Kraj

Jak poskromić słonia prawicy

Jeśli chcemy zlikwidować krzywdzące nierówności, to dlaczego mamy taki problem ze zdobyciem poparcia tych pokrzywdzonych?

Polityka to bagno, dyskusje przedstawicieli partii rządzących i opozycyjnych w telewizji to nie wymiana argumentów, tylko zwykłe nawalanki. W internecie bluzgi – trochę inne pod adresem zwolenników Platformy, trochę inne przeciwko partii Kaczyńskiego, ale siła rażenia podobna. Czy bardziej „cywilizowana” dyskusja przywróciłaby zainteresowanie polityką milionom tak zwanych normalnych obywateli?

Takie pytanie zadaje na początku swojej książki The Righteous Mind: Why Good People Are Divided by Politics and Religion profesor psychologii Jonathan Haidt. Przykłady czerpie ze Stanów Zjednoczonych. Jak ulał pasują one jednak również do polskiej rzeczywistości. Dlatego czyta się to z wypiekami na twarzy, zwłaszcza jeśli podzielamy założenie autora, że każdy kieruje się jakimiś zasadami i wyznaje jakieś wartości – ludzie nie dzielą się po prostu na „dobrych” i „złych”, „nas” i „ich”.

Jak poskromić słonia

Haidt przypomina dwa główne podejścia do moralności: jedno zakładające, że moralność jest „wrodzona”, i drugie, zgodnie z którym można do niej dojść, kierując się racjonalnym myśleniem. Mocno upraszczając, można powiedzieć, że od lat 70. dominuje w psychologii to drugie podejście. Jednak gdyby to była prawda – dowodzi autor – potrafilibyśmy przekonywać się nawzajem w kwestiach budzących moralne wątpliwości. A jakoś nie potrafimy. Kiedy w politycznych i światopoglądowych dyskusjach pojawia się kwestia moralności, emocje sięgają zenitu, a argumenty racjonalne, wyniki badań naukowych itd. zazwyczaj służą tylko potwierdzeniu tego, co już i tak „wiemy”.

Haidt, przypominając wyniki niezliczonych eksperymentów i badań, tłumaczy, że człowiekiem w dziewięćdziesięciu procentach kierują emocje bądź intuicja. To jest właśnie „słoń”, na którym siedzi malutki jeździec – racjonalne myślenie. Jeździec ten taką zaś ma naturę, że zawsze będzie się starał dobrze przysłużyć swojemu słoniowi.

Drugi istotny wniosek trafia nas, ludzi lewicy, prosto między oczy: to teoria wymiarów moralności zaproponowana przez autora. Według niej istnieje ich sześć – a nie tylko jeden. „Moralność nie kończy się na pytaniu o krzywdę i sprawiedliwość” – pisze Haidt. Wszyscy ludzie (z wyjątkiem psychopatów) za niemoralne uważają to, co oznacza czyjąś krzywdę – troszczą się innych, słabszych, dążą do większej sprawiedliwości. Świecka moralność Zachodu zazwyczaj na tym poprzestaje.

Głównym celem lewicy jest właśnie zapewnienie wszystkim równych szans, otoczenie opieką najsłabszych, zlikwidowanie krzywdzących dyskryminacji. Dlaczego zatem ma taki problem ze zdobyciem poparcia tych pokrzywdzonych przez liberalną politykę gospodarczą, biednych, zwalnianych z pracy, bezrobotnych, którym przecież chce umożliwić godny byt? Odpowiedź, jaką proponuje Haidt, ma związek z pozostałymi wymiarami ludzkiej moralności. Konserwatyści na przykład, oprócz troski o innego, z równą siłą kierują się takimi wartościami jak autorytet (szacunek dla tradycji, hierarchii), lojalność (przynależność do grupy) i sacrum.

Haidt proponuje, byśmy uznali, że ludzie różnie podchodzą do kwestii moralności. A ponieważ opiera się ona przede wszystkim na intuicjach, to mamy tutaj pewien problem. Nieważne, ile będziemy mieć racjonalnych argumentów dotyczących pomocy słabszym, i tak przegramy z prawicowym politykiem, który pociągnie za sobą ludzi, dla których równie ważny jest autorytet czy sacrum. A że osoby mniej wykształcone, biedne, mieszkające na wsi czy w małych miastach bazują często właśnie na tych pozostałych wymiarach moralności, to bardzo trudno do nich trafić wielkomiejskiej, świeckiej, racjonalnej lewicy – podsumowuje Haidt.

Moralność wiąże i zaślepia

Każdy z nas ceni sobie indywidualność, ale są takie momenty, kiedy włącza nam się instynkt stadny. Na przykład po 11 września 2001 Haidt ze wstydem przyznał się przed sobą, że chciałby przyczepić do lusterka samochodowego amerykańską flagę – żeby w chwili, gdy cały naród przeżywał traumę po atakach terrorystycznych, jakoś wyrazić swoją przynależność do niego.

Przywołuje też przykłady „wesołego ula”, w którym ludzie czasem po prostu bardzo lubią się znaleźć – podczas rozgrywek uniwersyteckiej ligi, kiedy wszyscy uczestniczą w dziwnych ceremoniałach, kibicując swojej drużynie. Albo na imprezach didżejskich, gdy tańczący zatracają się w rytmie. Takie przeżycia pozwalają na chwilę zapomnieć o sobie i poczuć się częścią jakiejś zbiorowości. Jak tłumaczy autor, natura ludzka jest dwoista – przez większość czasu jesteśmy samolubni, ale czasem potrzebujemy czuć się częścią większej całości. Jesteśmy w dziewięćdziesięciu procentach samolubną małpą, w dziesięciu zaś pszczołą, która najlepiej czuje się w ulu.

