Kraj

Kobiecy desant na patriarchalną agorę

Szczyt Nato 2014

Kiedy mężczyzna wychodzi z domu, spotyka innych mężczyzn i przełącza się na „tryb agoralny”, nieświadomie i konsekwentnie segreguje – błahe i niewidzialne kobiety na lewo, mężczyźni ważni jako agoralni gracze, na prawo. Kiedy my, kobiety, wchodzimy w przestrzeń publiczną, znajdujemy się w obcym miejscu i źle się w nim czujemy. W mediach, na konferencjach, na partyjnych naradach, na publicznych zebraniach w pracy, trudno zabrać głos, niełatwo sformułować myśli.

1.

Będę odwoływać się w tym tekście do kulturowego wzoru, który od wieków kształtuje społeczne położenie kobiet i mężczyzn. Ten model wypowiadam w formie skrajnie uproszczonej (wiem, że nie pasuje on do wielu indywidualnych przypadków). Według patriarchalnych wyobrażeń kobiety prowadzą prywatne życie, tworzą i kultywują dom, do mężczyzn natomiast należy przestrzeń publiczna zwana w starożytnej Grecji agorą (rynkiem, najważniejszym placem w mieście).

Przestrzeń publiczna i prywatna, agora i dom. Sposób wyrażania się ma kluczowe znaczenie dla naszego sposobu postrzegania zjawisk i dla naszego działania. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegamy zagrożenia w tym, że istnieje męska przestrzeń publiczna i kobieca przestrzeń rodzinna. Znak dodawania sugeruje istnienie dwu równorzędnych sfer, a tymczasem w patriarchalnej rzeczywistości społecznej przestrzenie te są zhierarchizowane, to agora kieruje całym życiem społecznym – w tym także domową sferą.

Patriarchalny mężczyzna zamyka drzwi domu i przestaje się martwić tym, co w domu zostawił. Dzieci, starzy rodzice, członkowie rodziny z niepełnosprawnościami, to sprawa żony i matki (wiem, że jeśli miałyście szczęście, wasi partnerzy zachowują się inaczej, tutaj jednak staram się oddać siłę patriarchalnego nacisku dążącego do tego, żeby kobiety pomieściły się w sferze prywatności, a mężczyźni ruszyli ku agorze).

Uważajcie na kobiety

Kiedy więc tradycyjnie ukształtowany mężczyzna wychodzi z domu, spotyka innych mężczyzn. Niekiedy dosłownie spotyka przede wszystkim mężczyzn (chyba że ma romans, ale spotkanie z kochanką w niczym nie zagraża podziałowi kulturowej przestrzeni na dom i agorę), najczęściej jednak przełącza się na „tryb agoralny”, to znaczy odnotowuje jako znaczące (ważne dla siebie) spotkania z innymi mężczyznami: można powiedzieć, że nieświadomie i konsekwentnie segreguje – błahe i niewidzialne kobiety na lewo, mężczyźni ważni jako agoralni gracze, na prawo – kobiety do dołu, mężczyźni w górę.

Mężczyzna nastawiony na właściwą agoralną częstotliwość kontaktuje się z nadającymi na tej samej fali kolegami, rywalami, zwierzchnikami. Robi to raz w sytuacjach oficjalnych i urzędowych, a innym razem w sferze koleżeńskiej (pijackiej najczęściej) – różnica w gruncie rzeczy jest niewielka, męska więź pozostaje taka sama i w knajpie i na zebraniu partyjnym i na posiedzeniu parlamentarnym.

Pod wieloma względami więź ta się degraduje, ale nie zmienia, miedzy innymi dlatego, że patriarchalne jądra ciemności – wojsko, rozmaite służby mundurowe, katolicki kościół – ciągle oddziałują na całe życie społeczne wzmacniając dominującą pozycję mężczyzn.

Kiedy my, kobiety, wchodzimy w przestrzeń publiczną, znajdujemy się w obcym miejscu i źle się w nim czujemy. W mediach, na konferencjach, na partyjnych naradach, na publicznych zebraniach w pracy, trudno zabrać głos, niełatwo sformułować myśli. Mamy wrażenie, że wszyscy się na nas gapią a jednocześnie, że nikt nas nie słucha, że lekceważy się nasze słowa. Te wrażenia są przykre, a w dodatku rodzą się z pozornie nieważnych gestów. Kobieta wchodząc w przestrzeń publiczną styka się z barierą utkaną z błahostek, jest więc zdezorientowana, nie wie, czy może zaufać swoim odczuciom, nie wie, czy to, co przeżywa, jest prawdą, czy tak tylko jej się wydaje.

Nie jesteśmy przewrażliwione, nie jesteśmy wariatkami. Małe sygnały mówią coś ważnego, są śladami dotknięcia mocno strzeżonych granic i zakazów kulturowych. Natknęłyśmy się na jakiś niewidzialny, ale realny drut kolczasty. Trzeba sobie zaufać: jeśli źle się czuję, to znaczy, że jestem źle traktowana.

Istnieje drugie równie ważne znaczenie istnienia niewidzialnej zapory. Jeśli zakazują mi wejścia, jeżeli jakaś przestrzeń jest pilnie strzeżona, to znaczy również, że za barierami jest coś wartościowego, jakiś skarb, którym nie chcą się podzielić.

Właściwie wiemy, czym jest ten skarb: to władza, prestiż i pieniądze. Mężczyźni, którzy dotąd jako jedyni dysponowali tymi dobrami, nie chcą się nimi podzielić z kobietami.

Jednak mimo oczywistości powodów, dla których granice sfery publicznej są aż tak uparcie bronione, istnieją inne, bardziej złożone i trudniejsze do uchwycenia, i nimi właśnie chciałabym zająć się w tym tekście.

Wymiar, o którym będę pisała, jest czymś w rodzaju muzycznego akompaniamentu towarzyszącego głównej linii melodycznej – którą jest, oczywiście, obrona męskiego monopolu na posiadanie władzy, pieniędzy i prestiżu. Jednak akompaniament i podstawowa linia melodyczna często się przenikają – a nawet zamieniają miejscami.

Mężczyźni nie chcą dzielić się władzą, prestiżem i pieniędzmi, a jednocześnie nie chcą, żeby równoprawna obecność kobiet w sferze publicznej zmuszała ich do wysiłku, nie chcą siebie mozolnie przekształcać, nie chcą trudnej dla siebie, nowej emocjonalności. W terminach psychoanalitycznych powiem, że nie chcą pracy na obszarze libidalnym.

