Kraj

Kampania minimum solidarności

Kampania „Warszawiacy się nie boją” jest pierwszym jednoznacznym gestem w sprawie uchodźców wychodzącym ze środowiska Platformy Obywatelskiej.

„Warszawiacy się nie boją” krzyczy napis z billboardów kampanii Urzędu Miasta. Plakaty rozwieszone są w instytucjach kultury, na ulicach, w środkach transportu, spoty można zobaczyć na miejskich nośnikach i w internecie. Rzemieślnicy, student, motorniczy tramwaju i uczestniczka powstania przekonują nas, że obcy nie są trędowaci – można się z nimi „zakumplować”, można się nie bać sąsiada, który jest cudzoziemcem. Że ludzie, którzy musieli uciekać ze swojego kraju ze względu na zagrożenie życia, mogą w stolicy Polski liczyć na pomoc. Jeśli ktoś będzie chciał ich skrzywdzić, mogą liczyć na obronę.

W Warszawie taka kampania, brawo! #refugeeswelcome #warszawa #odwagacywilna

A post shared by Krytyka Polityczna (@krytykapolityczna) on

Kampania niewątpliwie ważna i potrzebna w kraju, w którym kolejne grupy społeczne są piętnowane jako „obcy”. Ale też – powiedzmy to wprost – nie stawia poprzeczki zbyt wysoko. Bezpieczeństwo to absolutne minimum egzystencji dla kogoś, kto u nas może szukać życia lepszego niż w kraju pochodzenia, gdzie groziła mu dyskryminacja lub śmierć.

Mimo to, w atmosferze podsycania przez polityków strachu, gest zwykłej akceptacji dla różnorodności – nic ponad to – wyrasta do rangi gestu odwagi cywilnej. A przecież „kryzys uchodźczy” omija Warszawę szerokim łukiem. Nie można mówić o koczujących na ulicach jak w Budapeszcie, halach zaaranżowanych na tymczasowe schronienie jak na lotnisku Tempelhof w Berlinie czy tymczasowych obozowiskach jak w Calais. To w głowach mieszkańców Polski może powstać mylne wrażenie, że należy się bać „obcych”, do których zalicza się już nie tylko osoby mówiące w tramwaju po niemiecku, uchodźców, Ukraińców, w przypadku których historia sprzed trzech pokoleń nagle staje się ważnym powodem do siania nienawiści, ale też ostatnio osoby badające Holokaust. W jaki sposób znaleźliśmy się w takim momencie, że potrzebujemy podeprzeć się autorytetem powstańca warszawskiego, żeby przekonał nas, że nie trzeba się bać sąsiada, który „jest muzułmaninem”, jak mówi bohaterka spotu?

W wyścigu „kto zaczął” zwycięża prawica

W 2015 roku, gdy retoryka „kryzysu uchodźczego” zawładnęła opinią publiczną w krajach Europy, Polska wcale nie musiała pójść drogą zamykania granic na imigrantów. Przecież jeszcze kilka lat wcześniej byliśmy dumnymi spadkobiercami Solidarności. Nasza solidarność wręcz ulewała się w nadmiarze z Polski na kraje ościenne. W wyniku jej istotnego nadmiaru Polska chciała ją eksportować – na początku w 2008 roku na Ukrainę, później na fali przewrotów Arabskiej Wiosny do Afryki i na Bliski Wschód.

Kingsley: Droga przez Saharę

czytaj także

Rok 2015 pokazał, że łatwiej eksportować solidarność na zewnątrz niż okazać ją wewnątrz. Do dziś spieram się z moim znajomym, czy decyzję o zamykaniu granic przed uchodźcami należy zrzucić na panujący w 2015 roku zeitgeist – wzrost nastrojów ksenofobicznych w Europie – czy brak odwagi wśród naszych liderów politycznych. Usilnie przekonuję, że gdyby wówczas w kręgach rządzących (PO-PSL) powstał pomysł, jak „kryzys” przekuć w szansę, dziś bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Gdyby pokazać, że nawet jeśli nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, ale choćby pewnej grupie możemy zapewnić schronienie i spokojne życie w Polsce albo zrealizować w jakiejś rozsądnej formie postulat „jedna rodzina w każdej parafii”, rodzima debata o uchodźcach byłby dużo dojrzalsza. Byłoby w niej mniej naiwnego optymizmu i dogmatyzmu z jednej strony i mniej uprzedzeń i przesądów z drugiej.

Rok 2015 pokazał, że łatwiej eksportować solidarność na zewnątrz niż okazać ją wewnątrz.

Platforma Obywatelska po przegranych wyborach prezydenckich, pod presją zbliżających się wyborów parlamentarnych, spanikowała i weszła w licytację, kto będzie twardszym negocjatorem w spawie polityki uchodźczej UE. W konsekwencji Grupa Wyszehradzka pod przewodnictwem Polski stała się hamulcowym unijnej polityki relokacji. Od września 2015 roku, kiedy to Ewa Kopacz po negocjacjach zgodziła się przyjąć około siedmiu tysięcy uchodźców w ramach systemu relokacji, sprawa była już przegrana. Do dziś z ziemi greckiej czy włoskiej do Polski nie przyjechał żaden uchodźca.

