Kraj

Grzebalska, Paziński, Gdula: Babranie się w miejskiej przeszłości

Nie chodzi ani o to, żeby zburzyć pomnik, ani żeby postawić swój.

Maciej Gdula: Dlaczego przy okazji niedawnych wyborów lokalnych nie pojawiły się kwestie pamięci? Wiem, że to nie z powodu braku zainteresowania. W rozmowach ze mną niektórzy kandydaci przyznali, że po prostu wolą się nimi nie zajmować.

Weronika Grzebalska: Jeden z kandydatów Miasto jest Nasze do rady mojej dzielnicy, który zresztą się dostał do samorządu, otwarcie pisał w swojej ulotce o tym, że popiera budowę pomnika rotmistrza Pileckiego na Żoliborzu. Wielu kandydatów z Pragi, z różnych partii, odnosiło się z kolei do pomnika „czterech śpiących”. Nie mamy tu do czynienia z nieobecnością tych kwestii, tylko raczej z dominacją narodowego kanonu pamięci nad pamięcią lokalną. Od 25 lat przykładem tego procesu jest tzw. dekomunizacja ulic. Często przy tym zdejmuje się nazwiska osób niezwiązanych z aparatem komunistycznym, np. przedwojennych PPS-owców.

Piotr Paziński: Lokalne historie zostały przeniesione na wyższy poziom polityczny, sejmowy, ponieważ są ważne dla największych partii: przede wszystkim dla PiS-u, po części także dla SLD, broniącego masy upadłościowej po PRL, w tym jeszcze „niezdekomunizowanych” nazw ulic czy pomników. Natomiast Platforma Obywatelska to partia całkowicie bezideowa, więc trudno, żeby brała udział w jakichś poważnych dyskusjach na temat tożsamości historycznej, narodowej czy pamięci. Oczywiście w praktyce Platforma zawsze przychyli się do pewnego stanowiska w dyskusji, czy to prawicowego, czy konserwatywnego: przyklepie to, na czym zależy PiS-owi. Natomiast oficjalnie nie zabierają głosu, bo są przecież liberalną partią u władzy. Już około roku 2000, gdy jeszcze nie rządziła, Platforma dała się poznać jako siła polityczna, której nie zależy na historii. Donald Tusk powiedział wtedy, że nie ma zdania w sprawie Jedwabnego. Nie poszedł ani za patriotyczną prawicą, ani za Kwaśniewskim. Historyk z wykształcenia deklarował brak zainteresowania historią.

Dzisiejsze ruchy miejskie mają inny problem: zawieszenie w teraźniejszości, skoncentrowanie na bieżącej jakości życia. Owszem, sympatyzuję z nimi, ale widzę w takim myśleniu pewną słabość. Na przykład kampania Joanny Erbel odwoływała się do doraźnego komfortu życia w dużej metropolii, ale nie do jakiejś mniej lub bardziej utopijnej idei wysuniętej w przyszłość, ani tym bardziej do przeszłości. W tym kontekście przeszłość jako źródło sporów czy tożsamości właściwie nie istnieje. Nie istnieje też chyba refleksja, jak ta przeszłość miałaby rzutować na przyszłość. Imitacja bezideowości PO to słaby punkt ruchów miejskich. Według nich historia to jest domena prawicy, a ta peerelowska – domena SLD. W związku z tym na takiej debacie zależy jedynie PiS-owi, który wszystko powygrywał w ciągu ostatnich dwudziestu lat, wraz ze zgromadzonym wokół niego środowiskiem kombatanckim, akowskim. Zdekomunizowali Warszawę, zyskali wszystkie możliwe ulice, nadając im imiona dowódców akowskich, powstańców itd. W każdym układzie wygrywają.

Maciej Gdula: To by oznaczało, że zainteresowanie jakością życia, ścieżkami rowerowymi, poziomem usług publicznych, łączy się z przekonaniem, że do budowy tych rzeczy nie trzeba żadnej pamięci, żadnej wizji przeszłości. Nie sądzicie, że to ma krótkie nogi? Spory o pamięć też mogłyby być świetnym wehikułem, żeby porozmawiać o najbliższej przyszłości, na przykład wychowaniu naszych dzieci. Na Starym Mieście stoi Pomnik Małego Powstańca, jeden z najbardziej kontrowersyjnych w Warszawie. Jan Mencwel urządził tam bardzo ciekawy happening, ubierając powstańca w dmuchane koło, dostawiając mu zjeżdżalnię… Czy to nie byłby temat istotny ze względu na przyszłość? Jako wizja relacji międzyludzkich w ramach życia w mieście?

