Kraj

Jeśli tekst ma się „wyczytać”, tytuł musi być maksymalnie „wykręcony” [list]

Ludzie narzekają na portalozę. Ale nie wiedzą często, że teksty w tych portalach piszą osoby zatrudnione byle jak, z naczelnym cisnącym ich na kliki.

Szanowni Państwo,

Z zainteresowaniem przeczytałem wywiad z Olgą Gitkiewicz, dotyczący pracy polskich dziennikarzy. Cieszy mnie, że Wasz portal jest jednym z niewielu, który na poważnie podejmuje zagadnienie warunków pracy w polskich mediach.

Dziennikarka nie zwiększy produktywności dzięki nowemu laptopowi

Niepokoi mnie jednak fakt, że w tej dyskusji pomija się pracę media workerów. Bohaterami rozmów i wywiadów są autorzy materiałów ważnych, szeroko omawianych pogłębionych analiz czy reportaży w formie książek. Słowem treści, o pisaniu których marzy większość osób w tym zawodzie.

Ja sam zajmuje się dziennikarstwem od kilku lat. Przez ten czas pracowałem w różnych redakcjach – małych, średnich i dużych. I szczerze mówiąc, coraz mniej podoba mi się w tym zawodzie. Tłumaczę, dlaczego.

Codziennie pracuję osiem godzin za biurkiem. W zależności od długości przygotowywanego tekstu mam na niego godzinę do czterech godzin – w zależności od możliwości, może to trwać cały dzień, rzadko się to jednak zdarza.

W tym czasie często muszę zdobyć wypowiedź ekspercką, napisać śródtytuły oraz wybrać zdjęcia – główne i do tekstu. Ważne jest zdobycie takiej wypowiedzi, którą można włożyć do tytułu. Wydawcy zależy przede wszystkim na tym, by cytat dało się wystawić z tytułem ocierającym się o clickbait, bo wtedy daje to szansę na dobry wynik „czytelniczy”. Moje ambicje dotyczące tytułu są nieważne – jeśli tekst ma się „wyczytać”, tytuł musi być maksymalnie „wykręcony”. Tekst oczywiście jest pełen błędów, mniejszych i większych. Wydawcy coś tam znajdą, ale rzadko jest to dopięty i dopieszczony materiał – tu nie tekst się liczy, tu czas jest najważniejszy.

Z artykułów jesteśmy rozliczani na wiele sposobów, głównie dzięki narzędziom do analizy ruchu. Wiadomo, ile osób tekst przeczytało i jaki średnio czas czytelnicy spędzają na stronie. Dzięki temu wiemy, żeby nie pisać „za długo”, nie wgłębiać się w temat, bo czytelnik zazwyczaj nie przeczyta całości. Proszę zresztą zauważyć, gdzie rozmieszczone są reklamy w większości portali – na początku tekstu.

Przy takim trybie pracy trudno mówić o jakimś rozwoju – osiem godzin pisania tekstów dziennie sprawia, że dodatkowe, bardziej ambitne projekty, są odkładane albo na urlopy, albo na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Ale to nie jest problem. Problemem jest coś innego. Pracuję biurowo, mam jasno określone warunki pracy i stałą pensję. I umowę o dzieło. Co miesiąc dostaje nowy rachunek i umowę do podpisania. Chociaż wykazuję stosunek pracy, mam zerowe zabezpieczenie swojego stanowiska.

Kiedy sugeruję podpisanie ze mną umowy o pracę, jestem zbywany stwierdzeniem, że tak jest wszędzie i najlepiej byłoby założyć działalność. Wtedy przychodziłbym do redakcji świadczyć usługi dziennikarskie, co z perspektywy pracodawcy jest najbardziej korzystnym rozwiązaniem. To chore, że jedynym benefitem w tej pracy są owoce, ewentualnie inne artykuły spożywcze, którymi częstują mnie w redakcji.

Do tego dochodzą typowo korporacyjne „eventy”, na których mówi nam się, jak bardzo firma urosła, ile użytkowników było w danym miesiącu i jakie cele mamy na kolejny kwartał. Dziennikarstwo jest tu tabelką w excelu. O rzeczach ciekawych dla nas możemy pisać wtedy, kiedy cel zostanie „dowieziony”.

Lubię pracować w takim wymiarze, w jakim obecnie. Ale mam dość śmieciowych warunków i piorącego mózgi kultu cyferek i myślenia, jak zwabić czytelnika.

Kopińska: Prawdziwej skruchy nie sposób odkryć

Ludzie narzekają na portalozę. Ale nie wiedzą często, że teksty w tych portalach piszą osoby zatrudnione byle jak, z naczelnym cisnącym ich na kliki i czas – w jednej z redakcji chwalono tych, którzy napisali najwięcej tekstów w ciągu dnia. Robimy to byle jak, bo nie ma czasu, żeby było to zrobione dobrze.

Nie każdy może pisać i chce pisać reportaże. Są tacy, którzy lubią pisać newsy i szybko reagować na wydarzenia. Problem w tym, że osoby te są wyciskane jak cytryny. Ja też tak się czuję, bo losem media workerów mało kto się zajmuje w innym kontekście, niż utyskiwanie na nich.

Z poważaniem,

Czytelnik (imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.