Kraj

Klasa średnia na kredyt

To kredyt hipoteczny kształtuje jej aspiracje i styl życia.

Michał Sutowski: Badasz ludzi, którzy najbliższe 20–30 lat przeżyją, spłacając kredyty hipoteczne. Czy to jest właśnie polska klasa średnia?

Mikołaj Lewicki: Kiedy zaczynałem badania kredytobiorców hipotecznych, wcale nie zakładałem, że będę badał „klasę średnią”. Dopiero w ich trakcie okazało się, że to, jak badani opisują własne życie – zwłaszcza „frankowicze” – świetnie pasuje do tego, jak dyspozycje klasy średniej zdefiniował kiedyś Pierre Bourdieu: indywidualizm, samodyscyplina, dążenie do awansu, wiara w merytokrację, mocne przekonanie, że każdy jest kowalem własnego losu, lęk przed utratą dóbr materialnych czy wreszcie powaga. Kredytobiorcy, z którymi prowadziłem wywiady, opowiadają o swoim życiu w kategoriach dojrzałości, zdyscyplinowania i uporządkowania; bardzo często pojawia się wątek „racjonalizacji” planów życiowych.

Główny argument na rzecz kupna mieszkania – zwłaszcza w latach 90. – wskazywał, że rata kredytu jest mniej więcej równa kosztowi wynajmu mieszkania, a zatem po co płacić komuś, skoro można łożyć na swój własny kapitał. Wynikało to z niskiej podaży mieszkań na wynajem, przez co ich ceny były relatywnie wysokie. W takiej sytuacji tani kredyt wydawał się racjonalnym rozwiązaniem.

To są typowe wartości mieszczańskie. Klasa średnia mieszkanie chce przede wszystkim mieć, dopiero na drugim miejscu z niego korzystać. To posiadanie stało się gwarantem bezpieczeństwa, ale i statusu. Jednak przede wszystkim – demonstracją wiary we własny wysiłek, który pozwala osiągnąć sukces. Stąd, gdy rośnie rata, a dochody pozostają stałe lub się zmniejszają, spłata raty kredytowej poprzedza niemal wszystkie zobowiązania i wydatki w życiu kredytobiorcy. To znaczy, że frankowicze są bardzo zdyscyplinowanymi kredytobiorcami, a jednocześnie – zachowują wiarę w swe projekty życiowe.

A kim są ci ludzie?

Jeśli chodzi o dochody i wykształcenie, to głównie specjaliści z wykształceniem technicznym średnim, wyższym pełnym lub niepełnym, zarabiający raczej powyżej średniej krajowej. Pracują zarówno w sektorze prywatnym – na stanowiskach od specjalistów do niższych szczebli menadżerskich – jak i w sektorze publicznym. Jednak to pracownicy sektora publicznego stali się z perspektywy banków szczególnie atrakcyjnymi klientami ze względu na stałość zatrudnienia i dochodów.

Czy to znaczy, że przynależność do klasy średniej w Polsce definiuje posiadanie kredytu hipotecznego? Czy to on określa tożsamość tej grupy?

Oczywiście zaciągnięcie kredytu hipotecznego nie oznacza koniecznie przynależności do klasy średniej. Część kredytobiorców to także klasa wyższa, ale oni traktują nieruchomości w zupełnie inny sposób.

A kto jest tą „klasą wyższą”? Milionerzy też biorą kredyty hipoteczne?

Nie mówię o milionerach. Badając procesy urbanizacyjne na Białołęce – to dzielnica Warszawy z jednym z największych przyrostów nowych mieszkań (obok Wilanowa, symbolu nowej warszawskiej urbanizacji) – miałem początkowo intuicję, że najwięcej zarabiają tam wielcy deweloperzy, którzy przy rozdrobnionej własności skupują grunty pod duże inwestycje. Okazało się jednak, że większość tamtejszych deweloperów to raczej drobni inwestorzy, często niegdysiejsi mieszkańcy Żoliborza czy Bielan, którzy kupowali w latach 90. niewielkie kawałki gruntów po 4 dolary za metr i odsprzedawali po 20 dolarów za metr pięć lat później. W ten sposób zaczęli się kapitalizować na gruntach…

Niegdysiejsi mieszkańcy Żoliborza czy Bielan, czyli kto?

