Kraj

Klasa robotnicza pójdzie do nieba [Pozytywnego coś, pozytywnego]

Piotr Ikonowicz, Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej. Fot. Facebook.com

Moje doświadczenie naprawdę najczęściej zadaje kłam powszechnemu wśród inteligencji mniemaniu, że lud jest ciemny i nietolerancyjny. Opowiem wam o kilku przykładach z mojej pracy, dzięki którym zaczniecie ten dzień z nieco bardziej optymistyczną lekturą.

Niedawno przyszła do naszej sutereny na Grochowie kobieta, której mąż jest niepełnosprawny i otrzymuje zaledwie 153 zł zasiłku. „Ludzie nie wiedzą, jak przeżyć, a zwykłym pijaczkom spod sklepu opieka daje”, żaliła się.

– Niech pani tak nie mówi – Agnieszka i Iwona zareagowały emocjonalnie.

– Czy pani coś wie o tych ludziach? Wielu z nich uczciwie przepracowało całe życie, aż w pewnym momencie wylądowali na ulicy i w objęciach choroby alkoholowej. Aż coś się zdarzyło, coś w nich pękło. Nie ma im pani co zazdrościć tych groszy od państwa, bo oni zwykle i tak nie żyją długo. Ale za to stanowią dla wielu polityków i wyborców świetne i wygodne wytłumaczenie, żeby pomoc innym ludziom odebrać. Również pani mężowi – tłumaczyły.

Agnieszka i Iwona wiedzą, co mówią. Same były kiedyś bezdomne. Dziś niosą pomoc innym, stają na sprawach sądowych w procesach eksmisyjnych, negocjują z pożyczkodawcami, piszą najróżniejsze pisma procesowe w imieniu tych, którym nie starcza na to sił.

Paragraf zwany bezdomnością

Obie kobiety nie mają wielkiego wykształcenia, za to o stygmatyzacji biedy wiedzą więcej niż niejeden profesor.

Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej składa się ludzi, o których kiedyś się mówiło, że są to „niziny społeczne”. A jednak ci kierowcy, ochroniarze, handlarki uliczne, dozorczynie potrafią wznosić się na wyżyny empatii i tolerancji. Ich lewicowość rzadko wynika z lektur – częściej zaś z życiowego doświadczenia i wyrobionych w ten sposób moralnych odruchów. Nierzadko też bywa wyniesiona z domu – tak jak wynosi się grzeczność czy kulturę osobistą.

Kancelaria ostatniej szansy

Przychodzi do nas też trochę cudzoziemców: Rosjanki, Ormianie, Bułgarka, Mongołka, imigranci z Ukrainy.

Olga to Rosjanka, która musiała uciekać z Taszkientu przed prześladowaniami ze strony dumnych Uzbeków, wyznawców islamu, którzy z dnia na dzień przestali w niej widzieć sąsiadkę, a zaczęli wyzywać od ruskich świń. Olga oświadczyła nam kiedyś, że nie znosi wszystkich muzułmanów. Mieliśmy z tym problem. Marek, tramwajarz warszawski, który w zajezdni na Młynarskiej przepracował 40 lat, ma zięcia Turka. Był u nich na weselu. Przekonywał więc Olgę, że muzułmanie to w zdecydowanej większości wspaniali i gościnni ludzie.

Najlepiej sprawiła się jednak Beata – samotna matka dwóch synów, żyjąca w nędzy, ale organicznie równościowa i postępowa. Kiedy Olga po uzbeckiej traumie upierała się, że nie wolno do Polski wpuszczać imigrantów z Syrii, Beata nie wytrzymała i zapytała: „A myślisz, że Polacy nie są tacy sami? Nigdy od nikogo nie usłyszałaś, że my ruskich w Warszawie nie chcemy?”. Olga zrozumiała, że Beata chce, żeby żaden człowiek nie czuł się nigdy niechcianym gościem w obcym kraju. Skończyły się islamofobiczne teksty.

Od czasu do czasu jakieś łobuzy zdzierają nam czerwoną flagę. Bezdomny muzyk Roman pogonił za nimi, kiedy wyzwali go od komuchów. Wtedy zapytał: „A wy choć wiecie, co to słowo znaczy? Komunizm?”. Kiedy w Bydgoszczy składaliśmy kwiaty pod grobem ofiar faszyzmu, przywitała nas grupka młodzieży z transparentem ONR. Krzyczeli, że na drzewach zamiast liści… Wtedy starsze, ciężko pracujące kobiety podeszły do nich i zaczęły im wyjaśniać, co znaczy czerwony sztandar, i że one rozumieją, że są wściekli, bo zapewne w pracy szef ich czołga i upokarza. „Spróbujcie tak pyskować swojemu szefowi w McDonaldzie, a nie tu na starszych ludzi się drzeć. Też mi odwaga”, perorowała Mirka, która na co dzień utrzymuje się z handlu ulicznego i jeździ po jarmarkach. Do łysych, agresywnych narodowców mówiły kobiety, które mogłyby być ich matkami i też po matczynemu ich łajały.