Takie wspólne uniesienia ewolucyjnie służyły wzmacnianiu – rodziny, plemienia. Tak powstawało coś, co dzisiaj nazywamy kapitałem społecznym. Ludzie stawali się bardziej altruistyczni w odniesieniu do innych członków grupy.

Siłę „ula” dobrze rozumieją współczesne korporacje, organizujące wyjazdy integracyjne i stawiające na niemal religijne poczucie lojalności w stosunku do pracodawcy i współpracowników. Heidt poświęca specjalny fragment książki temu, jak wykorzystać ten instynkt w organizacji – jak zbudować zespół ludzi, którzy bardziej niż na siebie, będą grać na rzecz grupy. Na przykład: podkreślaj to, co ludzie mają ze sobą wspólnego, wprowadź jakieś zajęcia synchroniczne. Jeśli poprosisz ludzi, żeby zaśpiewali razem piosenkę, maszerowali równym krokiem albo wspólnie wybijali na stole jakiś rytm, sprawi to, że będą bardziej sobie ufali. Postaw na konkurencję między zespołami, a nie jednostkami.

Czy dzięki temu trochę lepiej rozumiemy siłę mszy czy prawicowych wieców i marszów gromadzących tysiące ludzi? Haidt przypomina, jak polityczni przywódcy korzystali z tej ludzkiej skłonności – ruch polityczny najczęściej opiera się na pragnieniu służenia jakiejś wyższej sprawie. Czy to nie jest jednak prosta droga do faszyzmu, jak obawiają się niektórzy? Autor twierdzi, że społeczeństwo opierające się na „ulach” – czyli z silnym kapitałem społecznym, wypracowanym dzięki uczestnictwu w różnych grupach nienastawionych na maksymalizację interesu jednostki – będzie wręcz mniej podatne na manipulację faszyzującego lidera. To ludzie niewybiegający poza szarą codzienność, nieczujący głębszego związku z innymi będą bardziej skłonni szukać „sensu” gdzieś indziej i pójść za populistycznym przywódcą, który obieca im uczestnictwo w czymś ważnym.

„Moralność wiąże i zaślepia” – twierdzi Haidt. Każda grupa kieruje się jakimś zestawem wspólnych wartości i staje się ślepa na wartości innych. Nam oczywiście wydaje się, że to ta druga strona jest zaślepiona – to przez nich przemawiają emocje, to oni wszędzie węszą spisek, ogłaszają, że są wykluczeni, choć sami wciąż tylko wykluczają…

Lewica śpiewa pieśni

Narracja lewicowa jest narracją „walki” – z tym, co zastane, ze złym systemem, o prawa ciemiężonych i dyskryminowanych. Narracja konserwatywna jest narracją „obrony” – wszystkich wymiarów moralności, nie tylko „troski o innych”. Konserwatyści poruszają więc każdą strunę po trochu. Dla lewicy zaś wymiary takie jak sacrum czy szacunek dla hierarchii właściwie powinny zniknąć.

W ciekawym eksperymencie badającym wzajemne postrzeganie amerykańskich liberałów i konserwatystów okazało się, że to liberałowie gorzej odczytują postawy przeciwników. To lekceważenie przez lewicowców pozostałych wymiarów moralności prowadzi często do wylewania dziecka z kąpielą. Konserwatyści z kolei osiągają taki efekt, gdy do tego stopnia bronią status quo, że podtrzymują rozwiązania krzywdzące dla mniejszości, biednych itd.

Kiedy Haidt doradzał demokratom przed wyborami prezydenckimi w 2008 roku, tłumaczył im, że amerykański kandydat na prezydenta nie może nie odwoływać się do religii. Łapał się za głowę, kiedy Obama podczas słynnego przemówienia w Berlinie deklarował, że jest „obywatelem świata”. „Nie da się kochać wszystkich”, pisze autor. Nie wygra się wyborów – czy będzie to gmina czy kraj – nie powołując się na szczególną więź łączącą kandydata z wyborcami. Chwile, kiedy zwycięża w nas ciągota do ula, to część ludzkiej natury.

Aby zasypać rowy, które zdają się już nie mieć dna, na nic zdadzą się racjonalne argumenty – żadnej ze stron. Na każdy argument lewicy prawica znajdzie swój, niezależnie od tego, jak bardzo wyda się ona nam absurdalny. Druga strona myśli to samo o nas. Nikt nie jest jednak na tyle zatwardziały, by czasem nie zmienił zdania. Do tego trzeba jednak umieć przyjąć jego perspektywę, zrozumieć jego emocje, intuicje – i odrzucić założenie, że ta „obca” moralność jest z góry niedopuszczalna.

Innymi słowy, trzeba umieć poruszyć „słonia” przeciwnika, zdobyć jego zaufanie; posłuchać go, a może nawet przyjąć jakieś jego racje. Wtedy mamy szansę przekonać go za pomocą swojego argumentu.

Jest wiele rzeczy, z którymi można w tej książce dyskutować – sam autor zastrzega, że kieruje nim jakiś światopogląd i jest świadom tego, że, podobnie jak wszystkim, brakuje mu obiektywizmu. W miarę lektury zaczynasz podejrzewać, że Haidt to lewicowiec trochę farbowany, ale nie przestajesz czytać – choć mówi rzeczy zarazem przyjemne i nieprzyjemne. Hardt przemawia do emocji, otwiera na dyskusję. Choć akurat stwierdzenie, że my wcale nie jesteśmy nieomylni, a ci drudzy wcale nie są ciemnogrodem, który trzeba wreszcie ucywilizować, powinno być dla nas oczywistością.

Jonathan Haidt, The Righteous Mind: Why Good People Are Divided by Politics and Religion, Pantheon 2012.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.