Kraj

Graff, Hryciuk, Korolczuk, Szelewa: Z nienawiści do matek

W mediach wyraźnie widać dyscyplinowanie matek do „właściwego” wychowywania dzieci.

Ze współautorkami książek „Niebezpieczne związki. Macierzyństwo, ojcostwo i polityka i „Pożegnanie z Matką Polką, Renatą Hryciuk, Elżbietą Korolczuk i Dorotą Szelewą, rozmawia Agnieszka Graff.

***

Agnieszka Graff: Agnieszka Kublik, wstrząśnięta zobaczeniem brudnej pieluchy, napisała na ten temat pełen oburzenia felieton, wywołując lawinę kolejnych felietonów, często polemicznych. W zamieszczonym w „Wysokich Obcasach” świetnym tekście Wojciech Orliński wpisał ją w szerszy kontekst polskiej matrofobii. Orliński uważa, że zarówno kwestia „wózkowych” poruszona w felietonie prof. Zbigniewa Mikołejki, jak i felieton Kublik to symptomy drzemiącej w polskiej kulturze dopuszczalnej agresji wobec matek. Czy to trafna diagnoza?

Elżbieta Korolczuk: Nienawistne komentarze na forach internetowych występowały w ogromnej liczbie już nie pierwszy raz. Mamy do czynienia z kolejną falą niechęci skierowanej przeciw matkom, mimo że felieton, o którym mówimy, dotyczył w gruncie rzeczy rodziców. Zwracam uwagę na to, że z dyskusji o rodzicielstwie magicznie znikają ojcowie. W Polsce istnieje narracja kulturowa dająca matkom wyjątkowo mocną pozycję: ta, która rządzi łyżką, rządzi światem. Byłyśmy na debacie o ojcostwie i męskości w Agorze, gdzie w rozmowie pojawiła się figura „strasznej przedszkolanki”, ubierającej małych chłopców w rajstopki, co straszliwie straumatyzowało dyskutantów. Freudowsko kastrująca matka w polskim wydaniu grozi dzieciom chochlą i zabiera im wolność.

Do tego negatywnego wizerunku matki należałoby dodać wrażenia towarzyszące dyskusji o alimentacji. Ubogie kobiety walczyły o przywrócenie funduszu alimentacyjnego. Okazało się, że kwestia macierzyństwa ma wymiar klasowy. Podczas gdy kobiety z klasy średniej namawia się do rodzenia dzieci jako środka prewencyjnego przed bankructwem ZUS-u czy „zalewem islamu”, kobietom ubogim zarzuca się rozwiązłość. Mówi się, że to ich nieodpowiedzialność i ich problem, z którym państwo nie ma nic wspólnego, i za który podatnik nie powinien płacić.

Renata Hryciuk: Istnieje spora dowolność wzorców macierzyństwa czy rodzicielstwa, nie ma jednego dominującego.

Ale w mediach wyraźnie dostrzegam dyscyplinowanie matek do „właściwego” wychowywania dzieci, „właściwego” zachowania w przestrzeni publicznej. Nie mówi się o braku przewijaków, braku klubów dla matek, gdzie takie „wózkowe” mogłyby spędzić czas z dziećmi.

Zamiast tego wypomina się im pojedyncze zachowania – owszem, często naganne – które ja interpretowałabym jednak w kategoriach braku kultury osobistej albo odpowiedniej infrastruktury. Cynicznie dodam, że w medialnej niechęci do matek chodzi też o klikalność.

Agnieszka Graff: Warto zwrócić uwagę, że pielucha jest indywidualna, podobnie jak indywidualne są wózkowe (nawet występujące w hordzie). Wy próbujecie przełamać tę ramę dyskusji o macierzyństwie jako o problemie wyłącznie psychologicznym, ponieważ ma on wymiar ekonomiczny, społeczny, kulturowy, historyczny.