Kiedy w przestrzeni publicznej pojawiają się nowe graczki (będę tak nazywała polityczki, działaczki, ekspertki, które chcą egzekwować większy udział kobiet w przestrzeni publicznej i są świadome genderowych napięć z tym związanych), które mają kartę wstępu (w postaci czynnych i biernych praw wyborczych) wszystko, co dotąd w sferze publicznej robili męscy gracze, co urządzili pod kątem własnych potrzeb, staje się widzialne i ulega zakwestionowaniu. To podważenie starego kształtu politycznego pola jest jednak na tyle słabe, że tradycyjni gracze bez przerwy usiłują wrócić do poprzedniego, czysto patriarchalnego stanu. Nowe graczki egzekwują swoje prawa i możliwości z wielkim trudem, co chwila wycofują się pod naporem pozornie drobnych przeszkód.

Przez wieki systematycznie mylono sferę więzi międzymęskich z przestrzenią publiczną. Ta systemowa, ciągle popełniana pomyłka do dziś powoduje, że każde nieco większe skupisko mężczyzn staje się do pewnego stopnia fenomenem agoralnym. Wspólna obecność wielu mężczyzn uświęca ich skupiska, pozwala odprawiać razem coś w rodzaju świeckiego kadiszu czy mszy. A z drugiej genderowej strony nawet wielkie zgromadzenia kobiet rozmawiających o publicznych sprawach z trudem dobijają się o status agoralny. W świetle patriarchalnych wyobrażeń ciągle nie rodzi się pomiędzy kobietami wzniosła, uświęcająca je wspólnota.

Dlaczego kobiety nie chcą rządzić?

Kiedy mężczyźni załatwiają rozmaite publiczne, polityczne sprawy, kiedy pracują merytorycznie, cały czas znaczną część ich uwagi absorbują więzi pomiędzy nimi samymi, nawiązuje się pomiędzy graczami rywalizacja, która podlega skomplikowanym regulacjom i zakazom. Mężczyźni na agorze są więc bardzo absorbowani, bo z jednej strony pracują nad wieloma konkretnymi kwestiami, a z drugiej muszą podtrzymywać właściwe, agoralne relacje z innymi graczami. Teraz ich zadanie jest jeszcze trudniejsze, bo większość mężczyzn na agorze zajmuje się również (mechanicznie, w znacznej części nieświadomie) wypychaniem kobiet ze sfery publicznej.

Z punktu widzenia tradycyjnych właścicieli sfery publicznej, wraz z graczkami, które wtargnęły na agorę, pojawia się coś, czego tam nie powinno być, coś zbędnego. Gracze mają wrażenie jakby się cofnęli, jakby wrócili do domu, do sypialni czy pokoju dziecięcego (do pokoju własnych dzieci czy wręcz do wspomnień ze swojego dzieciństwa). Mają wrażenie, że kobiety ściągają ich w dół, że przynoszą ze sobą dom, prywatność, heteroseksualną miłość, cały cielesny, kobiecy nieporządek spraw niższych – wszystko, co męski krąg agoralny wykluczył z siebie, żeby zbudować sferę więzi pomiędzy mężczyznami i żeby ten krąg stał się „właściwą”, patriarchalną sferą polityczną.

Większość mężczyzn na agorze zajmuje się również (mechanicznie, w znacznej części nieświadomie) wypychaniem kobiet ze sfery publicznej.

Kobieta na agorze jest dla tradycyjnych graczy obcym i nieodpowiednim ciałem i na tę odrażającą niestosowność reagują dyscyplinującym kobiety atakiem seksualnym – słownym najczęściej (ale nie zawsze tylko słownym). Agresja seksualna dokonywana przez jednego gracza odbywa się przy poparciu, a właściwie przy biernym lub czynnym współudziale, większości graczy.

Rozumiemy więc teraz lepiej dlaczego próba wejścia w przestrzeń publiczną daje efekt dotknięcia przez kobietę niewidzialnego drutu kolczastego. Każda wkraczając na agorę przechodzi przez zamontowaną na wejściu seksualną bramkę – jest to chwila, gdy zostaje seksualnie zaklasyfikowana, oceniona, w jakimś sensie symbolicznie zgwałcona i to ma ją przestraszyć, odepchnąć, unicestwić jako agoralnego gracza.

Ponieważ mężczyźni w sferze publicznej są, grają razem, męska wspólnota ich uświęca i nadaje im moc, atakując nowoprzybyłą dokonują zbiorowego gwałtu symbolicznego o wielkiej emocjonalnej mocy. Po tym symbolicznym gwałcie zbiorowym kandydatka na gracza powinna odejść – i bardzo wiele odchodzi naprawdę (albo, intuicyjnie przewidując przebieg wydarzeń, rezygnuje jeszcze wcześniej).

Sposób istnienia tradycyjnej agory polegający na systemowym myleniu kręgu męskich więzi ze sferą polityczności ma ogromne znaczenie dla kształtowania się całej sfery popędowej i emocjonalnej kobiet i mężczyzn. Agoralna sfera związków pomiędzy mężczyznami odgrywa ogromną rolę w wytwarzaniu aktywnej i niesublimowanej heteroseksualności pozaagorowej, otwartej (i pogardzanej) homoseksualności pozaagorowej oraz wysoce przetworzonej męskiej więzi na agorze.

Wymiar seksualny kształtuje agorę nieustannie co wraz z przybyciem kobiet demonstruje się w drastyczny sposób jako fenomen zbiorowego gwałtu wojennego, ale seksualność współtworzy agorę od zawsze. Mężczyźni pomiędzy sobą wchodzą w przestrzeni agory w relacje poskromione – opisywane jako czyste, polityczne czy wręcz duchowe.

Więc kiedy niektóre kobiety, nowe graczki, nie dają się zastraszyć, kiedy udaje się im przepracować dla niektórych przykrość, dla innych traumę symbolicznego gwałtu zbiorowego, i jednak wkraczają w przestrzeń agory, widzą mężczyzn między sobą, widzą ich gry i gesty zrodzone z ujarzmianych przez wieki pragnień.

Widzimy wtedy, jesteśmy świadkiniami rozmaitych międzymęskich gier. Chociaż agora nie opiera się na celibacie – wprost przeciwnie, mężczyźni chwalą się swoimi podbojami, wymieniają, ile kobiet zaliczyli, chociaż agoralne reguły zakładają, że kobiety są wymienialne i że gracze mają z tego korzystać całymi garściami – to jednak konstruuje się ona na dwu zakazach/nakazach dotyczących seksualności:

Po pierwsze i najważniejsze – patriarchalni gracze nie mają (nie powinni) uprawiać seksu między sobą.

