Kraj

Ks. Lemański: Prawda jeszcze nikomu nie zaszkodziła

Niewątpliwie Kościół przypina dzieciom in vitro metkę: „Jesteście za cenę życia waszego rodzeństwa”.

Agnieszka Ziółkowska: Ks. Michał Heller, mówiąc o tym, że Kościół musi zacząć się konfrontować ze współczesnymi problemami społecznymi, zacytował powieść Grahama Greene’a, w której bohater, też ksiądz, mówi: „Mamy za zadanie napoić ludzi winem prawdy, a wciskamy im do gardła wino razem z butelką, dziwiąc się, że nie chcą tego przełknąć”.

Ks. Wojciech Lemański: Coś w tym jest. Jakiś czas temu leciał w TV kabaret Olgi Lipińskiej, w którym jedna z aktorek śpiewała o „funkcjonariuszach Pana B.”, którzy swój nos pchają pod jej kołdrę. Kościół w Polsce wyciągnął do debaty publicznej sferę intymną, sferę ludzkiej seksualności, sferę, która do tej pory w książkach dla kleryków była zapisywana terminami łacińskimi właśnie po to, żeby nie epatować. O tym się nie mówiło wprost, używało się obrazowych zwrotów, co miało sugerować, że jest to sfera pozostawiona małżonkom. Ponieważ Kościół zaczął się interesować tym, co dzieje się w sypialni małżeńskiej, to społeczność również zaczęła się interesować tym, co się dzieje w tej sferze w Kościele. I wyszło, że Kościół głosi pewne nauki, poucza ludzi, jak powinni układać swoje życie seksualno-erotyczne, a są przypadki molestowania nieletnich, księża zakładają rodziny i wiodą podwójne życie itd.

Kościół wchodzi nie tylko do sypialni, ale odmawia ludziom posiadania dzieci. Mówi, że niepłodne pary starające się o dzieci metodą in vitro robią to z wyrachowania, a samą metodę porównuje do produkcji ludzi. Dla mnie to jest skandaliczne.

Więcej, język, którego używa Kościół w sprawie in vitro, nie tylko jest absolutnie godny potępienia, ale może też zaowocować straszliwymi tragediami ludzkimi

Mówi ksiądz o tym, że jakieś dziecko urodzone dzięki in vitro popełni samobójstwo z powodu napiętnowania przez Kościół?

A pani sobie tego nie wyobraża?

Nie. Myślę, że dzieci urodzone dzięki in vitro są tak wyczekane, dostają w domu tyle wsparcia, miłości i siły, że nie dadzą sobie wmówić sztucznego poczucia winy. Wyobrażam sobie jednak, że są takie środowiska, w których słowa płynące z ambony są na tyle ważne, że mogą prowadzić do wykluczenia dzieci in vitro i ich rodziców ze społeczności, swoistego napiętnowania.

W dużych miastach, jak Poznań, Gdańsk, Warszawa, to może nie być problem, bo ludzie są anonimowi, nie znają się tak dobrze. Ale w mniejszych wspólnotach, na wsi, gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzą, przy okazji jakiegoś sąsiedzkiego sporu sąsiedzi, ludzie do tej pory bardzo życzliwi, mogą powiedzieć takiemu dziecku, że zamordowało własne rodzeństwo. Psychika ludzka jest bardzo delikatna i może to być początek tragedii.

Przykład posła PiS-u Jerzego Rębaka, który powiedział do dzieci zwiedzających Sejm, że „aby siostrzyczka czy braciszek urodzili się z in vitro, kilkoro z nich musi umrzeć”, jest doskonałą ilustracją groźnych skutków nauczania komisji bioetycznej KEP. Przecież on nigdzie indziej się nie nauczył tego typu sformułowań, tylko właśnie w kościele. Ja się – paradoksalnie – cieszę, że to powiedział. Może uświadomi to biskupom, którzy twierdzą, że nikogo nie piętnują, jak groźna jest retoryka, którą stosują.

Rola Kościoła nie kończy się na piętnowaniu i obrażaniu z ambony dzieci z in vitro i ich rodziców. Przez lata Kościół był jednym z najaktywniejszych lobbystów, dążąc do wprowadzenia zakazu stosowania tej metody w Polsce.

Z tym dokumentem bioetycznym KEP w ogóle są problemy. Nie dość, że nie dodaje żadnych nowych argumentów do instrukcji Ratzingera sprzed 26 lat [22 lutego 1987 r., „Donum vitae”], to tylko zaostrza retorykę. Nie wiadomo też, do kogo jest skierowany. Jeśli do wiernych, to oni go nie czytają, jeśli do polityków, to zaowocował tym, jak powiedział abp Michalik, że mamy najgorszy możliwy stan, mianowicie bezprawie. […]

Mnie w kościelnej retoryce uderza jeszcze to, że Kościołowi wydaje się, iż w przypadku in vitro można oddzielić sposób poczęcia – in vitro, od rezultatu – powołania życia. I że piętnując metodę poczęcia, nie piętnuje jednocześnie jej owocu, dziecka. Ale nie można oddzielić metody od owocu, bo gdyby nie in vitro, to dziecka by nie było.