Jeszcze w maju 2015 roku 78% badanych przez CBOS było za przyjmowaniem uchodźców! Jednak rządzący zajęli się ratowaniem swojego poparcia kosztem pomocy uchodźcom. W efekcie jesteśmy bezbronni wobec „zarządzania strachem” przed obcymi w wydaniu PiS. A brak alternatywnej, pozytywnej opowieści o uchodźcach odbiera nam narzędzia do obrony tego, co jeszcze trzy lata temu było bezspornie źródłem naszej dumy narodowej.

Za rządów Grzegorza Schetyny PO przyjęła postać kameleona. Sukcesywnie odcinała się od poglądów, które mogłaby w jakikolwiek sposób okazać się kontrowersyjne w świetle sondaży. PO działała w myśl zasady wybierania zasady „mniejszego zła” – lepiej być nielubianym za brak poglądów niż znienawidzonym za posiadanie jakiegokolwiek stanowiska, które zrazi choćby ułamek procenta elektoratu.

I ty zaśpiewaj Mazurek Kapeli

Gra nie o wartości

Ta strategia byłaby zrozumiała, gdyby nie chodziło o ludzkie życie (nawet jeśli jest to życie nie-Polaka i nie-chrześcijanina). Polska mogła wziąć udział w systemie relokacji, który miał ucywilizować proces migracyjny, aby osoba, która przejedzie przez pustynię lub Azję Mniejszą, zaryzykuje życie wsiadając na łódkę na Morzu Śródziemnym, po dostaniu się do Europy mogła liczyć na pomoc państwa, a nie czarnego rynku przemytników.

Tak, jak protestujący pod Pałacem Prezydenckim w sprawie weta ustaw o sądownictwie apelowali do prezydenta, aby ten zdobył się na odwagę i z Adriana stał się Andrzejem, tak polscy katolicy powinni wybić się na odwagę i stać się chrześcijanami.

Na tym polu zaskakującą woltę uczynił polski Kościół, który długo opierał się przesłaniu papieża Franciszka. Ponad miesiąc temu, 14 stycznia, podczas obchodów Dnia Uchodźcy i Migranta Kościół katolicki pierwszy raz jednoznacznie i bezdyskusyjnie wystąpił z przesłaniem o chrześcijańskim obowiązku solidarności wobec uchodźców. Kardynał Kazimierz Nycz apelował: „Byliśmy ludźmi, którzy migrowali za pracą, za łatwiejszym, lepszym życiem, bo wiemy, jakie były czasy, zwłaszcza podczas wojen, i jakie były czasy w okresie powojennym, a więc te słowa Księgi Wyjścia także i do nas, tu i teraz”. Słowa wsparcia dla polityki prouchodźczej wybrzmiały we wszystkich parafiach w kraju. I choć apelowały do serc i sumień wiernych, trudno nie odczytywać ich jako apelu wobec zatwardziałej polityki PiS.

Kampania Warszawiacy się nie boją jest pierwszym jednoznacznym gestem w sprawie uchodźców wychodzącym ze środowiska Platformy Obywatelskiej. Ponadto jest pierwszym przedsięwzięciem promocyjnym na taką skalę w Polsce. Być może odezwał się głos sumienia tej formacji, a być może jest to wynik trzeźwej kalkulacji. Łatwiej zabrać jednoznaczne stanowisko w sprawie uchodźców, gdy na Morze Śródziemne wypływa znacząco mniej łodzi. Liczba ponad miliona nielegalnych przekroczeń granicy w 2015 roku w kolejnym roku spadała do 360 tys.

Chapeau bas dla Warszawskiego Ratusza. Pozostaje dodać: czemu tak późno? I czy dziś to jeszcze coś znaczy?

Jak zmanipulować fakty o uchodźcach, czyli studium dziennikarstwa kołtuńskiego

PS Choć kampania jest o „uchodźcach”, to w materiałach Urzędu Miasta pojęcie to jest stosowane całkowicie zamiennie z pojęciem „imigrant”. Zarówno sytuacja migrantów, jak i uchodźców bywa trudna, a ich przeszłość związana ze zmianą miejsca zamieszkania jest często dramatyczna. Mimo to są to odmienne statusy prawne.

Według statystyk stołecznego ratusza Warszawskie Centrum Pomocy Rodzinie wspierało w procesie integracji 175 uchodźców (osób o różnym statusie ochronnym, w tym tylko 43 ze statusem uchodźcy). Wielu imigrantów mogłoby się starać o status uchodźcy, gdyby Polska była bardziej zainteresowana ich przyznawaniem. Stąd musimy przyjąć ciche założenie, że prawdziwych uchodźców jest w Polsce znacznie więcej, ale ich status określany jest inną formą prawną.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.