Po drugie, krąg patriarchalnej agory ciągle wywiera nacisk, żeby gracze nie traktowali poważnie pozaagorowych relacji hetero- i homoseksualnych. Męscy gracze są ciągle nakłaniani do degradowania swoich pozaagorowych związków. Poprawny patriarchalny gracz, to mężczyzna, który zalicza kolejne kobiety – najlepiej mając uwięzioną w przestrzeni domowej żonę z dziećmi – nade wszystko jednak wzniośle (i bezwzględnie) gra z innymi mężczyznami w agoralnym kręgu.

Więc dopóki agora uświęca męskie więzi – konsekwentnie, systemowo myli męskie relacje ze sferą publiczną – dopóty kobiety będą traktowane jako drugi sort człowieka, a w miłość heteroseksualną wpisana będzie degradacja kobiet. Męscy gracze będą skłaniani do tego, żeby wchodzili w dwie agresywnie modyfikowane, deformowane relacje: lekceważone, fragmentaryzowane i instrumentalizowane związki z kobietami oraz oparte na zakazie więzi fizycznej agorowe relacje z innymi męskimi graczami.

Są, oczywiście, dość liczni „zdrajcy”. Nie wszyscy mężczyźni są tak samo podatni na emocjonalny szantaż męskiego kręgu i nie wszystkie związki hetero- i homoseksualne udaje się podporządkować agorze – w pełni czy nawet częściowo.

Jednak pomimo oporu niektórych mężczyzn, całość kulturowa, którą staram się opisać, wytwarza wyjątkową jednorodność sfery politycznej zespolonej z kręgiem męskich więzi. Ta uświęcona przez wieki jednorodność męskiego i politycznego kręgu – nieobecność realnych kobiet, dolegliwe wewnątrzmęskie regulacje libidalne, wielowiekowe męskie gadanie o kobietach bez ich obecności, trudne i niebezpieczne gry agoralne, przede wszystkim agoralna rywalizacja – wszystko to wytwarza szczególne napięcia emocjonalne i libidalne a przez to działa jak narkotyk wywołujący rozmaite halucynacje męskiego kręgu agoralnego. Można powiedzieć, że wytwarza częściową ślepotę męskich politycznych graczy.

Kiedy kobiety czują się jak oszustki

Nowe graczki wkraczając na agorę są w stanie dostrzec, że męscy gracze, zaabsorbowani sobą, zajęci agorowymi działaniami, są jakby zaczadzeni, tkwią w środku swoich omamów. W pełni uzasadniony jest pogląd, że tradycyjni gracze prowadzą rozmaite polityczne pojazdy po pijaku, na haju jednorodności.

Nowe graczki powinny uparcie dążyć do wejścia na agorę i przekształcenia jej, bo coraz wyraźniejsze stają się niebezpieczeństwa z tym związane ze splataniem męskiego z politycznym. Kiedy męski krąg halucynował na rynku w starożytnych Atenach, zagrożenie dla Grecji było olbrzymie, ale świat jako całość miał jeszcze znaczne rezerwy – dziś już tak nie jest. Półślepota ciągle jeszcze prawie wyłącznie męskiego kręgu politycznego i wytwarzanie przez patriarchalną agorę potężnych fal backlashu, to problem planetarny.

Coraz wyraźniejsze stają się niebezpieczeństwa związane ze splataniem męskiego z politycznym.

Nasze pojawienie się i skuteczne działanie w sferze publicznej zmienia dotychczasowy kształt relacji pomiędzy domem i agorą, zmienia miłość heteroseksualną i homoseksualną, ma moc modyfikowania mechanizmów sublimacji. Poprzez udział w życiu politycznym robimy wszystko na raz, cała patriarchalna sieć ludzkich relacji ulega przekształceniu.

Każde wejście kobiety w sferę publiczną coś zmienia i jest minimalnym aktem buntu. Ten akt może pozostać minimalny i uśpiony (zmarnowany), można jednak maksymalnie spotęgować jego moc.

Być może dopiero teraz, po stuletniej, słabej, ale realnej i narastającej liczbowo, obecności kobiet w polityce, mamy szansę osiągnąć nowy szczebel naszego politycznego statusu. W wielu sprawach, w wielu krajach, kobiety całkiem sporo już osiągnęły, obecnie przyszedł czas na bardziej kompleksowe wykorzystanie genderowej świadomości nowych graczek.

2.

Ta skomplikowana teoria, którą tutaj przedstawiam (wykorzystuję w niej, parafrazuję, pomysły i terminy, między innymi, Eve Kosofsky Sedwick, Luce Irigaray, Seyli Benhabib oraz Carol Giligan) okazuje się poręcznym i praktycznym instrumentem, pozwala bowiem analizować rozmaite wydarzenia i zjawiska w pożywny poznawczo sposób. Przedstawię teraz kilka przykładów (różnej wagi) zjawisk i wydarzeń, które interpretuję posługując się rozmaitymi aspektami przedstawionej wyżej koncepcji.

Alimenty to nie prezenty: Kijowski i koderki

Gdyby działaczki KOD-u weszły w proces (który staram się w tym tekście zarówno opisywać, jak i postulować), to znaczy szły od dostrzeżenia swojej wynikającej z bycia kobietą niepewności do przyjęcia statusu nowych graczek, gdyby poruszały się od słabości do poczucia wagi lekceważonych dotąd racji, wtedy na pierwszą wiadomość o zaległościach alimentacyjnych Mateusza Kijowskiego, odebrałyby mu przywództwo KOD-u. Komitet Obrony Demokracji ze swoim osmotycznym, niepartyjnym statusem jest idealnym miejscem na pole treningowe dla nowych graczek.

KOD powinien wyłonić z siebie przede wszystkim kobiecą czołówkę polityczną, która otworzyłaby organizację na to, co potencjalne i nowe – na to, co jest niezbędne, żeby Polska nie zadusiła się między PO a PiSem.

Eksperyment na sobie samej

Wraz z kilkoma innymi członkiniami i członkami trójmiejskiej organizacji Tolerado byłam obecna na gdańskim spotkaniu z Jamesem Cameronem, amerykańskim działaczem propagującym ideę nawracania lesbijek i gejów na heteroseksualność. Kiedy wychodziłam z „wykładu”, pod wpływem wzburzenia wyrzuciłam z siebie kilka głośnych, gniewnych słów. W odpowiedzi jeden z młodych mężczyzn krzyknął do mnie: „Ale jesteś brzydka”.

Dwudziestokilkuletni narodowiec zdecydował się przeczołgać przez seksualną bramkę kobietę znacznie starszą od własnej matki – ilustrując tezy, które tutaj przedstawiam.

