Dehumanizację uchodźców? Promocję rasizmu? Potępienie „ideologii gender”?

Woś przygląda się ze szczególną uwagą prospołecznym aspektom programu gospodarczego PiS, jednak zapomina przy tym, że nawet faszyści zawsze prowadzili  jakieś programy wspierające biednych – oczywiście tylko tych należących do preferowanej przez nich rasy (to akurat nie jest potrzebne w przypadku homogenicznych Polaków, ale nietrudno sobie wyobrazić PiS forsujący rasistowskie propozycje ograniczenia 500+, gdyby na przykład 10 proc. Polaków było Romami).

Fakt, że faszyści prowadzą częściowo słuszną politykę gospodarczą, zawsze był problemem dla lewicy. W latach 30. belgijskiego socjaldemokratę Henriego De Mana tak sfrustrowała niezdolność socjalistów do zrealizowania pozytywnej reformy – czy wręcz niechęć do podjęcia jakichkolwiek prób, płynąca z pogardy dla „burżuazyjnego” rządu – że sam został faszystą. De Man uczynił tak rzecz jasna w interesie klasy pracującej i różnych „dobrych zmian” proponowanych przez faszyzm, a nie ze względu na jego inne, cokolwiek mniej przyjemne aspekty. W ostateczności nigdy się ich nie wyparł i został po prostu faszystą.

Jaka współpraca lewicy z PiS-em?

Agnieszka Wiśniewska poprosiła Wosia, by wreszcie określił „jak sobie taką współpracę z PiS wyobraża? Jak to ma konkretnie wyglądać?”. Jego odpowiedź wiele wyjaśnia. Wyobraził sobie Sejm 2020, w którym PiS nie ma większości i zwraca się do Razem albo Biedronia o dołączenie do koalicji. Woś twierdzi, że w takiej sytuacji lewica powinna dołączyć do koalicji z PiS-em, żeby móc zrobić dla ludzi dobre rzeczy.

Rozważmy to. Po pierwsze Woś zakłada, że Razem i Biedroń będą w parlamencie. A zatem nie mogą posłuchać innej jego rady, by skupić się na „wielu punktach wspólnych” z PiS. Jeśli bowiem jakakolwiek partia mówi swoim zwolennikom, że inne ugrupowanie – silniejsze i kontrolujące wszystkie zasoby państwa – ma podobne cele, to wielu z nich zagłosuje po prostu na tego silniejszego, który i tak już ma władzę.

Po drugie Woś zakłada, że jedynym sposobem na uchwalenie ustawy jest dołączenie do koalicji. Tutaj zawodzi go z kolei polityczna świadomość. Woś żywi błędne przekonanie, że bezkompromisowo sprzeciwiając się jakiemuś ugrupowaniu nie da się potem z nim współpracować w osiąganiu konkretnych, potrzebnych celów. Ale czy na pewno? Spójrzmy chociaż na jedność rywalizujących ze sobą ugrupowań wobec ACTA kilka lat temu.

W polityce parlamentarnej – która wciąż jeszcze w Polsce obowiązuje – taka współpraca zdarza się wręcz często, jeżeli żadna partia nie uzyska samodzielnej większości. Partie nie muszą przystępować do koalicji, kiedy potrzebą jest tylko poparcia jakiejś ustawy. Rządy mniejszościowe często ustanawiają prawa z warunkowym wsparciem mniejszych partii. Tymczasem koalicja PiS z lewicą, o której dywaguje Woś, to zupełnie inna sprawa. Oznaczałaby ona całościowe wsparcie dla PiS-u, a ściślej mówiąc dla istoty tego, czym PiS jest.