Dorota Szelewa: Może nam się wydawać, że taki stosunek do obecności dzieci w przestrzeni publicznej czy pogarda dla matek to specyficznie polskie zjawisko, a jednak stanowią one przejaw powszechnie rozgrywającego się w krajach rozwiniętych konfliktu osób bezdzietnych z osobami dzietnymi. W większości zachodnich krajów rywalizują one o przestrzeń publiczną. W Polsce mamy stosunkowo niewiele osób bezdzietnych; nie organizują się i nie mówią aż tak głośno o swoich potrzebach. Natomiast w przyszłości odsetek osób, które w ogóle nie zdecydują się na dzieci, wyniesie 25 proc. Powinniśmy już przemyśleć nowe zagospodarowanie przestrzeni publicznej, które wyjdzie przemianom naprzeciw. Dobry przykład stanowi Skandynawia: z jednej strony zadbano o szeroką dostępność przewijaków, z drugiej – o wagony w pociągach przeznaczone wyłącznie dla rodzin z dziećmi i wagony z wymogiem zachowania ciszy. Przestrzeń publiczna została tam lekko posegregowana, co przyczynia się do zmniejszenia napięć społecznych.

W Polsce pogarda i paternalizm wobec matek przejawia się właśnie w stosunku do kobiet biedniejszych. Kobiety zamożniejsze mogą pozwolić sobie na macierzyństwo. Mają większy wybór stylu życia: opieka nad dzieckiem w domu lub szybko podjęta aktywność zawodowa. Oczywiście obie te grupy się ocenia: pierwszą za „lenistwo”, drugą za odrzucenie życia z dzieckiem w jego odmienności. Kobiety biedniejsze są w najgorszej sytuacji. Przy takiej polityce państwa – która, owszem, pośrednio wpływa na ten dyskurs – nieoferującej wsparcia ani w postaci usług, ani w postaci świadczeń pieniężnych, są zmuszone szukać pomocy u rodziny (np. jeśli chcą kontynuować zatrudnienie) bądź przerwać pracę i skazać się na bardzo trudną sytuację materialną. Wobec tych faktów obwinianie kobiet uboższych za macierzyństwo jest niesprawiedliwe.

Agnieszka Graff: Polska mizoginia jest w dużej mierze matrofobią. Posługuje się opowieścią o kryzysie męskości spowodowanym dominacją matki. To nie bardzo oryginalne. Waszej tezie trudno przebić się do mediów głównego nurtu. Postulujecie całkowitą zmianę sposobu myślenia. Jaka to ma być zmiana? Co próbujecie zrobić Pożegnaniem z Matką Polką? i Niebezpiecznymi związkami?

Renata Hryciuk: Napisałam chyba najbardziej polityczny tekst w tej pierwszej książce, stanowiący pomost do Niebezpiecznych związków. Analizowałam ruch samotnych matek, pokazując, że wcale nie odwoływały się one ani bezpośrednio do swojego doświadczenia macierzyństwa, ani do wizerunku matki. To były kobiety biedne – współcześnie ich macierzyństwo nie ma legitymizacji w dyskursie i narracji kulturowej. W naszej pracy najpierw musiałyśmy rozprawić się z mitem Matki Polki. Została nam tylko kwestia polityczna – podjęłyśmy ją w nowej książce, interdyscyplinarnej, wykorzystującej narzędzia historii społecznej, socjologiczne, antropologiczne. Opublikowałyśmy teksty o PRL-u, migracji, polityce społecznej. W myśl metodologii badań feministycznych, zwłaszcza kwestii reprezentacji, dołączyłyśmy też trzy wywiady z liderkami różnych ruchów: Fundacji Rodzić po Ludzku, Fundacji MaMa oraz „alimenciar”, jak media nazwały działaczki ruchu zajmującego się alimentacją. Chciałyśmy dać głos osobom, które działały na rzecz zmiany społecznej. Obie książki – a szczególnie druga – stanowią pokłosie konferencji, którą zorganizowałyśmy dwa lata temu na Uniwersytecie Warszawskim przy wsparciu Fundacji Bölla. W badaniach genderowych warto zwrócić się w kierunku nauk społecznych. Polskiemu feminizmowi przydałoby się więcej debaty z użyciem twardych danych.

Elżbieta Korolczuk: Książką odpowiadamy na tendencję do kulturalizowania różnic ekonomicznych i strukturalnych.

W Polsce wszystko opowiada się na poziomie indywidualnym – nie mówi się o poziomie struktury i skutkach ekonomicznych.