„Umówmy się, który z nas będzie dzisiaj reprezentował sprawy kobiet”

Znany mem Marty Frej przedstawiający scenę z programu Kawa na ławę Bogdana Rymanowskiego wraz powyższą kwestią włożoną w usta prowadzącego, uważam za nieudany (choć zazwyczaj lubię prace tej artystki). Gdyby któryś z przedstawionych na obrazku panów rozumiał z genderowego aspektu polityki choć tyle, żeby móc wypowiedzieć powyższe zdanie, oznaczałoby to, że widzi brak i jest zdolny o nim mówić. Tymczasem dla Rymanowskiego, i innych tradycyjnych polityków i dziennikarzy, agora złożona z samych mężczyzn jest kompletna, nikogo i niczego na niej nie brakuje. Paradoksalnie, to właśnie nieobecność kobiet jest warunkiem agoralnej pełni.

I to jest właśnie jeden z ważniejszych symptomów bycia na haju, prowadzenia politycznych pojazdów po pijaku.

Piątkowa trzódka

Inna wpływowa postać liberalnych mediów, publicysta o lewicowych tym razem poglądach, Jacek Żakowski, prowadzi w radio TokFM cotygodniowe audycje poranne. Słuchając piątkowych poranków mam okazję obserwować, jak niewygodne jest dla gracza spotkanie z kobietą w polu publicznym. Dla libidalnego komfortu mężczyzny publicznego najlepiej jest, gdy kobiety oraz eksperci i politycy, z którymi gracz omawia ważne sprawy, występują osobno. Gdy ekspertka przechodzi przez seksualną bramkę, zwłaszcza z oceną „dobra dupa” (inna sprawa, że lekceważenie nietrakcyjnej kobiety też zagraża rozmowie w przestrzeni publicznej), uwaga prowadzącego rozprasza się. Doświadczony dziennikarz (jakim jest Jacek Żakowski) nieźle radzi sobie ze swoją libidalną niewygodą, gdy jest z intruzką sam na sam: ustawia wtedy emocjonalny zoom na stały dystans i prowadzi rozmowę ostrożnymi ruchami.

Niedoświadczeni gracze w innych programach i na innych publicznych zebraniach zachowują się dużo gorzej: często zdarza mi obserwować dyskusje, gdzie młodzi eksperci czy politycy napadają nagle na swoje rówieśniczki i przez gniewne dąsy dają im do zrozumienia: „co ty tu robisz, nie chcę z tobą rozmawiać, twoje miejsce jest w moim łóżku”.

Doświadczenie Żakowskiego (którego zresztą lubię i szanuję) nie pomaga mu w bardziej złożonych sytuacjach, w kilkuosobowym mieszanym gronie. Żywa i nieobliczalna dyskusja z jej podskórnymi napięcia erotycznymi wymaga nieustannego korygowania autopilota komunikacji, a to jest dla publicysty bardzo uciążliwe. Dlatego co piątek spotyka się z „trzódką” – ekipą tych samych, wyłącznie męskich komentatorów i tylko od czasu do czasu decyduje się na wysiłek rozmowy z kobiecą grupą dziennikarek i ekspertek. Wtedy jego komunikacyjny i libidalny autopilot zajmuje specjalną, ale jednak – znowu – w miarę ustabilizowaną pozycję.

Sądzę, że rozmaite „babilony” z punktu widzenia wkraczania kobiet na agorę mają ograniczone znaczenie, najważniejsze są bowiem heterospołeczne interakcje kobiet i mężczyzn na politycznym polu. Tylko wtedy gimnastykują się – ideologicznie i libidalnie – zarówno gracze jak i nowe graczki.

Jak trudny jest trening emocji i pragnień, widać po fotografiach i materiałach wideo z wielu politycznych debat także lewicowych środowisk: zdecydowana większość obrazków zamieszczona w materiałach internetowych Krytyki Politycznej przedstawia przemawiających mężczyźni i pilnie słuchające ich dziewczyny. Zespolenie kręgu męskich więzi z polem polityczności jest pierwszym odruchem wszystkich agoralnych ugrupowań, różnica między lewicą i prawicą polega na tym, że ta pierwsza usiłuje praktykować wolę genderowej zmiany.

3.

Mamy duży kłopot, gdy stykamy się ze zdrajczyniami kobiecej sprawy, z polityczkami, które szkodzą interesom kobiet (w feministycznym języku nazywa się je „strażniczkami patriarchatu”).

Sądzę jednak, że nie powinnyśmy peszyć się za bardzo – korzyści z obecności konkretnych polityczek na agorze warto, jak sadzę, nie traktować zerojedynkowo, ale stopniować i niuansować posługując się (na przykład) skalą punktową. Warto mierzyć skuteczność zakłócania odwiecznego zespolenia przestrzeni publicznej z męskim kręgiem i wiązać – albo oddzielać – to zakłócenie z korzyściami wynikającymi z reprezentowania kobiecych potrzeb i aspiracji.

Na użytek tego tekstu proponuję skalę od 1 do 5.

„Jedynka” to minimalna korzyść wynikająca z dosłownej obecności – i nic więcej, żadnej genderowej świadomości, żadnych działań na rzecz kobiet, żadnych postępów w egzekwowaniu demokracji. Takie polityczki jak polskie trzy Beaty – Szydło, Mazurek, Kempa – w wymiarze konkretnych decyzji szkodzą kobietom i społeczeństwu i tylko na jeden sposób – poprzez rozluźnianie splotu tego, co męskie i polityczne (w planie długofalowym) – ich obecność w polityce ma aspekt dodatni.

Polskie gotowanie żaby

Musimy przyjąć do wiadomości istnienie niewygodnej sprzeczności: nawet obecność ewidentnych strażniczek patriarchatu ma w sobie minimalny ładunek wywrotowości. Myślę jednak, że są sytuacje, gdy korzyści długofalowe okazują się mniejsze niż bezpośrednie zagrożenia związane z bieżącymi działaniami – i to jest, jak sadzę, dzisiejszy przypadek pań B.

Komplet pięciu punktów to wkładanie kija w męskie reguły agoralnej gry i uparte dążenie do polityki prospołecznej, nieopartej na halucynacjach męskiej jednorodności. To budowanie swojego obrazu polityczki w taki sposób, żeby przejście przez seksualną bramkę zostało przez nową graczkę przyjęte do wiadomości i przepracowane tak, żeby następne kobiety wkraczające w przestrzeń publiczną, mogły być mniej bezradne i straumatyzowane, bardziej pewne siebie.

Funkcjonowanie walkirii z PiS-u, fanatyczek z Ordo Iuris, ale także wielu polityczek z Platformy Obywatelskiej to dla mnie przykłady złego funkcjonowania kobiecych graczy w polityce, zwłaszcza szkodliwego używania kobiecych kompetencji komunikacyjnych. W patriarchalnym świecie to kobiety wytwarzają większość społecznego kleju. Kobiety niedążące do emancypacji, kobiety-politycy ślepe w kwestiach płci (a także innych różnic) używają tego spoiwa do konserwowania (jak popadnie) wszelkich tradycyjnych więzi.