To była klasa średnia i wyższa z lat 90.: często ludzie wolnych zawodów, lekarze, architekci, ale też inżynierowie, którzy planując przyszłość, kupowali tanie grunty na Białołęce, relatywnie niewielkie, z uregulowanym statusem ze względu na prywatną własność chłopską. Podaż ziemi w Warszawie długo była ograniczona, a przekonanie, że grunty to dobra lokata kapitału, dopiero nabierało popularności.

I właśnie ci ludzie traktują nieruchomość jako kapitał, jako aktywa, które się w przyszłości sprzeda albo wynajmie; typowa klasa średnia w kupowanych nieruchomościach mieszka i zakłada rodzinę.

Dla „klasy średniej” mieszkanie nie jest po prostu dobrą lokatą kapitału?

W przeprowadzonych przeze mnie rozmowach uderzające było to, że większość kredytobiorców nie mówiła o nieruchomości jako inwestycji, a raczej jako o miejscu, z którym wiążą swe plany życiowe, które daje im poczucie bezpieczeństwa, ale też jest czynnikiem statusu, który wyznacza ich styl życia. To nie oznacza, rzecz jasna, że istnieje jeden wzorzec motywacji i postępowania. Historie rodzin obciążonych hipoteką są bardzo różne.

Spotkałem na przykład rodzinę o dość skromnych dochodach – takie dochody miała zresztą większość tych, które kupiły mieszkania na Białołęce pod koniec ekspansji kredytowej, czyli tuż przed kryzysem finansowym. Ta rodzina wzięła kredyt, bardzo ściśle kontrolując swoje wydatki i podporządkowując wszystkie plany życiowe jego spłacie. Arkusz excelowy, w którym zapisywane są finanse tej rodziny, przypomina księgę przychodów i rozchodów, z podziałem na koszty i przychody stałe oraz zmienne, określane przez konsumpcję, oszczędności, inwestycje i straty. To istota Weberowskiej racjonalności. Niespodziewanie urodziły im się jednak trojaczki, a zatem ich racjonalny projekt został wywrócony przez czynnik „obiektywny”– który zmusił małżeństwo do przeorganizowania całego gospodarstwa domowego i wyprowadzki z mieszkania, tak by można je było wynająć i zarobić na spłatę kredytu. Z drugiej strony mam historię kobiety, która pracowała w kasynie w latach 90., potem za zarobione pieniądze razem z bratem założyła delikatesy. Swoje mieszkanie na strzeżonym osiedlu określała jako „azyl”, bo było ono dla niej sposobem ucieczki przed przemocą domową.

Ale co właściwie łączy te historie?

Łączy je mieszkanie traktowane jako oś projektu dobrego życia i narzędzie zapewnienia bezpieczeństwa, którego gwarantem ma być kredyt hipoteczny.

Jednak rodzina z trojaczkami musi się wyprowadzić…

To prawda, ale sam projekt dobrego życia pozostaje bez zmian. W toku badania razem z Mateuszem Halawą doszliśmy do wniosku, że cała ta wałkowana w pewnym momencie przez socjologów, chociażby przez Anthony Giddensa, a potem przez poppsychologię z kolorowych pism opowieść o życiu jako autonomicznie kształtowanym projekcie, ale także nowoczesna opowieść o nuklearnej „rodzinie na swoim”, są zupełnie nieadekwatne do warunków naszego nadwiślańskiego postfordyzmu, a być może szerzej – całego współczesnego kapitalizmu.

