Kraj

It’s so 90’s, czyli niewczesne myśli Ryszarda Petru

Ryszard Petru

Dyskusja o zakazie handlu w niedziele po raz kolejny pokazała, że opozycja nie nadąża za społeczeństwem. Pod sztandarami walki o wolność gospodarczą kryje się indolencja i nierozumienie współczesnego świata. Politycy powinni przestać prawić neoliberalne komunały sprzed dwudziestu lat i zastanowić się, jak mogą pomóc Polakom.

Od kilku tygodni liderzy parlamentarnej opozycji z zafrasowanymi minami głosili, że nowa ustawa stłamsi rozkwitającą przedsiębiorczość Polaków. Główną twarzą batalii został Ryszard Petru – zmarginalizowany lider Nowoczesnej, który od przegranej w partyjnych wyborach wytyka swej formacji rzekomy skręt w lewo. W mediach społecznościowych publikuje mema za memem, promuje własną propozycję (dwie wolne niedziele w miesiącu dla każdego pracownika), a nawet sugeruje, że Polacy tak mocno zatęsknią za niedzielnymi zakupami, że masowo będą je robić w Czechach.

Panicz Ryszard kupuje od plebsu, kiedy chce

Sprawa zakazu handlu w niedziele dowodzi, że część opozycji nie rozumie nastrojów społecznych. I to na dwóch planach: lokalnym i globalnym.

Na planie lokalnym – bo Polacy wzbogacili się na tyle, że sam akt zarabiania przestał być fetyszem. Minął okres, gdy pragnienie wolnego rynku było tak potężne, że gotowi byliśmy podporządkować mu pozostałe sfery życia. Od początku transformacji w społeczeństwie (a już na pewno wśród elit) trwał konsens wokół idei, że „co nie jest zakazane, jest dozwolone”. Efekty tego odczuwaliśmy przez kolejne dekady – choćby we wspólnej przestrzeni, którą zalepiono milionami szyldów i reklam. Przez wiele lat bogacenie się było priorytetem także dla polityków, na których nadużycia kolejne opcje przymykały oko.

Obecne nastroje są inne, co należy zresztą uznać za wielkie osiągnięcie III Rzeczypospolitej. Sytuacja finansowa większości Polaków nie jest już tak dramatyczna, żeby musieli dorabiać w każdym możliwym miejscu i czasie. O finansach coraz częściej myślimy w kategoriach długofalowych – masowe jeszcze kilka lat temu poparcie dla umów śmieciowych (jako esencji wolnego stosunku pracy) zmalało, gdy zaczęliśmy zauważać, że istotne nie jest tylko to, co zostaje nam w kieszeni, ale także zabezpieczenie emerytalne oraz zdrowotne, a także finansowana z podatków lokalna droga, pobliski żłobek czy nowa linia tramwajowa.

Z tej perspektywy zdumiewające wydaje się wezwanie Ryszarda Petru do buntu przeciwko urzędnikom Państwowej Inspekcji Pracy, a także jego aprobata dla tych firm, które zakaz handlu próbują ominąć. Po pierwsze dlatego, że takie słowa – wyrażające pogardę dla prawa – są niedopuszczalne w ustach demokratycznego polityka. Po drugie – bo to właśnie umniejszanie pożądanej roli państwa (np. Państwowej Inspekcji Pracy) zaowocowało bałaganem w relacjach pomiędzy pracodawcami a pracownikami, który był jedną z głównych przyczyn dojścia do władzy populistycznego rządu. Porównywanie działań ochronnych państwa do walki PRL z cinkciarzami świadczy o głębokim niezrozumieniu tego, jak procesy ekonomiczne wpływają na politykę (abstrahując od faktu, że w czasach socjalizmu zwalczano raczej tzw. badylarzy, handlarzy walutą tolerowano zaś jako cennych informatorów).

Petru mentalnie tkwi w czasach rynkowej wolnoamerykanki, a wszystkie zawiłości ustawy kwituje populistycznym stwierdzeniem, że „Polak jest przedsiębiorczy”. To w najlepszym razie półprawda, ponieważ jesteśmy różni: jedna Polka jest przedsiębiorcza, drugi Polak przedsiębiorczy nie jest. Nawet jeżeli za prawdziwą uznamy wątpliwą tezę, że zakaz handlu w niedziele szkodzi tym pierwszym, o niczym to nie przesądza. Bycie „przedsiębiorczym” w rozumieniu rynkowego indywidualizmu nie powinno być bowiem stanem domyślnym, ani nawet pożądanym dla wszystkich ideałem. Ci z nas, którzy nie chcą, nie umieją lub nie mogą zarabiać jako przedsiębiorcy (i do tego są od nich – jako pracownicy najemni – liczniejsi), mają takie samo prawo do tego, żeby państwo o nich dbało.