Weronika Grzebalska: Staram się uporządkować różne sposoby podejścia do pamięci. Nie wymieniliśmy jeszcze skrajnej prawicy: Ruch Narodowy w tej kwestii nawet więcej niż PiS, zwłaszcza na poziomie lokalnym, gdzie są bardzo silni. Zarysowaliśmy na razie podejście prawicowe: z wzmacnianiem narodowego kanonu bohaterów, znanej nam wszystkim narracji o męczeństwie Polaków, o starciu z dwoma totalitaryzmami… Praktykuje to podejście IPN oraz propagatorzy mainstreamowego wizerunku Powstania Warszawskiego. Z drugiej strony jest ahistoryczność PO i być może ruchów miejskich: życie w teraźniejszości.

Co po stronie lewicowej? Ostatnio z zainteresowaniem to obserwuję i widzę przynajmniej trzy podejścia. Pierwsze, marginalne, występuje głównie wśród alterglobalistów czy anarchistów, którzy odcinając się od wszystkich przeszłych systemów, nie tworzą żadnej pozytywnej polityki pamięci. Drugie, bardziej powszechne, jest podejście zerojedynkowe: nie chcemy narodowej historii, martyrologii, nie interesujemy się tym. Trzecie, coraz popularniejsze w różnych środowiskach, brzmi: musimy zaproponować pozytywną odpowiedź, stworzyć własną wielką narrację. Opowieść o PPS-ie czy emancypacji klas ludowych ma szansę stać się propozycją dla lewicy. Już stawia się pomnik Daszyńskiego, zdaje się przy placu Unii Lubelskiej.

Maciej Gdula: A ty jaki chciałabyś postawić pomnik?

Weronika Grzebalska: Raczej bym odpuściła walkę o pomniki. Nie uważam ich za najskuteczniejszy sposób robienia polityki pamięci. Byłam na wykładzie węgierskiego architekta László Rajka, syna komunisty o tym samym imieniu i nazwisku, który udowadniał, że

pomniki zupełnie nie działają jako nośniki pamięci. Skutecznie taką funkcję pełnią święta państwowe – dni wolne od pracy – oraz żywe pomniki. Czyli to, co nie jest namacalne, ale samo się nam przypomina.

Piotr Paziński: Do wymienionych podejść lewicowych dodałbym czwarte: obronę sfery popeerelowskiej. Co prawda coraz słabszą, bo jej obrońców ubywa. Dyskusja o Pomniku Braterstwa Broni, zwanym „czterech śpiących”, rzeczywiście ma miejsce, ale środowiska, którym zależy na pamięci Polski Ludowej, w niej przegrywają, wbrew temu, co twierdzi na przykład Gazeta Polska i inne media PiS-owskie.

Maciej Gdula: Jakie jest twoje zdanie na temat „czterech śpiących”?

Piotr Paziński: Uważam, że ten pomnik powinien zostać. To element historii Polski, choć kontrowersyjny.

Maciej Gdula: Ma zostać, bo w ogóle nie powinniśmy burzyć starych pomników?

Piotr Paziński: Nie, dobrze zrobiliśmy, że zburzyliśmy pomnik Dzierżyńskiego, który był zbrodniarzem. Dobrze, że zdemontowaliśmy pomnik Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej, zbudowany w końcówce PRL przy placu Żelaznej Bramy. Natomiast „czterech śpiących” to pomnik szeregowych żołnierzy, którzy rzeczywiście szli spod tego nieszczęsnego Lenino, ze wschodu, i wyzwalali Berlin, a nie Warszawę. Na pomniku przedstawiono szeregowców – nie ma powodu usuwać ich z historii.

Weronika Grzebalska: Absolutnie bym go zostawiła. Nie jestem zwolenniczką zerojedynkowej polityki pamięci: albo za, albo przeciw. Powinniśmy myśleć o twórczym przepisywaniu tych pomników. Eve Kosofsky Sedgwick nazywa tę strategię middle ranges of agency, „opór średniego rażenia”. Nie chodzi ani o to, żeby zburzyć pomnik, ani żeby postawić swój, tylko aby na różne sposoby negocjować to, co już istnieje.