4.

Zastanówmy się, jak dotąd działały te kobiety, które były w polityce najskuteczniejsze. Wydaje się, że można je podzielić z grubsza na dwa typy: na misjonarki, bojowniczki jakiejś sprawy oraz te, które się przystosowały do męskiej agory i zostały honorowymi – często supermęskimi – agorowymi graczami.

Misjonarka ma misję i jej poświęcenie się sprawie powoduje, że dla niej nieważny jest osobisty koszt przedarcia się na agorę. Tego rodzaju siłaczka nie widzi, nie obserwuje siebie samej, redukuje swoją wrażliwość na relacje międzyludzkie, nie rejestruje symbolicznego gwałtu, z którym się spotyka, bo musi wykonać swoje zadanie.

Ponad 90 proc. Polek doświadczyło przemocy seksualnej

Drugi model skutecznego postępowania również, choć w inny sposób, przypomina zachowania symbolicznego kamikadze: wyjątkowo twarda i bezwzględna zawodniczka – taka jak Margaret Thatcher – zostaje honorową mężczyzną i gra jako pełnoprawny agoralny gracz. Wywołuje to narcystyczne samozadowolenie, taka polityk mówi sobie: „jestem wyjątkowa”.

I misjonarka, i następczyni Margaret Thatcher idą w zaparte – jedna i druga znieczula się genderowo: jak lodołamacz przełamują one ignorowanie swojego głosu i racji, bezrefleksyjnie znoszą długotrwałą niechęć graczy, zdając się nie przyjmować do wiadomości halucynacyjnego wymiaru męskiej agory.

Najczęściej kobietom, których obecność w polityce byłaby – i dla nich samych, i dla społeczeństwa – bardzo pożyteczna, oba te wzorce nie odpowiadają zupełnie. Obie te postawy przechodzą obojętnie wobec traumatyzującego doświadczenia, wspólnego, jak sądzę, wszystkim kobietom, które pojawiły się – choć raz – w przestrzeni publicznej. Zdezorientowane potencjalne nowe graczki, które nie chcą przejść do porządku dziennego nad symboliką gwałtu zbiorowego pytają siebie same: dlaczego chcieli mnie zabić? Dlaczego nikt poza mną zdawał się tego nie widzieć?

5.

Świadome doświadczanie niedogodności kobiecego wdzierania się na agorę przynosi ważną wiedzę o tym, jak funkcjonuje patriarchalne społeczeństwo i polityka; pokonywanie zapory jest przeżyciem, które trzeba zapamiętać i przemyśleć. Tylko niebohaterskie działaczki, tylko nie-lodołamaczki, pamiętają i usiłują ochronić siebie przed nazywaną po imieniu, analizowaną opresją. Dzięki temu są wiarygodne, gdy namawiają następne kobiety, żeby również desantowały się na agorę.

Tylko kobiety niedostosowane, zdolne podglądać patriarchalnych graczy, nowe graczki konfrontujące swój punkt widzenia z halucynacjami męskiego kręgu, naprawdę mogą coś zmienić. Czułe uczestniczki nowej gry zdobywają wiedzę, której nie daje – początkowo konieczny – atak „na rympał”, charakterystyczny dla misjonarek (nie mówię o następczyniach Margaret Thatcher, bo one z reguły grają przeciw kobietom).

Obecnie w Polsce mamy niezwykłą szansę, ponieważ – zwłaszcza po czarnych protestach – pojawiły się kobiety, które zarazem mogą (a niektóre już chcą) grać politycznie, a jednocześnie są gotowe podważać reguły patriarchalnej agory. Nowe graczki są w stanie eksperymentować, sprawdzać w działaniu inne możliwości.

Nam się zaczęło pod dupą palić… Kim są organizatorki czarnego protestu?

Te możliwości, realne i ważne, są jednak kruche, słabo jeszcze widoczne i mogą zostać zmarnowane. Zostaną roztrwonione, jeśli nie uświadomimy sobie jasno, że czarny protest to tylko początek długiej drogi. Obrona praw reprodukcyjnych kobiet w państwie przygniecionym potęgą Kościoła Katolickiego, nie może skupiać się tylko na kwestii aborcyjnej (co nie znaczy, że możemy ją odpuścić, w żadnym wypadku), kwestia wolności wyboru musi stać się częścią całościowego programu modernizacji i demokratyzacji państwa i społeczeństwa.

Za każdym razem, gdy walczymy o nowoczesne i sprawiedliwe państwo, walczymy o dostęp do aborcji, za każdym razem, gdy bronimy prawa kobiet do wyboru, działamy na rzecz sprawiedliwości społecznej.

Najważniejsze jest, że znaczącą politycznie grupę Polek można – w znacznie większym stopniu niż mężczyzn – przekonać do zmiany (korekty, uspójnienia, uczynienia bardziej konsekwentnymi) swoich poglądów. Bardzo dobitnie udowodnił to czarny protest: z dnia na dzień setki tysięcy Polek wyszły na ulicę przeciwstawiając się – skierowanemu przeciw sobie – sojuszowi tronu i ołtarza (pamiętajmy, że znaczna część protestujących to katoliczki). Trzeba przekonać tę część Polek, że przeciw antykobiecej i antymodernizacyjnej zmowie konserwatywnej władzy i Kościoła da się skutecznie walczyć tylko na szerokim, politycznym polu.

Jest oczywiście wiele przeszkód. Najważniejsza jest ta, do której ciągle wracam: wejście w przestrzeń publiczną to dla wielu kobiet doświadczenie traumatyczne. A przy tym ciągle jeszcze decyzja zaangażowania się nie wydaje się im sprawą życia czy śmierci. Wyobrażają sobie, że pozostanie w sferze (zanikającej w gruncie rzeczy) prywatności jest sensowną i niekosztowną opcją. Przekonywanie, że jest inaczej, musi być zróżnicowane, perswazja musi brać pod uwagę wiek i środowisko społeczne: na młodsze kobiety wielki wpływ ma poradnictwo kobiecej kultury popularnej, starsze zatrzymuje w kręgu tradycyjnych wyobrażeń Kościół katolicki. Do pierwszych warto mówić ciągle o tym, o czym pisałam w pierwszej części tego tekstu. Dopóki agora pozostaje sferą męskich więzi, dopóki konsekwentnie, systemowo myli się męskie relacje ze sferą publiczną, dopóty kobiety będą traktowane jako podrzędny gatunek człowieka, a w miłość heteroseksualną wpisana będzie degradacja kobiet. Jeśli nie zdobędziemy pozycji nowych graczek, większość mężczyzn będzie ciągle wchodzić w dwa typy ubogich, nieustannie degradujących się, relacji: w lekceważone, fragmentaryzowane i instrumentalizowane związki z kobietami oraz oparte na zakazie więzi fizycznej agorowe relacje z innymi męskimi graczami.