Z naszych badań wyłania się obraz ludzi, którzy podłączyli się – niemal bezpośrednio – pod globalny rynek finansowy, aby podjąć próbę histerycznej nieraz autonomizacji, uzyskania dojrzałości (stąd chęć bycia „na swoim”).

Jednocześnie okazuje się, że często muszą w efekcie wrócić do relacji rodzinnych, które kojarzymy z modelem tradycyjnym: mocno wspierają ich rodzice, niekoniecznie oferując pieniądze, ale na przykład bardzo często pomagając w opiece nad dzieckiem i w innych tego typu czynnościach. Wspomniana przeze mnie rodzina z trojaczkami wyprowadza się do teściów, żeby móc wynająć swoje mieszkanie i mieć pieniądze na raty kredytowe; ta możliwość zakotwiczenia u rodziny pozwala sobie jakoś poradzić z kryzysem, który w ich przypadku wywołały akurat nie turbulencje na rynkach walutowych, ale tzw. czynniki niezależne, czyli niezaplanowane powiększenie rodziny. Oczywiście również skoki franka przekładają się bezpośrednio na codzienność takich rodzin: wydatki domowe, zaangażowanie w pracę…

A to źle, że kredyt sprzyja rekonstrukcji rodziny?

Ani źle, ani dobrze. Tutaj po prostu uwidaczniają się antynomie całego układu: z jednej strony dążenie do autonomii i kategoria „dorosłości”, a z drugiej obiektywne czynniki, które pchają ku zupełnie innym praktykom – utrzymania zależności od rodziców. Z jednej strony głosimy, że powinniśmy dążyć do uelastycznienia rynku pracy i zwiększenia mobilności pracowników, a z drugiej strony państwo wspiera kredyt hipoteczny, który ludzi uziemia! Nie tylko dlatego, że godzą się na złe warunki pracy, byle tylko nie stracić posady, z której spłacają kredyt. Obecnie wartość nieruchomości obciążonej kredytem we frankach jest na ogół niższa niż suma zobowiązania kredytowego.

Nie bez znaczenia jest też to, że w latach 2000 – co w swoich badaniach pokazuje Irena Herbst – praktycznie zdemontowana została w naszym kraju jakkolwiek inna polityka mieszkaniowa niż wsparcie nabywania mieszkań przez indywidualne gospodarstwa domowe. W zamian poprzez programy w rodzaju „Mieszkania dla młodych” tworzy się powiązania sektora publicznego z rynkiem bankowym. W ten sposób na rynku nieruchomości zwiększa się presja popytowa, co przy sztywnej podaży, czyli małej dostępności tańszych lokali, skutkuje wynoszeniem się ludzi na przedmieścia – tam powstają nowe osiedla, z dala od miasta, kompletnie pozbawione infrastruktury. Tylko tam stać młodych na kupno mieszkania. Takie programy gwarantują też większy popyt na kredyty, ale z pewnością nie rozwiązują kluczowego problemu: deficytu mieszkań dla gospodarstw domowych w Polsce.

Rozumiem, że dostępność kredytu i inne czynniki spowodowały taki, a nie inny kształt naszych aspiracji. Ale czy ten projekt budowy klasy średniej na kredycie hipotecznym nie rozbił się o chwiejność rynków walutowych?

Tu nie ma żadnego projektu. Państwo reaktywnie odpowiada na sytuację, w której realizacja projektu dobrego życia – w takich, a nie innych warunkach rynku pracy i struktury dochodów – powiązana jest z określonymi instrumentami finansowymi. To powiązanie nie jest efektem jakiegoś chytrego planu, ale wzięło się z potrzeby zasypania rozziewu między warunkami rynku mieszkaniowego a możliwościami dochodowymi gospodarstw domowych. Powstał w efekcie splot rynku mieszkaniowego, z którego państwo się właściwie wycofało, z rynkiem finansowym, gdzie państwo, dysponując coraz mniejszą liczbą instrumentów, czasem roznieca, a potem gasi pożary. Nieprzypadkowo sektor finansowy i jego okolice – Finances, Insurance, Real Estate [finanse, ubezpieczenia, nieruchomości] – określa się skrótem FIRE (ang. ogień, pożar – przyp. red.). Państwo wraca, by „gasić pożary” w sektorze finansowym publicznymi pieniędzmi. Jeśli jakaś grupa społeczna zgłasza roszczenia, wówczas państwo doraźnie interweniuje.