Nazywam to partyzantką pamięci: korzystanie z istniejących pomników i zmienianie ich znaczenia.

Świetlne instalacje Krzysztofa Wodiczki albo jego propozycja wybudowania muzeum militaryzmu w pobliżu Łuku Triumfalnego w Paryżu są tego przykładem: łuk z celebracji zmienia się w eksponat w krytycznym muzeum.

Maciej Gdula: Jakie mają być pomniki? W ostatnich dwudziestu pięciu latach jedyna forma upamiętnienia, jaka nam przychodzi do głowy, to ludzik odlany z brązu. Wodiczko w swoich instalacjach w pewien szczególny sposób traktuje stałe pomniki. Sam również zbudował jeden: myślę o Pomniku Zniesienia Niewolnictwa [w Nantes – przyp. red.] – to pewna organizacja przestrzeni, która nie celebruje ludzika ani symbolu, tylko dostarcza pewnego doświadczenia osobie wchodzącej w obręb pomnika.

Ale czy twoja, Weroniko, propozycja partyzantki pamięci nie opiera się na przeświadczeniu, że może istnieć neutralna forma upamiętnienia? A przecież zapominanie też należy do pamięci. Pamięć to jest zorganizowane zapominanie, a nawet kasowanie. Toczy się ciągła walka o to, jaka ma być pamięć. Przyznam, że ja bym bardzo chętnie skasował Małego Powstańca. Chciałbym, żeby ten pomnik zniknął, a zamiast niego pojawiło się inne upamiętnienie, na przykład mówiące więcej o cywilnych ofiarach powstania. Nieprawda, że tamto sobie może zostać, a my postawimy nowy pomnik gdzie indziej. Chodzi tu o pewien gest, komunikat. „Tu stał pomnik Małego Powstańca, teraz przeniesiony do Muzeum Powstania Warszawskiego”.

Weronika Grzebalska: Absolutnie nie uważam, że możliwa jest neutralna polityka pamięci. Moja propozycja partyzantki pamięci wynika z tego, że każda próba nadania uniwersalnego przekazu, wytworzenia wielkiej narracji, będzie zawierać ogromne braki i ogromne wykluczenia. Nie potrafię wybrać osoby, grupy czy idei, której mogłabym z czystym sumieniem postawić pomnik.

„Przeszłość została odesłana na poziom polityki krajowej jako kwestia niewygodna i niepotrzebnie dzieląca ludzi”. Zapis wideo debaty w KP

Maciej Gdula: A ty, Piotrze, chciałbyś postawić jakiś pomnik?

Piotr Paziński: Pomniki mi się znudziły. Przestają cokolwiek znaczyć. Są wyłącznie poręcznym narzędziem walki o pamięć, zaznaczeniem terytorium. Ta walka trwa w Warszawie od ćwierćwiecza, obecnie na korzyść bardzo konserwatywnej frakcji i bogoojczyźnianej wersji dziejów, poniekąd też nadrabiania zaległości czasu peerelowskiego.

Wydawałoby się, że te dwadzieścia pięć lat wystarczy na załatanie dziur w pamięci niepodległościowej czy patriotycznej. Tymczasem ten proces się nie kończy.

Maciej Gdula: W mijającym roku jedne z największych kontrowersji wywołała sprawa pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich. Jakie jest twoje zdanie na temat pomnika, który w bardzo nieoczywisty sposób dzielił środowiska, rodziny, ludzi?

Piotr Paziński: Jestem mu przeciwny z bardzo wielu różnych powodów. Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka wystosowały list otwarty, w którym wymieniły wiele argumentów. Podobny apel wyszedł ze strony badaczy z IFiS PAN: pomnik tylko utwierdza polskich odbiorców w przekonaniu o czystym sumieniu Polaków. Kontrargument padł oczywiście taki, że mają go postawić uratowani, więc my właściwie nie powinniśmy zabierać głosu. Ale mnie najbardziej przeszkadza instrumentalizacja pamięci. Niespecjalnie ukrywano, że ten pomnik ma być swoistą zapłatą za muzeum. Stałby koło muzeum nie tylko z powodu przychodzących tam wycieczek.