Właśnie w tym miejscu poglądy polskich neoliberałów idą na przekór trendom globalnym. Współczesną wiedzę streścić można w jednym zdaniu: rynek nie jest – jak sądziliśmy przez lata – racjonalny i miarodajny, nie wyznacza np. obiektywnej wartości ludzkiej pracy. Przez lata ekonomiści obserwowali świat w kategoriach liczb, gdzie więcej oznaczało lepiej. Tylko w takim sensie Ryszard Petru może mieć rację, gdy twierdzi, że jak „jeden dzień panu wypada, to siłą rzeczy jest pan do tyłu”.

Taka kalkulacja nie oznacza jednak, że stratne będzie społeczeństwo. Nie przez przypadek najbardziej rygorystyczne zakazy handlu obowiązują w takich krajach jak Niemcy, Szwajcaria czy Norwegia. Nie dlatego bynajmniej, że tamtejsi politycy wiedzą o finansach mniej niż polscy neoliberałowie. Po prostu rozumieją, że nieraz warto poświęcić część dochodu narodowego po to, aby zwiększyć poczucie komfortu obywateli. Dania od wielu dekad nie wspiera np. tych branż, które łamią prawa człowieka, choć mogłaby nieźle na nich zarobić.

Polska rodzina na samozatrudnieniu – o zakazie handlu w niedzielę

Inna sprawa, że długofalowe skutki zakazu handlu w niedziele mogą być pozytywne także dla wzrostu PKB – być może okaże się, że handel więcej zarabia w bardziej pracowite soboty niż soboty i niedziele? Być może wypoczęci obywatele staną się bardziej innowacyjni? Być może odżyją centra polskich miast, co pozytywnie wpłynie na turystykę? Być może zyskają bardziej produktywne branże niż handel?

Otaczający nas świat to coś więcej niż prosta tabela przychodów i rozchodów, jak próbują nam wmówić niektóry krytycy ustawy. I to wcale nie jest radykalny pogląd, bo od kilku dekad dominuje on w naukach społecznych. Pisali o tym nie tylko zdeklarowani krytycy kapitalizmu w obecnej formie, jak Thomas Piketty, ale także najważniejsi ekonomiści naszych czasów – Daniel Kahneman, Richard Thaler czy Angus Deaton.

Wszyscy oni doszli do wniosku, że największych grzechem kapitalizmu jest jego egoizm. Gdy cały świat próbuje się zmierzyć z tym problem, Ryszard Petru beztrosko deklaruje, że „jeśli ja chcę coś kupić w niedzielę, nie widzę powodu, żeby PiS mi to ograniczał” i boleśnie przypomina nam o źródłach kryzysu liberalnych demokracji. Poglądy polskich neoliberałów są przy tym anachroniczne na tle osiągnięć współczesnej ekonomii – dziedziny, która teoretycznie powinna być im najbliższa.

Nie twierdzę przy tym, że rozwiązanie przyjęte przez Prawo i Sprawiedliwość nie ma wad. Może rację mają ci, którzy twierdzą, że niedzielne zakupy stały się częścią polskiego stylu życia. Pewne obawy budzić może także religijny kontekst tych przepisów, choć akurat ta argumentacja jest nieco cyniczna – jestem bowiem przekonany, że w niedziele pracy unikają także ci z nas, którzy religijni nie są. Nie sposób przecież zarzucić klerykalnego odchylenia akurat tym społeczeństwom, gdzie podobne zakazy funkcjonują od dawna. Kluczowym pytaniem jest także to, czy ustawa będzie skuteczna i czy jej szczegółowe zapisy są sprawiedliwe – prawu podlegają wielkie sieci handlowe, w których funkcjonują związki zawodowe, a najbardziej poszkodowani będą pracownicy małych sklepów z sieci franczyzowych.

Wszystkie te wątpliwości najlepiej zweryfikuje czas. Za dwa lata może się okazać, że ustawę należy poważnie skorygować. Do tego czasu politycy powinni jednak zastanowić się, jak w tej sytuacji mogą pomóc swoim wyborcom. W trakcie niedawnego kryzysu dostaw mięsa do brytyjskich restauracji KFC (który na jakiś czas je sparaliżował) tamtejsi politycy nieustępliwie zabiegali o to, żeby sieć wypłaciła swoim pracownikom pełne wynagrodzenia za dni, kiedy nie mogli pracować. Chciałbym zobaczyć polskich posłów, którzy nie stają po stronie wielkich firm, ale twardo negocjują z nimi takie warunki sobotniej pracy, żeby studentom wciąż opłacała się praca w handlu. Toporne walenie w rząd w imię nieaktualnych doktryn i źle zdiagnozowanych potrzeb społecznych  niczego na lepsze nie zmieni.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.