Liberalizm tylko dla liberałów? [Sierakowski odpowiada Skarżyńskiemu]

PiS nie wzmacnia świata pracy

Tutaj docieramy do głównego problemu ze stanowiskiem Wosia – wbrew wszelkim poszlakom zakłada on, że samą istotą PiS-u jest pomaganie klasie pracującej i walka z nierównościami. Tak, dzisiejszy PiS przejawia silne tendencje antyneoliberalne, ale ograniczenie wolnego rynku i promowanie dobrej polityki społecznej nigdy nie należało do jego istoty. Bracia Kaczyńscy i całe prawe skrzydło po roku 1989 od samego początku silnie wspierali urynkowienie, a Lech Kaczyński pomagał opanować strajki w roku 1990, ponieważ zagrażały one reformie neoliberalnej.

Prawica zaczęła oportunistycznie wspierać pracowników dopiero kiedy zauważyła, że przegrywa. Ale co im zaproponowała? Nie mówiła, że coś jest nie tak z kapitalizmem. Problemem był – objaśniała – niedostatek kapitalizmu (stąd hasło „przyspieszenie”), a raczej nieodpowiedni kapitaliści. Niech zostaną nimi „prawdziwi Polacy” – w miejsce nomenklatury, obcokrajowców, liberałów (w domyśle: Żydów) – a pracownikom zacznie się świetnie powodzić!

Do połowy lat 90. obowiązywała opowieść, że źle się dzieje pracownikom, ponieważ liberałowie uczą ludzi złych wartości; powróćmy do religii, a warunki pracy się poprawią. Na początku lat dwutysięcznych PiS zaczął straszyć „byłymi komunistami”. Tylko lustracja mogła strącić ze stołków nomenklaturę, dzięki czemu pracownicy mieli prosperować jak prawdziwi (tj. biali) Europejczycy. Tymczasem aż za dobrze wiadomo, że będąc u władzy w latach 2005-2007, PiS stosował liczne rozwiązania neoliberalne.

Nazywać siebie „solidarną” w opozycji do „liberalnej” partia Kaczyńskich zaczęła dopiero wtedy, kiedy jej główną rywalką została Platforma Obywatelska. Od tego czasu rzeczywiście ugrupowanie braci Kaczyńskich wprowadziło kilka dobrych instrumentów społecznych, ale polityka społeczna i prawa pracowników nigdy nie stanowiły istoty PiS-u.

Lewica może popierać niektóre socjalne ustawy (i propozycje) PiS-u, jednak nie ma żadnych podstaw, by współpracować z partią Kaczyńskiego bliżej właśnie dlatego, że PiS będzie dalej rezygnował z praw pracowników i układał się z przedsiębiorcami, by osiągnąć swój podstawowy cel, swoją istotę – utrzymania się przy władzy i zmienienia Polski w katolickie państwo autorytarne. Ten projekt już trwa.

A polityka wsparcia dla pracowników? No, bez przesady! Czyżby w obszarze PiS-owskich działań na rzecz pracowników i ubogich na lewicy działało silniejsze wyparcie niż myślałem? Czy to dlatego Woś wciąż opowiada o „dobrych” aspektach PiS- i zachowuje się tak, jakby polityka PiS naprawdę wzmacniała pracowników?

PiS i lewica mają przeciwne cele

Wróćmy do samego Wosia, a raczej jego świetnej książki o historii pracy To nie jest kraj dla pracowników. Opisuje on w niej problem gospodarczy PRL-u z perspektywy lewicowej: „Środki produkcji znacjonalizowano, zamiast je uspołecznić”. To samo można powiedzieć o PiS-ie: nacjonalizuje on politykę społeczną zamiast ją uspołeczniać. Opiera ją na paternalistycznej roli państwa, które „pomaga” swoim poddanym. Nie promuje natomiast żadnych inicjatyw oddolnych. PiS odpowiedział na niektóre żądania związków zawodowych, ale nie zrobił nic, by pomóc związkom pozyskać nowych członków czy uzwiązkowić nowe sektory. Tak naprawdę pomaga jedynie pracownikom sektora prywatnego.

W sektorze publicznym głównie walczy ze związkami. W zdrowiu, edukacji, państwowych mediach oraz nowoupolitycznionej administracji publicznej – innymi słowy, w sektorach, gdzie pracodawcą jest państwo – PiS regularnie ściera się ze związkami i nie wspiera praw pracowniczych. Doszło już do tego, że nawet Solidarność, wcześniej lojalna wobec PiS-u, zaczęła protestować.