Duży państwowy wydatek na Muzeum Historii Żydów części obywateli może wydać się kontrowersyjny. Dlatego Żydzi mają się Polakom odwdzięczyć, finansując pomnik przełamujący stereotypowe zachodnie myślenie o niesprawiedliwym zachowaniu Polaków wobec Żydów.

Taki argument stale wisiał w powietrzu, choć padał tylko za kulisami. Dlatego budowa pomnika w pobliżu muzeum wydaje mi się tym bardziej niestosowna.

Jest też drugi Pomniki Polaków Ratujących Żydów, jakby konkurencyjny, budowany wokół kościoła Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskim – koszmar architektoniczny, wysoki płot z nazwiskami osób ratujących Żydów. Owszem, kościół w czasie wojny był miejscem przerzutowym z getta warszawskiego, ale w związku z tym pomnik stoi na szlaku wycieczek z autokarów do synagogi Nożyków – podstawiono im go pod nos. Inicjatorzy pomnika bardzo słabo ukrywają tę intencję.

Maciej Gdula: Tak, nie można zupełnie abstrahować od kontekstu przestrzennego. Elżbieta Janicka świetnie pokazała w swojej książce Festung Warschau istnienie konfliktu pamięci na terenie dawnego getta. Na Muranowie stoi też przecież Pomnik Bohaterów Monte Cassino. Akurat w tam, a nie gdzie indziej, poświęcono duży kawałek przestrzeni publicznej na upamiętnianie polskich bohaterów. Przestrzeń getta obsadzają polskie upamiętnienia, więc w jakimś sensie rywalizują z żydowską pamięcią tego miejsca.

Piotr Paziński: Mieliśmy z Elą [Janicką] o to spór: zgadzam się z jej diagnozą istnienia rywalizacji pamięci, odbywającej się konkurencji o pomniki. Jednak nie przystałbym na opisywanie wszystkich tych zjawisk w kategorii intencjonalności. Powiedziałem jej, że jest gorzej, niż myśli.

W moim odczuciu teren dawnego getta jest nie-miejscem: większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia. Historię getta unicestwiono, nie funkcjonuje w pamięci powszechnej.

Ela uważa, że te pomniki postawiono celowo, by wymazywać żydowską pamięć. Według mnie odpowiedź jest prostsza: po prostu nikt nie pomyślał, było wolne miejsce, ktoś wydał zgodę, więc stoi pomnik.

Maciej Gdula: Trudno mi się z tym zgodzić. Przecież w nie-miejscach się nie stawia pomników. Jak budowano pomnik sybiraków [Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie – przyp. red.], ten wagon z krzyżami, byłem dzieckiem. Postawiono taki ważny pomnik w nieodpowiednim miejscu. Ale ten ruch nabiera sensu dopiero, gdy się przywoła przykład pomnika Monte Cassino wybudowanego w okolicy historycznej ulicy Nalewki.

Piotr Paziński: Chyba nie doceniamy tu pewnej niechlujności. Sądzimy, że upamiętnienie to coś patetycznego, poważnego, więc wierzymy w rzetelność zapadających o nim decyzji. A tymczasem jak się znajdzie kawałek wolnego trawnika, stawiamy coś bez konkursu, z kiepskim rzeźbiarzem. Tak jak pomnik stojący na Żoliborzu w Alei Wojska Polskiego, skrzydła husarskie… To samowolka pomnikowa – nie żeby zaznaczyć przestrzeń, tylko ot, po prostu postawili.

Weronika Grzebalska: Znam inny taki przykład. Temat rzezi wołyńskiej i Kresów jest, jak wiadomo, fundamentalny dla prawicowej wizji przeszłości. Natomiast dwa pomniki – jeden upamiętniający dywizję wojskową, drugi rzeź wołyńską [Pomnik 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK oraz Pomnik Rzezi Wołyńskiej – przyp. red.] – stoją po prostu na ugorze przy Trasie Toruńskiej tuż obok ekranów dźwiękoszczelnych, wciśnięte gdzie się dało, na nieatrakcyjnej i nieuczęszczanej działce.