Te dwa dyskursy: jeden ukazujący wyzwania stojące przed osobami pragnącymi mieć dzieci, drugi lamentujący, że Polki nie chcą zostawać matkami, odbywają się w zupełnie różnych rejestrach i dotykają zupełnie różnych kwestii. Wśród problemów osób chcących mieć dzieci wymieniamy np. trudności mieszkaniowe lub niestabilne dochody. Tymczasem o powodach powstrzymywania się Polek od macierzyństwa nawet profesorowie socjologii mówią: „nie znajdują dobrych partnerów”, „ludzie chcą wygodnie żyć”, „kultura hedonizmu”, której trzeba się oduczyć, żeby mieć dzieci… A doskonale znamy przecież wzorce i recepty: trzeba zainwestować w infrastrukturę opiekuńczą, włączyć państwo do tego procesu, zaktywizować mężczyzn. Ale te propozycje nie mogą się przebić, spotykają się z takimi argumentami, że nie należy mężczyzn zmuszać do dłuższych urlopów, nie mamy pieniędzy na infrastrukturę. Panika demograficzna ma zadziałać jak narzędzie dyscyplinujące, ale nie idą za nią konkretne zmiany.

Badałyśmy również ruchy rodzicielskie. W Polsce, która wciąż narzeka na brak społeczeństwa obywatelskiego, istnieją duże, widoczne i skuteczne ruchy rodzicielskie. Nie zajmuje się nimi prawie nikt z moich koleżanek i kolegów interesujących się ruchami społecznymi. Najwyraźniej uznają, że rodzicielstwo to sprawa prywatna, a członkowie ruchów są często konserwatywni, więc nie pasują do naszego wymarzonego progresywnego społeczeństwa obywatelskiego.

Poruszyłyśmy również kwestię „wojny kulturowej”. To nie przypadek, że wojna wokół gender skupia się na figurze dziecka i zagrożonej rodziny. Gender kojarzy się z pigułką „dzień po”, edukacją seksualną, edukacją równościową, rodzinami jednopłciowymi. Cały ten zespół zjawisk ma rzekomo zniszczyć cywilizację przez zniszczenie rodziny. Spory o gender, o przewijanie w miejscach publicznych, o opiekę, są zasadnicze dla naszej debaty na temat życia społecznego i politycznego oraz konstrukcji obywatelstwa. Piszę o tym w kontekście zapłodnienia in vitro.

Dla mnie debata o in vitro dotyczy przede wszystkim tego, jak sobie wyobrażamy demokrację i obywatela. Czy zarodek to już obywatel albo obywatelka, na straży prawa którego będzie stało państwo, ponieważ zarodki to grupa mniejszościowa?

Czy będzie to kobieta, rodzina, para? Jakiego typu prawa może zabezpieczać państwo? Gdzie jest granica pomiędzy prywatnym a publicznym?

Agnieszka Graff: Wasza pierwsza książka nauczyła mnie wykraczać poza myślenie indywidualistyczne. Zobaczyłam w macierzyństwie ten punkt, w którym feminizm musi zderzyć się z faktem, że ludzie nie zawsze są autonomiczni, a zatem autonomia to niejedyna sprawa dla feminizmu. Koniecznie trzeba lewicę nakłonić do podjęcia tematu rodziny, zanim doszczętnie zawłaszczy go prawica – może zresztą już się to stało. Dla mnie ważny jest tekst Doroty Szelewy. Twierdzisz w nim z pewnym zdziwieniem, że w Polsce nie było ani lewicowej lewicy, ani chadecji. Lewica zawsze uprawiała neoliberalną politykę społeczną i zajmowała się zamykaniem żłobków, przedszkoli i rozmontowywaniem systemu opiekuńczego – to już wiemy. Ale ty widzisz pustkę także po tej drugiej stronie. Dominująca w polskiej sferze publicznej prawica nigdy nie zajęła się tą stroną swojej prawicowości, która zapewne zgadzałaby się ze społeczną nauką Kościoła, etosem chadeckim, czyli prorodzinnością rozumianą nie jako ideologia, tylko pewien zestaw projektów społecznych, proponowanych praw, myślenia o społeczeństwie w ogóle. Też odczuwam ten brak, dający co jakiś czas o sobie znać na przykład w postaci Teresy Kapeli. Dlaczego nie ma tłumu innych osób, takich jak ona, które by żądały porządnej polityki społecznej – prawicowej, ale jednocześnie służącej rodzinom? Czy mogłabyś opowiedzieć o swojej diagnozie?