Do tradycyjnych, ludowych w typie pobożności katoliczek jeszcze trudniej jest dotrzeć i na pewno nie warto żywić zbyt wielu złudzeń. Warto jednak namawiać do samoorganizowania się te i tych – licznych przecież – które i którzy nie zgadzają się ze skrajnymi poglądami polskich hierarchów. Trzeba ciągle pytać wiernych Kościoła Katolickiego, dlaczego nie zawiązują ruchów Katolicy i Katoliczki za Wyborem czy Katoliczki i Katolicy przeciw Homofobii. Ania Strzałkowska z Wiary i Tęczy powtarza ciągle: „ja też jestem Kościołem, nie dam się z niego wypchnąć”.

Nie chce mi się powtarzać, ale muszę: to bardzo groźne złudzenie, że możemy uniknąć wejścia w politykę.

Społeczeństwo polityczne zastępuje społeczeństwo obywatelskie

6.

Spróbuję w ostatniej części mojego tekstu sformułować kilka rad (i ostrzeżeń) dla tych, które albo już podejmują, albo za chwilę podejmą wysiłek przedzierania się do strefy publicznej. Wkraczam teraz w dziedzinę, którą można określić jako political fiction, formułuję zarys kilku propozycji, będących przyjacielską prowokacją, zachętą do współmyślenia ze mną. To raczej pytania i hipotezy niż gotowe propozycje.

a)

Pierwszego apelu-ostrzeżenia adresowanego do desantujących się na agorę nowych graczek jestem zupełnie pewna:

Musicie wiedzieć, co was czeka. Bądźcie przygotowane na symboliczny gwałt zbiorowy na wejściu i na późniejszą ciągłą obecność agresji seksualnej. Częściowo tylko świadome posługiwanie się przez graczy przemocą seksualną jako instrumentem eliminowania (a potem degradowania) kobiet ze sfery publicznej wytwarza wiele sytuacji bolesnych i niezrozumiałych dla nowych graczek.

Ta seksualna agresja nie zniknie ani dziś ani jutro, jak bumerang, jak wańka-wstanka będzie ciągle wracać.

Powtarzajcie sobie ciągle: to nie są ataki osobiste. Choć to mnie poniżają, to jednak odsyłam gwałt do jego symbolicznego, abstrakcyjnego znaczenia: męski krąg agoralny broni się przed intruzką, która wyrywa go z kręgu tożsamości, z agorowych halucynacji, z półślepoty. Tradycyjni gracze postrzegają pretendentkę jako ciemną plamkę na lśniącej bieli: jesteśmy dla tradycyjnych polityków denerwujące jak muchy i ciągle wywołujemy odruch, żeby pacnąć – i pozbyć się kłopotu.

To są ich halucynacje, ich problem. Liczę się z mocarnymi, agoralnymi omamami, cierpię, ale nie ustępuję.

b)

Kandydatka na nową graczkę musi wedrzeć się na agorę a potem musi się tam zachowywać niestosownie. Ta niestosowność jest niezbędna, żeby społeczna zmiana była możliwa, ta niestosowność jest częścią zmiany. Niedopasowanie się jest inwestycją w likwidację symbolicznej przemocy seksualnej i jest obietnicą agory bez męskiego halucynowania.

Agoralne intruzki, inaczej niż tradycyjni gracze, część uwagi muszą poświęcić sobie – temu, kim są, co je spotyka w akcie przejścia, także temu, jak wyglądają.

Męskie gesty dominacji mogą być ujawniane, analizowane i rozbrajane, gdy zetkną się z kobiecymi obiektami, które nie dają się zdefiniować jako zły albo dobry towar.

Wyobrażam sobie, że gdy jakaś kobieta czy dziewczyna chce przejść ze sfery aktywizmu społecznego na pole stricte polityczne zaczyna się praca nad jej publicznym funkcjonowaniem. Wyobrażam sobie, że zaczynają z kandydatką współpracować kobiety w różnym wieku, o odmiennych doświadczeniach (być może wskazana byłaby także współpraca z artystami i teoretyczkami współczesnego teatru mającego swoje doświadczenie w kwestiach, o których tutaj piszę). Pomagałyby one – i oni – wytworzyć pożądaną dezorientację genderowo-seksualną, utrudniającą graczom unicestwianie pretendentki. Każde zawieszenie się pomiędzy dwoma złymi opcjami (wzgardzić czy „przelecieć”) zapowiada przyszłą likwidację patriarchalnej agory, wstrząsa całością systemu patriarchalnych relacji.

Każde zawieszenie się pomiędzy dwoma złymi opcjami (wzgardzić czy „przelecieć”) zapowiada przyszłą likwidację patriarchalnej agory.

Wyobrażam sobie, że te zespoły zapraszają do współpracy „zdrajców” – mężczyzn, którzy nie ulegli libidalnemu szantażowi męskiego kręgu. Wyobrażam sobie, że dzięki nowym rozmówczyniom „zdrajcy” ujawniają wiedzę, której nikt dotąd nie chciał, która była niewypowiadalna.

c)

Polityczka określona jako „dobra dupa” wchodzi czasem (zakulisowo) w interesowne relacje seksualne z dominującymi graczami. Z punktu widzenia tradycyjnej agory (z jej cynicznymi i obłudnymi grami) nie ma to większego znaczenia, jest za to destrukcyjne dla współpracy nowych graczek. Kariera przez łóżko przywołuje hierarchiczny porządek patriarchatu, w którym kobiece towary skazane są na wyniszczającą rywalizację między sobą. Inna gra nowych graczek jest możliwa tylko wtedy, gdy zawiązany zostanie minimalny pakt lojalności pomiędzy działaczkami, gdy polityczki odrzucą to, co sprzyja wzajemnemu degradowaniu się kobiet.

Posłanka Nowoczesnej: Jeden z posłów powiedział „niezła z ciebie dupeczka”.

d)

Ważne jest sformułowanie nowej wizji relacji pomiędzy funkcjonowaniem zespołowym i indywidualnym polityczek. Trudno nie zauważyć, że – jak na razie – kobiece solo polityczne ma mniejszą moc, zwłaszcza na wejściu, niż męskie. Może więc kobieca sprawczość powinna zakładać jakieś złożenie się w kilka na jeden działający podmiot?