Maciej Gdula: Ja bym polemizował. Marginalne usytuowanie tego pomnika odzwierciedla kontrowersje na temat kwestii rzezi wołyńskiej, także kontrowersje w polityce międzynarodowej. Stąd miejsce upamiętnienia: żeby nie drażnić, nie stawiać sprawy na ostrzu noża.

Piotr Paziński: Dla mnie to jednak trąci niechlujstwem: szurnięte, nieestetyczne, stoi gdzieś w krzakach. Nie lekceważyłbym elementu abnegacji, nawet przy całej toczącej się walce. Pomniki odzwierciedlają smak pomysłodawców.

Weronika Grzebalska: Ale przecież samorząd lokalny wydaje te decyzje. Na Żoliborzu w Alei Wojska Polskiego powstaje pomnik rotmistrza Pileckiego. Skrzyknęły się lokalne grupy kibiców, zostały wsparte przez PiS-owską młodzieżówkę, a finansowo przez firmę odzieżową „Red is Bad”, która robi koszulki antykomunistyczne. Nie była to dla mnie oczywista lokalizacja – potem dowiedziałam się, że Pilecki tam mieszkał i dał się tam zaaresztować, by przedostać się do Auschwitz.

Piotr Paziński: Pomnik Jana Matejki w Warszawie znalazł się tylko dlatego, że Kraków go nie chciał, bo sam malarz nigdy nie był w Warszawie.

Weronika Grzebalska: Tutaj wracamy do przenoszenia pamięci z poziomu ogólnonarodowego na poziom lokalny, narzucania jej z góry. Pamięć lokalna jest słaba.

Maciej Gdula: Jak to zmienić?

Weronika Grzebalska: Nie tyle starać się znaleźć nową wielką opowieść, ile właśnie rozbijać tę istniejącą, używając historii rodziny, historii dzielnicy, regionu… To jest jakiś punkt wyjścia.

Maciej Gdula: W tych lokalnych historiach można znaleźć coś, co rozbija oczywistość pewnych narracji. Ale czy nie powinniśmy znaleźć jakichś nowych bohaterów?

Piotr Paziński: W porównaniu na przykład z Paryżem w Warszawie jest bardzo mało tablic informujących, kto mieszkał w danym domu. Bardzo potrzebujemy tego rodzaju pamięci. Powoli tablic przybywa: zauważyłem, że przy ulicy Chocimskiej powieszono kilka na jednym domu, pod numerem 35. Mieszkali tam na przykład Władysław Tatarkiewicz i Witold Gombrowicz, w różnych okresach życia. To zaczyna wypełniać miasto – i może stanowić jakąś konkurencję dla pomników.

Maciej Gdula: A czyja historia jest pominięta, wcale nie upamiętniona?

Piotr Paziński: Historia klas niższych: proletariatu polskiego i żydowskiego. To widać na przykładzie upamiętniania powstania warszawskiego. Mamy wielkie muzeum, nieszczęsnego Małego Powstańca, koszmar pomnikowy na placu Krasińskich, milion tablic na cześć oddziałów, pododdziałów i tak dalej. A rzeź Woli cofnięto na drugi plan. Dopiero ostatnio na 5 sierpnia urządzono większe obchody. To jest druga po wielkiej akcji likwidacyjnej getta warszawskiego masakra ludności cywilnej w tamtym okresie. Notabene uważam za bardzo pozytywną inicjatywę ŻIH-u dotyczącą marszów upamiętniających początek masakry, 22 lipca 1942, bo uświadamiają współczesnym warszawiakom, że w momencie wybuchu powstania w getcie 19 kwietnia 1943 nie ma już właściwie większości żydowskiej części miasta. Życzyłbym sobie tego samego wobec powstania warszawskiego: przypomnienia, że w pierwszym tygodniu ginie pewnie 80 proc. ofiar, po których właściwie nie zostaje żaden ślad. Kiedy powstanie wybucha 1 sierpnia 1944 roku, dotyczy 2/3 Warszawy, bo 1/3 – części żydowskiej – już nie ma od co najmniej półtora roku.