A czy przynajmniej w czasach niskiego kursu franka to była oferta skierowana do większości?

W żadnym razie. Mamy do czynienia ze strukturalnym niedopasowaniem – 60 procent dorosłych Polaków nie stać i nie będzie stać na kredyt hipoteczny.

Na Zachodzie ekspansja kredytu prywatnego od lat 90. miała podtrzymać poziom życia klasy średniej w obliczu stagnacji płac i stworzyć iluzję jej dobrobytu. W Polsce klasę średnią trzeba było dopiero „budować”. 

Niewątpliwie można twierdzić, że kredyt hipoteczny do pewnego stopnia tworzył nową „klasę wiodącą”, jaką w warunkach rodzącego się kapitalizmu w Polsce miała być klasa średnia. Na Zachodzie ekspansja kredytu konsumpcyjnego stanowiła po części odpowiedź na kryzys państwa dobrobytu i jego funkcji, u nas z kolei nałożyła się ona czasowo nie tyle nawet na demontaż pozostałości instytucji zabezpieczenia społecznego z czasów PRL, ile na wycofanie się państwa z dotychczasowej polityki mieszkaniowej. Po 1989 roku – a tak naprawdę pod koniec lat 90., kiedy wprowadzono odpowiednie regulacje, a poziom inflacji ustabilizował się na odpowiednio niskim poziomie – towarzyszyło mu uruchomienie nowych instrumentów finansowych, jak właśnie kredyt hipoteczny.

Poza tym mimo niemal półwiecza gospodarki planowej, która nie uznawała własności prywatnej, a przynajmniej nie legitymizowała jej ideologicznie, wśród Polaków przywiązanie do własności prywatnej było bardzo silne. W latach 90. zaczął się proces „grodzenia” przestrzeni – wyznaczania granic działek, ogródków, osiedli, wywieszania tabliczek „własność prywatna” na osiedlowych trawnikach itp. Warto jednak przypomnieć, że korzenie tej „prywatyzacji świadomości” sięgają co najmniej lat 80. – jest ona efektem między innymi przekonania o znikomości wpływu na sprawy ogólne, publiczne. A oprócz tego różne formy własności prywatnej lub quasi-prywatnej oraz rynku mieszkań pojawiały się już w latach 70. (nie mówiąc oczywiście o chłopskiej własności gruntów). Na wzroście prywatnego sektora mieszkaniowego kapitalizuje się więc pokaźna grupa: rolnicy, sprzedając grunty na przedmieściach, klasa średnia – kupując mieszkania od deweloperów, oraz klasa wyższa, traktując nieruchomości jako lokatę kapitałową, inwestycję.

Mówisz, że ta „prywatyzacja świadomości” nastąpiła mimo półwiecza braku legitymizacji własności prywatnej. Może jednak należałoby powiedzieć, że stało się tak właśnie z powodu takiego półwiecza? System był mieszkaniowo niewydolny, a przynajmniej tak został zapamiętany – bo faktycznie PRL i tu miał lepsze i gorsze okresy. Do tego od lat 70. była możliwość nabycia mieszkania za twardą walutę, co sugerowało, że rynek ma właściwości „racjonalizujące”…

Sądzę, że ważniejszy był inny czynnik, niezmiernie doniosły, acz zapomniany. W latach 90. sprywatyzowano gigantyczną liczbę mieszkań, umożliwiając lokatorom przekształcanie mieszkań spółdzielczych, zakładowych, państwowych czy komunalnych na własnościowe. W 1991 roku mieszkania prywatne stanowiły 53,3% zasobu mieszkaniowego, podczas gdy w 2000 roku już 70%, a obecnie powyżej 80%. Dokonano tym samym kapitalizacji użytkowanych lokali na ogromną skalę – nieporównywalną ze skalą dochodów większości tych ludzi i dotychczas posiadanego przez nich kapitału.