Niewątpliwie Kościół przypina dzieciom in vitro metkę. Mówi: „Jesteście za cenę życia waszego rodzeństwa, no trudno, żyjcie z tym przeświadczeniem”. Trzeba by spytać abp. Michalika czy abp. Hosera, dlaczego oni uważają, że to nie jest piętnowanie. Uważam, że te głosy są bardzo wyrazistą i głośną cząstką Kościoła, która w rzeczywistości stanowi jego mniejszość. Ja starałem się wyrazić swój sprzeciw wobec takich krzywdzących opinii i w związku z tym dla tych, którzy je głoszą, stałem się przeszkodą do usunięcia. Jestem przekonany, że w ogromnej większości przypadków księża są otwarci, tolerancyjni, szukają porozumienia z wiernymi i pochylają się nad prawdziwymi problemami ludzi, m.in. takimi jak niepłodność.

Ale niestety, są też głosy bardzo wyraziste i jednoznaczne, które piętnują, często obrażają i stanowią nieprzekraczalną barierę dla tych, którzy chcieliby inaczej. Zupełnie niepotrzebnie według mnie. […]

Apeluje ksiądz o szacunek do dzieci poczętych in vitro i ich rodziców, ale popiera ksiądz stanowisko Kościoła w tej sprawie, jest przeciwnikiem in vitro.

To, że nie jestem zwolennikiem in vitro, nie znaczy, że jestem przeciwnikiem osób korzystających z tej procedury czy że będę mówił o dzieciach poczętych in vitro jako o produktach.

To są dosyć subtelne różnice leksykalne.

Uważam, że Kościół powinien głosić szacunek do każdego życia poczętego. I na ile to nauczanie będzie skuteczne, na tyle będziemy się cieszyć jego owocami. Natomiast […] widzę, że ten pierwszy kościelny argument dotyczący mrożenia zarodków traci na zasadności… Jak mówię, że moja opinia na temat mrożenia zarodków się zmieniła, to dlatego, że rozmawiałem z rodzinami starającymi się o dziecko dzięki IVF, które mi powiedziały, że trzy pierwsze zarodki, które implantowano, obumarły, i dopiero kolejne, które były wcześniej zamrożone, się przyjęły. Kiedy abp Michalik mówił o płynnym azocie, to pamiętałem słowa tej rodziny i wiedziałem, że nie można tak prosto. Ale nie powiem, że jestem zwolennikiem mrożenia zarodków, bo za chwilę przyczepią mi łatkę, jak pani tę „bruzdę”, że jestem mordercą.

Czyli że jeślibyśmy nie mrozili zarodków, tylko gamety, oraz jeśli wszystkie powstałe zarodki zostałyby wszczepione do macicy, to wtedy byłby ksiądz za in vitro, dopuszczałby taką formę zapłodnienia?

Takiej odpowiedzi pani ode mnie nie uzyska. Ja nie jestem zwolennikiem tej metody. Nie będę namawiać wiernych do korzystania z niej.

No ale w trakcie naszej rozmowy wyszło, że merytoryczne zastrzeżenia Kościoła są już dziś albo z medycznego punktu widzenia mogą być nieadekwatne. Czy sam fakt, że komórka jajowa łączy się z plemnikiem na szkiełku, a nie w organizmie matki, wystarczy, żeby potępiać in vitro, mówiąc, że to „niegodziwe poczęcie”?

Chce pani mnie zepchnąć na tę pozycję, na którą próbują mnie zepchnąć nasi hierarchowie. Na pozycję człowieka, który się jasno opowie, że jest zwolennikiem in vitro, czyli zaprzeczy nauce Kościoła w tej sprawie.

To naprawdę taka ogromna różnica, gdzie się plemnik z komórką jajową łączy?

Dla mnie? Nie.

Czytaj całą rozmowę w „Wysokich Obcasach” z 3 sierpnia


Bio

Agnieszka Ziółkowska

| Aktywistka miejska
Ukończyła italianistykę oraz hispanistykę na poznańskim UAM-ie, obecnie studiuje w Kolegium Europejskim w Natolinie. Aktywiska miejska i działaczka społeczna związana ze Stowarzyszeniem My-Poznaniacy. Zaangażowana w kampanię przeciwko budowie osiedla kontenerowego w Poznaniu. Koordynatorka działań na rzecz powołania Okrągłego Stołu ds. Polityki Mieszkaniowej w Poznaniu. Jedna z inicjatorek i współorganizatorka I Kongresu Ruchów Miejskich. Członkini Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.