Weronika Grzebalska: Narracja o powstaniu, podobnie do innych, ewidentnie upamiętnia tylko jeden rodzaj opresji i jeden rodzaj emancypacji: tej narodowej. Mówimy o etnicznych Polakach, mężczyznach, klasie wyższej, całą resztę się wyklucza. Jeśli chodzi o ofiary cywilne – rzeź Woli, rzeź Ochoty – to mam wrażenie, że te tematy są już obecne, ale znów w sposób instrumentalny, w ramach międzynarodowej polityki pamięci o „biednych Polakach, ofiarach nazistów”.

Już od lat się zastanawiam, jak podjąć temat wojennej przemocy seksualnej. W trakcie rzezi Ochoty przez wiele dni trwały masowe gwałty na kobietach w każdym wieku. Na tablicach wokół dawnego Zieleniaka i Hali Banacha nie ma o tym ani słowa: wisi standardowa formuła „miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność Ojczyzny”.

Trzeba zadać pytanie: czy kobiety gwałcone, kaleczone bagnetami, palone żywcem, również walczyły za wolność ojczyzny? I jak to upamiętnić? Jeśli zrobimy to instrumentalnie, wymierzymy podwójny policzek ofiarom – wykorzystamy ich cierpienie na przykład w sporze o pamięć z Rosją. Gdy w Gdańsku student ASP [Jerzy Szumczyk – przyp. red.] zrobił [i nielegalnie wystawił – przyp. red.] rzeźbę kobiety gwałconej przez żołnierza sowieckiego, to większość reakcji dotyczyła resentymentu wobec Rosji właśnie.

Maciej Gdula: „To nie był mężczyzna, to był Rosjanin”.

Weronika Grzebalska: „To nie była kobieta, tylko symbol polskiej ziemi”. A przecież rzeźba miała tytuł Komm, Frau. Nie poddano tego doświadczenia refleksji. Nie było też gotowości do mówienia o zbrodniach seksualnych dokonywanych przez naszych żołnierzy czy współobywateli. Nie wiem, jak to upamiętniać – na pewno, jak mówiłeś, nie ludzikiem z brązu, tylko czymś niefiguratywnym, abstrakcyjnym.

Piotr Paziński: Z Zieleniakiem i z Wolą jest wielki problem. Dzisiaj powstanie warszawskie najbardziej kontestują środowiska narodowców z Rafałem Ziemkiewiczem na czele. Dla nich byłby to świetny argument: z winy nieodpowiedzialnych sanacyjnych środowisk AK-owskich zginęli cywile. Ale z drugiej strony, ponieważ rzeź Woli da się podciągnąć pod polską martyrologię i niemal przyrównać do Zagłady, trudno zrezygnować z takiego argumentu na rzecz przypisania winy samym Polakom. Stąd brak wystarczającego upamiętnienia. Ze względu na liczbę ofiar moim zdaniem wydarzenia te są ważniejsze od walk, podobnie jak wielka akcja likwidacyjna getta jest ważniejsza niż powstanie w getcie.

Maciej Gdula: Jak można upamiętnić klasy ludowe, jeśli czyn zbrojny to nie jest najważniejsza rzecz, którą chcemy podkreślić? Pytam nie tylko o robotników, ale też drobnomieszczaństwo.

Weronika Grzebalska: Proponujesz zupełnie inny sposób myślenia o historii. Nie popularną optykę militarno-polityczną – której uczymy się w szkołach i która jest sposobem naszego myślenia o przeszłości. Zamiast tego wnosisz postulat historii społecznej. Teraz na gorąco myślę o upamiętnianiu budowniczych znanych zabytków – wieszaniu tablic wymieniających majstrów, robotników itd. Żeby było wiadomo, że nie wszyscy mieszkaliśmy na Wawelu: przecież ktoś go musiał zbudować. A nasze myślenie genealogiczne często to pomija.

Piotr Paziński: Tę pamięć materialną można podtrzymywać, inaczej traktując ochronę zabytków, inaczej rozdzielając pieniądze. Ale siłą rzeczy pałace są cenniejsze niż hale fabryczne albo familoki. Gdybyśmy mieli do wyboru ratowanie katedry lub domów robotniczych, wybór jest jasny, choć statystycznie nieuprawomocniony.

Jest to zapis debaty, która odbyła się 3 grudnia w Krytyce Politycznej.

Opracowanie i redakcja Aleksandra Paszkowska

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Wspieramy środowisko naturalne i prawa zwierzątCHCĘ POMÓC!