Czy w ten sposób Polacy stali się społeczeństwem właścicieli?

Niezupełnie.

Z pewnością jednak pokolenie dorastających w czasach III RP młodych ludzi miało rodziców, którzy nagle stawali się właścicielami mieszkań – i stąd własność nieruchomości stała się punktem odniesienia dla ich aspiracji; to własność wyznaczała odtąd projekt dobrego życia i stwarzała poczucie bezpieczeństwa, ale także autonomii.

Te właśnie systemowe przesłanki skłaniały do traktowania własności nieruchomości jako głównego punktu odniesienia w kontekście zakładania rodziny.

W społeczeństwach zachodnich po II wojnie światowej tożsamość klasy średniej budowano na stabilnej pracy i stałych dochodach stwarzających możliwości oszczędzania – w rozwiniętej gospodarce kapitalistycznej i efektywnym państwie opiekuńczym. U nas nie było ani jednego, ani drugiego…

W epoce fordyzmu to właśnie praca była ośrodkiem stabilności i tożsamości: dawała utrzymanie, ale także wyznaczała model gospodarstwa domowego. Dzisiaj, zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej, to kredyt hipoteczny konstruuje zarówno aspiracje, jak i sposób życia klasy średniej. Pozostaje pytanie: czy takich instytucji, które nie wiążą się z rynkiem pracy, ale budują dyspozycje klasowe, jest w Polsce więcej?

dr Mikołaj Lewicki – socjolog z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się socjologią ekonomiczną i problematyką mediów masowych. Wraz z Mateuszem Halawą bada osoby, które zaciągnęły kredyt hipoteczny.

Czytaj także:
Magda Szcześniak: Od białych skarpetek do koszulek z żołnierzami wyklętymi

***

Klasa średnia: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

Już jest „Krytyka Polityczna” nr 42!

W tym numerze „Krytyki Politycznej” przyglądamy się polskiej klasie średniej. Skąd się wzięła, dokąd zmierza, a może jest tylko naszym złudzeniem? W 1993 roku socjolog Edmund Mokrzycki zauważył, że w Polsce klasa średnia jest bytem raczej ideologicznym niż empirycznym. Czy po 25 latach budowania w Polsce społeczeństwa klasy średniej byt ten stał się choć odrobinę bardziej namacalny? Jak to wygląda w porównaniu z Rosją, w której ostatni raport Banku Światowego do klasy średniej zaliczył 60% społeczeństwa (dwukrotniej więcej niż jeszcze 10 lat temu), i Stanami Zjednoczonymi, gdzie o zmierzchu klasy średniej dyskutuje się od połowy lat 70? Rozmawiamy z socjologami, antropologami kultury, śledzimy wzlot i zmierzch kariery białych skarpetek, przyglądamy się kolorowej prasie i filmom, w których znalazły się portrety polskich przedstawicieli tej klasy. Zastanawiamy się nad przyszłymi scenariuszami jej politycznych wyborów.

Edwin BENDYK / Maciej GDULA / Magda SZCZEŚNIAK / Jakub MAJMUREK / Henryk DOMAŃSKI / Aleksandr BIKBOW / Jakub DYMEK / Guy STANDING / Cezary WODZIŃSKI / Joanna WOWRZECZKA / Slavoj ŻIŻEK

**Dziennik Opinii nr 240/2015 (1024)