Weźmy słynne trójstronne negocjacje w 2016 roku, kiedy związki i pracodawcy negocjowali, a następnie zgodzili się na płacę minimalną tylko po to, by PiS odrzucił ich ustalenia na rzecz wyższej kwoty! Niby kolejny dowód na prospołeczność PiS-u, ale w rzeczywistości chodziło o zademonstrowanie, że tylko PiS, tylko państwo rządzone przez PiS, może sprzyjać pracownikom. Nie liczcie na związki zawodowe, liczcie na nas. Nie trzeba aktywizmu, nie trzeba zaangażowanego społeczeństwa obywatelskiego; ludzie potrzebują jedynie troskliwego, dobroczynnego państwa.

Co to za polityka na rzecz pracowników?

PiS im nie sprzyja, PiS sprzyja tylko sobie – partii kontrolującej państwo i zmieniającemu jego kulturę. Wprowadza pewne rozwiązania na rzecz pracowników, by osiągnąć swój cel, ale nic w jego istocie nie czyni go partią propracowniczą. Lewica nie powinna wchodzić z takim ugrupowaniem w żadną koalicję, ponieważ jego cele są sprzeczne z celami lewicy. Dlatego „ucywilizowanie” PiS-u przez zbliżenie się do niego, jak proponuje Woś, nie jest możliwe – wszystkie antydemokratyczne działania PiS-u są jego istotą i nie podlegają korekcie.

Działalność PiS-u bardziej przypomina nacjonalistyczno-komunistyczny okres PZPR z roku 1968. To właśnie wtedy wielu lewicowców zerwało z władzami PRL. Artykuły Wosia prowokują do zastanowienia, co sam autor sądzi o PRL-u. W polemice z Wosiem i innymi tak zwanymi symetrystami Mariusz Janicki z „Polityki” odpowiedział ripostą: „Gdyby dysydenci w czasach PRL – a wielu z nich miało poglądy socjalistyczne – wzruszali się równością, awansem cywilizacyjnym i powszechną dostępnością żłobków, to nadal rządziliby pierwsi sekretarze”.

Lewicowcy nie powinni chcieć, żeby ludźmi rządzili pierwsi sekretarze z prawa czy z lewa. Chociaż jeśli nawet przyszli pierwsi sekretarze zaproponują jakieś dobre ustawy, a wspieranie tych projektów nie będzie się równać poparciu zasady bycia rządzonym przez pierwszych sekretarzy, lewica oczywiście powinna je wesprzeć.

Lewica nie podlizuje się liberałom

Ostatnią wymienioną przez Wosia korzyścią z „otwarcia się na dialog z PiS” jest danie liberałom nauczki, że wsparcia od lewicy nie mogą brać za pewnik. Ale czy rzeczywiście nie doceniają oni lewicy? Przyglądając się z daleka, w lekturze, temu co lewicowcy w Polsce robią i mówią, nie mam wrażenia, jakoby podlizywali się liberałom.

Nie mówią: „zagłosujemy na was, nawet jeśli nam się nie podobacie”. Przeciwnie – właściwie wszędzie napotykam zgoła odmienne wypowiedzi. Lewicowcy wystawiają własnych kandydatów w wyborach, chociaż wciąż omawiają różnorodne możliwe krótkotrwałe sojusze na czas wyborów. Ostatnio Włodzimierz Czarzasty wzywał do jedności na lewicy, przeciwko liberałom. Robert Biedroń organizuje ruch, który ma odebrać liberałom część głosów.