Może partie to dla nowych graczek niewystarczające środowisko polityczne, może partie nie są dobre jako jedyny kolektyw, jedyne zaplecze nowych polityczek. Może potrzebujemy innych, równoległych zespołów kontrapunktujących – strukturalny, jak sądzę – patriarchalizm i paternalizm partii. Może potrzebujemy równoległej aktywności zespołowej uzupełniającej i modyfikującej sposób istnienia partii.

Nie chciałabym stwarzać żadnych niedomówień: nie jestem przeciw partiom i nie uważam, że wszystkie kobiety mają takie same interesy, położenie klasowe i ekonomiczne – obok innych składników tożsamości – stwarza, niekiedy dramatyczne, różnice pomiędzy nami. Jednak wszystkie mamy utrudniony dostęp do sfery publicznej jako kobiety (choć kobiety z klas niższych w nieporównanie większym stopniu niż te z klasy średniej), a symboliczna agresja seksualna kierowana jest przeciw wszystkim pretendentkom. Prawie każda kobieta może być zraniona, poniżona, zdegradowana jako kobieta: może ją spotkać gwałt, motywowany religijnie przymus urodzenia niechcianego dziecka, istniejąca we wszystkich środowiskach przemoc domowa, związane z rodzicielstwem upośledzenie kobiet na rynku pracy, degradacja finansowa związana z rozwodem, niemożność wyegzekwowania alimentów.

Wszystkie te zagrożenia powodują, że dla kobiet pragnących równości, pula racjonalnych wyborów politycznych jest inna niż dla mężczyzn. Odpadają, dla mnie z oczywistych względów, opcje nacjonalistyczne, konserwatywno-katolickie i neoliberalne.

Być może zaskakuje pogląd, że opcję neoliberalną uważam za nietrafny wybór dla dążących do emancypacji kobiet. Sądzę, że nawet dla zamożnych wybór neoliberalizmu jest wątpliwy w dwu wymiarach: bardziej dosłownym i symbolicznym. Po pierwsze, status społeczny kobiet z klasy średniej zależy często od partnerów czy mężów, rozwód czy rozstanie mogą go zmienić dramatycznie. Po drugie i znacznie ważniejsze, w symbolicznym i libidalnym porządku patriarchalnym każdy słabszy, gorszy i zależny jest „kobietą” – a kobieta (z automatu) postrzegana jest jako słabsza, gorsza i zależna. Kobiecość – metaforyczna i w miarę dosłowna – oznacza więc społeczny i biologiczny defekt. Ukryte i wieloaspektowa oddziaływanie tego braku można poznawać i zmieniać tylko od dołu, przyłączając się do obozu ocaleńców, straceńców, nowych graczek – a nie do triumfatorów.

e)

W patriarchalnym świecie to kobiety wytwarzają większość społecznego kleju, to one ciągle spajają. To one muszą się komunikować, chcą tego czy nie. Praca nowych graczek modyfikujących znacząco całą przestrzeń publiczną nie powinna polegać na jednoznacznym, gwałtownym porzuceniu kobiecych zadań tłumaczek, terapeutek, pielęgniarek – ról opiekunek relacji, strażniczek spójności społecznej – dlatego, że tradycyjni gracze się nimi nie zajmują, że pogardliwie zostawiają je kobietom. Nowe graczki nie powinny dać się ponieść chęci dorównania patriarchalnym graczom w rozmachu aktów zrywania komunikacji, nie powinny porzucać tkania i wiązania.

Na pewno jednak kobieca praca podtrzymywania obiegów komunikacyjnych nie może być ofiarowywana na oślep, marnotrawiona, używana w wątpliwych czy złych celach.

Tak działa znaczna część strażniczek patriarchatu: odruchowo, mechanicznie wiążą porwane nici, pokornie sprzątają po agoralnych demolkach – pielęgnują niedobitych i grzebią zmarłych. Ofiarnicze tkanie i sklejanie wszystkiego, co popadnie – a to proponuje kobietom tradycyjna konserwatywna prawica i Kościół katolicki w Polsce – jest programem rozszerzonego samobójstwa na ogromną skalę.

Podtrzymywanie więzi jest możliwe – ma sens – tylko z tymi, którzy są przytomni. Nowe graczki muszą nieustannie sprawdzać, czy jest kontakt, czy teoretycznie obecni słuchają, czy nie halucynują. U tradycyjnych graczy faza wyjścia z omamów (związana przede wszystkim z pojawieniem się realnych kobiet) trwa krótko i trzeba, żeby któraś z graczek ciągle na nowo potrząsała jakimiś grzechotkami, uruchamiała dzwonki czy inne budziki.

Jeśli mamy działać skutecznie, ta, która zauważy, że znów przysnęli, wali w przygotowane zawczasu tarabany, żeby inne mogły się z graczami skomunikować.

Warto zakładać – ciągle to powtarzam, jest to najważniejsza teza tego tekstu – że upojenie jednorodnością tego, co męskie i polityczne zarazem, jest wśród patriarchalnych graczy powszechnym, pierwszym odruchem i ma ogromne konsekwencje, zaczadzeni nie przestają decydować o losach nas wszystkich.

Dopiero weszłyśmy w fazę agoralnego detoksu, którego niezbędnym (ale nie jedynym i nie finalnym) warunkiem jest pojawienie się nowych graczek.

