Kraj

Kto chce nam zabrać uniwersytet?

sala-wykladowa

Nowak pisze, że akademia to „wspólnota ludzi równych”, do których „niepełnosprawni”, „chorzy psychicznie”, „niepoczytalni”, „z zespołem Aspergera” (niepotrzebne skreślić) najwidoczniej się nie zaliczają.

„Do życia między ludźmi wystarczy ostrożność i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka. Do życia konieczny jest dystans”. Tymi słowami kończy się niesławny artykuł Piotra Nowaka, pracownika naukowego Uniwersytetu w Białymstoku oraz wicenaczelnego kwartalnika filozoficznego „Kronos”, opublikowany 5 stycznia w „Plusie Minusie”, dodatku do „Rzeczpospolitej”. Artykuł wywołał wzburzenie i powszechną krytykę. Nie chcę wdawać się tutaj w szczegółową polemikę z Nowakiem á propos jego niewiedzy dotyczącej chorób psychicznych. Zrobili to już: Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, Obywatele Nauki i Uniwersytet Zaangażowany oraz szereg indywidualnych komentatorów. Od autora odcięli się także jego pracodawcy, czyli Uniwersytet w Białymstoku i Wydział „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego.

W mojej bańce internetowej tekst z „Plusa Minusa” znalazł jednak nielicznych obrońców. Twierdzą oni, że odbywa się „nagonka” na Nowaka i że odbiór jest przesadzony; dopowiadają, że w gruncie rzeczy chodzi tylko o to, by podnoszony przez autora terror „ideologii poprawnościowo-progresywistycznej” nie doprowadzał do tego, by na zmaganiach z niespodziewanymi zachowaniami osób cierpiących na zaburzenia psychiczne cierpieli ci, którzy żadnych zaburzeń nie mają. Jeśli rzeczywiście do tego miałoby się sprowadzać clou tego tekstu, to cały rozdęty aparat, który Nowak zaprzęga na użytek swoich tez – cytaty z Arendt, Foucaulta, Durkheima, Margaret Mead czy wymyślona historia z doktorem Niewieskim – byłyby w istocie niepotrzebne. Wskazana byłaby raczej walka o wsparcie instytucjonalne dla pracowników ze strony uniwersytetów oraz zniesienie barier, które „kłopotliwym” studentom uniemożliwiają spokojną, nieskrępowaną naukę. Bardzo prawdopodobne, że w realizacji tego żądania Nowak znalazłby sojuszników wśród „stachanowców z biura RPO” czy „zmitologizowanej Rady Europy”. Oczywiście łatwiej jest zamiast tego postulować zachowanie „dystansu” czy „ograniczoną dyskryminację”. Zresztą ustami swojego porte parole Nowak konstatuje, do czego powinien ograniczyć się wykładowca: „Nauczyciel akademicki ma zapewnić transfer wiedzy, a nie zajmować się wątpliwą (z uwagi na efekt i własne kompetencje) socjalizacją osób niepoczytalnych”.

Kowalska: Ten system w końcu się zakrztusi

Jednak stawka tego tekstu jest w istocie znacznie poważniejsza i groźniejsza: jest nią zamknięcie uniwersytetu, by uczynić go swego rodzaju branżowym azylem, wyrwanie go przestrzeni publicznej. Zabranie go nam wszystkim. Nowak pisze, że akademia to „wspólnota ludzi równych”, do których „niepełnosprawni”, „chorzy psychicznie”, „niepoczytalni”, „z zespołem Aspergera” (niepotrzebne skreślić) najwidoczniej się nie zaliczają – mimo że na ich poznawczą zbiorową niewydolność dowodów brak. Jest to jednak na tyle nieważne, że można się nad tym milcząco prześlizgnąć – branża wszak wie, kto jest swój. Albo zdefiniuje sobie ad hoc. Przecież ściany wieży z kości słoniowej są aż nadto widoczne. Charakterystyczne, że Nowak powołuje się na artykuł Radosława Giętkowskiego, rzecznika dyscyplinarny ds. studentów i doktorantów Uniwersytetu Gdańskiego, opublikowany w 2011 roku w „Forum Akademickim”, który zresztą wykazuje typową dla wielu władz uniwersyteckich krótkowzroczność. Podstawowym problemem jest dla niego niemożność zastosowania kija (np. relegowania z uczelni). Nowak ani Giętkowski nie pytają: jak mam sobie poradzić? Jakimi metodami powinienem uczyć? Jak znosić bariery dla studenta z zaburzeniami psychicznymi? Jak nie robić tego kosztem innych studentów? Pytają za to: jak chorych wykluczyć?