Przez naszą organizację przewija się wiele osób. Niektórzy zostają i bycie socjalistami staje się dla nich sposobem na życie. Inni po jakimś czasie przestają się pokazywać. Do takich efemeryd należeli Iza i Marcin. On – homoseksualista, ona – osoba po zmianie płci. Ale coś swoją obecnością u nas udowodnili – przez ponad rok ich aktywności nikt nie uczynił najmniejszej aluzji czy złośliwej uwagi dotyczącej ich seksualności. To wiele mówi o rzekomym konserwatyzmie „ludu”.

Najbardziej wrażliwi są na wszelkie objawy wykluczenia, w tym na problem nałogów. Ludzie, którzy próbują walczyć, wyjść na prostą, dostają wszelkie możliwe wsparcie. Organizujemy również sesje terapeutyczne dla osób uzależnionych. Nikt się z nałogami nie kryje –rozmawia się o nich tak, jak o innych chorobach. Mirka, niepijąca alkoholiczka, sama z siebie odwiedza w więzieniach uzależnione kobiety, aby je wesprzeć w walce z ich nałogiem.

Jeżeli już ludzie przychodzą do nas z uprzedzeniami, to są to najczęściej uprzedzenia klasowe – wynikające z życiowych doświadczeń, ciągłego bycia upokarzanymi przez pracodawców czy interesantów. Zauważyłem, że kiedy ktoś zaczyna mówić językiem korporacyjnym, to natychmiast napotyka na opór i nieufność. Ludzie nie chcą znowu dać się komuś oszukać, boją się rynkowych technik prania mózgów.

Ta klasowość, często nawet przesadna, dała o sobie znać w przypadku Romana. Ten były muzyk Filharmonii Białostockiej i agent ubezpieczeniowy nie sprostał kredytowi hipotecznemu i ogłosił upadłość osobistą, tracąc dach nad głową. Bezrobotny, bezdomny inteligent pomaga dzisiaj innym pechowcom przeprowadzić podobną procedurę upadłościową. Mieszka po znajomych, nie chce iść do przytułku, nie chce też podejmować pracy poniżej posiadanych kwalifikacji. Cześć naszych członków uważa, że się wywyższa. Mówią, że oni muszą brać każdą beznadziejną robotę. Jednak czy nie byłoby szkoda, gdyby inteligent, który tak skutecznie pomaga tak wielu ludziom, przestał korzystać ze swoich zdolności i poszedł do fizycznej roboty, harować od świtu do nocy, by zarobić parę złotych i wtopić się w tłum tych, którym nie wystarcza czasu na bycie dla innych?

W tej rodzinie, jak to w rodzinie, poziom świadomości politycznej bywa różny. To powoduje tarcia, ale rzadko trzeba je zażegnywać. Zwykle ludzie dogadują się „horyzontalnie”. Kiedy jednak jest robota, trzeba pójść zablokować eksmisję, wypłoszyć licytantów, którzy zamierzają kupić mieszkanie z lokatorami, albo pójść do sądu, by być na sprawie z poszkodowanym biedakiem, grupa staje się znów jednością. A ludzie, którzy jeszcze wczoraj skakali sobie do oczu, stoją w jednym szeregu.

Przychodzą też do Kancelarii ludzie wierzący, ateiści i wojujący antyklerykałowie. Nie pamiętam jednak, żeby względy religijne doprowadziły do jakiejś poważnej różnicy zdań. Nie wiem, dlaczego tak jest i czy jest to miarodajne. Kancelaria przyciąga zwykłych ludzi o postępowym, lewicowym światopoglądzie. Nasze doświadczenie naprawdę najczęściej zadaje kłam dość powszechnemu wśród inteligencji mniemaniu, że lud jest ciemny i nietolerancyjny.

Może bardziej analityczne światło niech rzucą na tę kwestię wyniki badań nad opinią w sprawie liberalizacji i zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Otóż wśród zwolenników liberalizacji ustawy największa grupa to osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym:

Fot. OKO.press
Fot. OKO.press

Zdarza się, że nasi klienci, ludzie, którym pomagamy wydostać się z życiowych kłopotów, których bronimy i w imieniu których organizujemy opór, to ludzie religijni. Często mówią nam potem, dziękując tym socjalistom za okazaną pomoc, że żywcem pójdziemy za to do nieba.

**
Kancelaria ostatniej szansy

 

Bio

Piotr Ikonowicz

| Działacz społeczny, polityk
Działacz społeczny, polityk, dziennikarz, poseł na Sejm II i III kadencji. Przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Ma Pan rację.
To właśnie taki tekst, jaki chciałam przeczytać z rana.