Czarzasty: Oddam połowę jedynek w kraju za koalicję z Razem

Z natury ordynacji proporcjonalnej wynika, że liberałowie nie mogą lewicy nie doceniać. Gdyby zawsze mogli na nią liczyć, PO nadal cieszyłaby się poparciem rzędu 35-40 proc. Branie wsparcia lewicy za pewnik jest większym problemem w Stanach Zjednoczonych, gdzie system dwupartyjny spycha lewicę do centrum (chociaż dzięki systemowi prawyborów, wprowadzonemu po tym, jak lewicę wypchnięto z Konwencji Demokratów w 1968 roku, dziś nawet zdeklarowani socjaliści, tacy jak Bernie Sanders czy Alexandria Ocasia-Cortez, mogą odnieść sukces jako Demokraci).

W Polsce lewica prowadzi dyskusję, czy i kiedy powinna dobrowolnie głosować na kandydatów liberalnych, by walczyć z PiS. Są to jednak prawdziwe debaty o sposobach osiągnięcia w ten sposób lewicowych celów, a nie propozycje ślepego popierania liberałów.

Razem nigdy nie zgodzi się z Petru czy Schetyną [rozmowa z Dorotą Olko]

Kompromisy z diabłem tylko krótkotrwałe

Rafał Woś nie powinien przez ten tekst stracić pracy w „Polityce”, a lewica nie powinna nim wzgardzić. Jego tekst jest zły i głupi. Powinno się na niego odpowiedzieć poważną krytyką, jak starałem się to w tym tekście uczynić. Jednak jeśli lewica ma stworzyć przekonujący program gospodarczy, to potrzebujemy intelektu, energii, talentów i wrażliwości Wosia.

Warto wreszcie zauważyć, że samego Wosia najwyraźniej zaskoczyła powszechna reakcja na tekst. Skąd dziś ten atak – zastanawiać się musi autor – skoro podobne propozycje wysuwał już wielokrotnie wcześniej? To prawda. Dwa miesiące temu napisałem tekst do amerykańskiego magazynu, wymieniając Wosia jako kogoś, kto jak na potencjalnego sojusznika lewicy nadmiernie wspiera PiS.

Ostatnia opinia Wosia jest jednak czymś nowym, ponieważ idzie na całość, pisząc coś, czego nie można odczytać inaczej niż wezwanie lewicy do połączenia się z partią radykalnie prawicową tylko dlatego, że po drodze do autorytaryzmu robi ona kilka dobrych rzeczy.

Zadaniem lewicy jest budowanie własnej tożsamości, podejmowanie pragmatycznych wyborów przy jednoczesnej lojalności wobec własnych zasad. Mogą się zdarzyć okazje do krótkotrwałego kompromisu z diabłem. W Stanach Zjednoczonych lewicowi antyimperialiści czasem przemawiają na forach obok prawicowych antymilitarnych izolacjonistów i libertarian, tak zwanych „paleokonserwatystów”, uważających, że interwencje zagraniczne USA odwracają uwagę od „prawdziwych” amerykańskich wartości. Żaden lewicowiec nie wstąpi jednak do tego typu organizacji i nie będzie wchodzić z nimi w koalicje wyborcze. Oznaczałoby to porzucenie pryncypiów i ustąpienie prawicy. Woś nie chce czegoś podobnego, ale jego propozycje do tego prowadzą.

Musimy zrozumieć, że PiS – podobnie jak klasyczne partie faszystowskie – przejawia jakieś sympatie wobec pracowników (o ile pracownicy zgodzą się na sytuacje, że państwo łaskawie i warunkowo daje im korzyści, których sami nie mogą zdobyć), ale sam z lewicą nie ma nic wspólnego. Wówczas strategia polityczna wobec rządzącej prawicy może być dla nas jaśniejsza: poparcie wybranych PiS-owskich rozwiązań może być dla lewicy trudne, choć możliwe – ale jedynie przy jednoczesnym utrzymaniu bezwzględnego, zasadniczego i totalnego oporu, na jaki zasługuje partia Jarosława Kaczyńskiego.

**
David Ost jest profesorem nauk politycznych, zajmującym się przede wszystkim związkami zawodowymi i transformacją krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Wykłada  na Hobart and William Smith Colleges. Autor książki Klęska Solidarności.

Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

Czy lewica będzie płakać po Rafale Wosiu? [rozmowa]

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.