Nowak zarzuca polskiej akademii bezmyślne imitowanie Zachodu – tylko że polskie uniwersytety zupełnie zapoznają problemy wykluczonych! Nie radzą sobie z wychodzeniem naprzeciw studentom cierpiącym na zaburzenia psychicznie, czasem wręcz rzucają im kłody pod nogi. To raczej Nowak dokonuje imitacji zachodniej krytyki „progresywistycznej ideologii”, ignorując fakt, że ideologia ta nigdy nie zagościła w krajowych uniwersyteckich progach. To demonstrowanie – z pozycji rzekomej słabości, a faktycznej siły – prawa do „ograniczonej dyskryminacji” przypomina mi nieco alt-rightowe odwracanie kota ogonem, widzenie w ofierze wykluczenia – szkodnika. Cóż z tego, że poklepanego po główce „z sympatią i zrozumieniem”? Co to za odpowiedzialność za akademię, jeśli ogranicza się do usunięcia chorego – chcącego się uczyć i do tej nauki wydolnego! – z pola widzenia?

Dezynwoltura terminologiczna oraz rzekoma oczywistość przekonania, że uczelnia to przede wszystkim sprawa branży naukowej, otwiera pole do zawłaszczania akademii. W Komitecie Kryzysowym od lat walczymy o zachowanie jej autonomii, ale właśnie w imię interesu publicznego.

Co to za odpowiedzialność za akademię, jeśli ogranicza się do usunięcia chorego – chcącego się uczyć i do tej nauki wydolnego! – z pola widzenia?

Akademia powinna służyć całemu społeczeństwu: uczyć studentów, tworzyć oryginalną myśl i kulturę w regionalnych ośrodkach, a decydentów i lokalne elity wyposażać w najnowszą wiedzę. Słowem – być dobrem dostępnym niezależnie od jednostkowych zasobów ekonomicznych, sieci znajomości czy poglądów politycznych. Powinna być miejscem ścierania się różnych stanowisk, co oznacza też konieczność zapewniania po temu bezpiecznych, równych dla wszystkich warunków – i tym samym instytucjonalnej zmiany akademii. Nie ma uniwersytetu bez otwartości na świat zewnętrzny.

Trudniej to zobrazować opinii publicznej, a nawet naszym własnym matecznikom na przykładzie trwającej reformy szkolnictwa wyższego, która zasadza się na oddawaniu uczelni w ręce menedżerów czy trzymaniu ich „na lekkim głodzie” w nadziei, że oszczędzanie na własnych pracownikach i sprzedawanie takich zasobów jak budynek biblioteki przyniesie oszałamiające efekty naukowe – i to mimo faktu, że te procesy docelowo prowadzą do tego samego zamknięcia i zawłaszczenia akademii, którymi grozi realizacja postulatów Nowaka. Wszak komercjalizacja uczelni à la Kudrycka i beztroskie lekceważenie ataków na słabszych w murach akademii mają tę samą twarz – twarz ministra Gowina.

Premier Gowin nie lubi państwa polskiego

Niestety, dotąd większość społeczności akademickiej była ospała i dość biernie patrzyła na ograniczanie dostępu do dobra publicznego, jakim jest uprawianie nauki i otwartość jej zasobów – zupełnie jakby pogodziła się z wizją smutnych peryferii, gdzie za możliwość pogłębiania wiedzy trzeba po prostu ciężko zapłacić. Pojawiła się jednak nadzieja na większą oddolną mobilizację. Zarówno akty agresji – by wymienić tylko pobicie pochodzącego z Nigerii doktoranta Wydziału Orientalistycznego, pobicie profesora Kochanowskiego z Instytutu Historycznego UW czy najświeższy homofobiczny atak na wydarzeniu organizowanym przez Queer UW – jak i bardziej subtelne mechanizmy wykluczania – jak tekst Piotra Nowaka – w murach akademii budzą bardziej znaczące reakcje. Sytuacja ta pozwala mieć nadzieję, że naukowcy i studenci znają i będą bronić znaczenia takich słów jak „solidarność”, „wspólnota” i „równość”. To ostatni dzwonek – zaczyna się bowiem decydujący moment walki o polski uniwersytet.

PS Ten tekst jest moim stanowiskiem, a nie stanowiskiem zarządu Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej.

***
Monika Helak – studentka socjologii w ramach Kolegium MISH UW, członkini zarządu Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, aktywistka Uniwersytetu Zaangażowanego. Działaczka studenckiego samorządu oraz autorka kilku raportów dotyczących szkolnictwa wyższego w Polsce.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.