Bio

Ewa Graczyk

| Literaturoznawczyni, eseistka, feministka
Literaturoznawczyni, eseistka, feministka. Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego (1977). Doktor habilitowana, profesor nadzwyczajna w Instytucie Filologii Polskiej UG. Nominowana do Nagrody Literackiej „Nike” 2006 oraz do Nagrody Literackiej Gdynia 2014.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Eve Kosofsky Sedgwick (a nie Sedwick) była jedną z tych postaci humanistyki, których naczelna umiejętność polega na formułowaniu do bólu banalnych myśli w sposób sprawiający wrażenie intelektualnego. Przynajmniej do czasu, do kiedy nie opanuje się kilku "mądrych" i powtarzanych w kółko idiomów i nie odkryje się, że za ich tajemniczym brzmieniem kryje się myślowa nędza. Ewa Graczyk bardzo się tu stara, by stać się "one of the guys", czy raczej "one of the girls" z reprezentantami tego nurtu. Idzie nawet o krok dalej. Nie tylko robi wszystko, by czytelników przytłoczyć terminologią, ale na wszelki wypadek, gdyby nie daj Boże zaświtała im myśl, że niewiele się za nią kryje, informuje, iż przedstawia "skomplikowaną teorię". Seriously? Odnoszę raczej wrażenie, że teoria ta, wypakowana z "libidalno-agoralnego" pudełka pseudointelektualizmu, nie wykracza poza horyzonty przemyśleń przeciętnej gimnazjalistki zaczytanej w Cosmopolitanie. Podobnie zresztą, jak "intelektualny" dorobek Eve Kosofsky Sedgwick.
A jednak jest pewna drastyczna różnica. Amerykańskiej teoretyczce nie można odmówić jednego. Potrafiła pisać. I to bardzo dobrze. Ten tekst jest natomiast przerażająco słaby. Więcej wstępu do własnych tez, niż ich rzeczowego formułowania. Ciągłe wykładanie, co się zaraz powie; dlaczego się powie to, co się powie i co się powie jeszcze, jak się już powie to, co się powie. Wygląda to jak sporządzony dla magistrantów wzór tego, jak NIE pisać pracy naukowej. No, ale nie wiem. Może standardy pisania tekstów, jakich mnie uczono zaledwie parę lat temu były patriarchalne a na horyzoncie postępu pojawiły się "nowe graczki", które przeprowadziły"detoks" wszelkich rygorów formułowania tez i myśli. Mimo wszystko jednak, trochę mnie przeraża stan polskiej humanistyki, jeśli profesorki nadzwyczajne polonistyki piszą gorzej, niż przeciętni studenci pierwszego roku.

Tyle mądrych słów słów,a sens zawsze ten sam:samiec twój wróg!

Krzysztof Mazur

KOD nie jest partią polityczną, tylko społecznym ruchem protestu i żadnej ‘czołówki politycznej’ nie potrzebuje, ani męskiej ani żeńskiej. Głównym problemem pana Kijowskiego nie było niepłacenie alimentów, aczkolwiek jest to problem wizerunkowy, ale traktowanie ruchu i jego pieniędzy jako prywatnej własności, co się skończyło utratą stanowiska szefa KODu i słusznie. Nowy szef KODu zdaje się rozumieć, że on jest od koordynacji i organizacji, a nie narzucania i liderowania. Żadnek kobiety ‘graczki’ nie odebrałyby przywództwa panu Kijowskiemu wcześniej, bo nie było takiej procedury, a nie dlatego, że kobiety są nieśmiałe. W zarządzie KODu kobieta akurat jest i to od początku i w dużym stopniu przyczyniła się do naprawienia sytuacji.
Można wiedzieć jakie ‘gniewne słowa’ wyrzuciła z siebie pani Graczyk po spotkaniu z amerykańskim oszołomem? Może warto je tu zacytować.
Sprowadzanie zachowań mężczyzn do ‘libido’ jest akurat przejawem obsesji freudowsko-seksualnej. Oczywiście mężczyznom też się to zdarza, chociażby Freudowi. Muszę tutaj odnotować zły wpływ mężczyzny na kobietę, mianowicie pana Freuda na panią Graczyk. Bardzo możliwe, że mężczyźni wolą rozmawiać ze sobą niż z kobietami, ale niekoniecznie ma to coś wspólnego z ‘libido’. Może po prostu nie są przyzwyczajeni do takiej sytuacji. Seksistowskie zaczepki należy zwalczać i tu się zgadzam, ale nie sądzę, żeby to rozwiązało cały problem z dostępem kobiet do debaty.

Niepłacenie alimentów to nie problem wizerunkowy ale moralny. Celowe oszukiwanie własnych dzieci dyskwalifikuje człowieka jako podmiot moralny i polityczny

Myślę, że graczka polityczna P.Profesor (sic!) Graczyk jest kamuflującą się strażniczką patriarchatu. Wszak wielokrotnie ożywa obelżywego patriarchalnego słowa kobieta, określając w ten sposób niewiasty. Wszak zgodnie ze słownikiem etymologicznym języka polskiego profesora Andrzeja Bańkowskiego oznacza ono ni mniej ni więcej tylko "kozę z chlewa", będąc pogardliwym określeniem dziewki służebnej.

A powiedzcie, zwalczacze patriarchatu itp. (mając zresztą często wiele racji), jak wam się w waszych mózgach równocześnie mieści wasze antypatriarchalne credo z potrzebą promowania islamu w ramach miłości do tzw. uchodźców? No i kiedy w związku z tym zrobicie kolejny marsz "antyrasistowski", kiedy drący przez megafon mordę muslim będzie zachwalał islam, a wy będziecie wyli z zachwytu? Bo przecież islam, jak wiadomo, niezwykle kobiety szanuje i promuje, prawda? Dobra, żartowałem, jakoś na życie przecież trzeba zarabiać. Szkoda, że za pomocą m. in. handlu kobietami, co tutejsza redakcja chętnie uprawia. Na równi z kościołem watykańskim.

Od lat popieram wszelkie inicjatywy związane z wprowadzeniem związków partnerskich w naszym kraju. Posłowie PO, w swoim czasie przyciśnięci do muru rpzyznali, że mogliby ot ym dyskutować ale pod warunkiem wyłączenia par heteroseksualnych(!). I tu leży sedno układów społecznych. Małżeństwo - jest podstawwą komórką sankcjonująca patrarchat. Wyrosło w czasach, gdy kobieta była własnością ojca, pozbawiona prawa samodecydowania przechodziła pod kuratelę męża. Dzisiaj taki układ jest sztuczny i staje się jedynie argumentem do niesprawiedliwego podzielenia obowiązków życiowych oraz płac (w odwrtoenj proporcji). Zatem dopóki małżenstwo będzie podstawową "komórkś społeczną" i do póki nie bedziemy wyceniać pracy związanej z wychowaniem dzieci oraz opieką nad członkmi rodziny, dopóty ten układ będzie funkcjonował.
Dodam tylko, że jestem od kilkunastu lat w heteroseksualnym związku, bardzo kocham swojego partnera, ale oboje małżenstwo traktujemy jako prawną ostateczność. Chcielibyśmy móc zabezpieczyć prawnie swoje wspólne strefy, ale nie chcemy wchodzić w układ który nie jest partenreski ani dla kobiety ani dla mężczyzny. Prawne konsekwencje ślubu osadzone są w anachronicznej tradycji, sankcjnuą nierówności ekonoiczne oraz uniemżliwają proste pójście swoją drogą w sytuacji, gdy wspólnota przestanie realnie funkcjonować.

Bardzo dobry tekst, którego tezy potwierdza praktyka. Prawdziwą politykę uprawia się wieczorem i w nocy, na nieformalnych spotkaniach, kiedy posłanki idą do domów i posłowie zostają wreszcie we własnym gronie.

Świetny tekst, bardzo oddający moje własne spostrzeżenia i przemyślenia.
Dziękuję Autorce!