Dorota Szelewa: Obrałam sobie dość prosty cel: zobaczyć, czy skład poszczególnych rządów wpływa na kształt polityki rodzinnej. W takiej analizie politologicznej, zachodniej, ale stosowanej teraz również do państw postkomunistycznych, mówi się o tym, że od partii chadeckich spodziewalibyśmy się rozwiniętych postulatów dotyczących konserwatywnej polityki rodzinnej, wyrażającej się w takich instrumentach, jak świadczenia, płacenie kobietom za opiekę na dziećmi w domu przez długi czas po narodzinach dziecka, finansowe wsparcie rodziny. Spodziewalibyśmy się, że taka partia nie tylko powstanie w Polsce po ’89 roku, ale też zdobędzie popularność, wejdzie w skład rządu, gdzie będzie wprowadzać w życie tego typu politykę. Tymczasem stało się inaczej. Aż do 1997 roku panował niezrozumiały dla mnie i dla wielu osób zajmujących się polityką społeczną i gospodarczą konsensus co do tego, że drastyczne wycofanie się państwa z polityki społecznej jest po prostu konieczne dla transformacji. Państwo rezygnowało ze wsparcia finansowego rodzin, zamykało żłobki i przedszkola w całej Polsce. Nie towarzyszył temu właściwie żaden protest społeczny. Kościół katolicki, obecny w debacie publicznej również w innych krajach, zazwyczaj wypowiada się na ten temat, promując tradycyjny model rodziny, aktywnie przy tym wspierany przez państwo. Jednak w Polsce Kościół w pierwszej połowie lat 90. nie kontestował sensu transformacji. Nie wystąpił w obronie „przegranych” transformacji, tak jak to robił w innych krajach. Nikt tego też nie zauważył: ani ruchy społeczne, ani ruch kobiece.

Jest kilka wytłumaczeń. Jedna z tez mówi, że intensywność i fundamentalność walki o prawa reprodukcyjne wyparła inne postulaty i inne formy organizowania się, na przykład na rzecz niezamykania żłobków. Myślę, że nikt nawet nie wiedział o zamykaniu tych placówek. Zmieniono ustawę o oświacie, wprowadzono przepis o decentralizacji i zaczęto zamykać przedszkola i żłobki.

Nazywam to familializmem prywatnym: sprywatyzowanie sfery opieki, z jednej strony przez neoliberalne przekonanie o tym, że zamiast państwa teraz rynek się nią zajmie, a z drugiej strony przez retradycjonalizację sfery publicznej, z której kobiety miały wrócić do domu.

W 1997 roku, kiedy rządy objęła koalicja AWS-UW, powstał urząd pełnomocnika ds. rodziny, pełniony przez Kazimierza Kaperę, i raport „Sytuacja polskich rodzin”, gdzie pierwszy raz została zdefiniowana polityka prorodzinna.

Agnieszka Graff: Przyklejałam wtedy z Kazimierą Szczuką na mieście nalepki z napisem „Kapera nam doskwiera”. Ale przyznam, że nie interesowała nas wtedy wcale polityka społeczna, tylko prawa reprodukcyjne i kwestie ideologiczne. W tekście pokazujesz za pomocą twardych danych, że w okresie transformacji nie było żadnej różnicy w zakresie polityki społecznej, a jedynie w ramach postulatów dotyczących tego, co w Polsce się nazywa ideologią, czyli praw reprodukcyjnych. Spór ideologiczno-dyscyplinujący trwał zamiast sporu ekonomiczno-społecznego, który odbywa się dopiero teraz, kiedy ludzie bez dostępu do żłobków i przedszkoli zmagają się ze swoim podwojonym kredytem frankowym.

Dorota Szelewa: W raporcie Kapery znajdują się odniesienia do społecznej nauki Kościoła. Za tym raportem poszły konkretne kroki, na przykład pierwsza próba wydłużenia urlopów macierzyńskich, co stało się albo w roku 1999 albo 2000. Dokładne dane są w moim tekście. Urlopy zostały ponownie skrócone przez kolejny rząd, już lewicowy. Konkretny projekt wydłużenia urlopów został dopiero podjęty przez PiS w 2005 roku. Od tej pory urlopy były stopniowo wydłużane; ten kierunek został też podchwycony przez rząd PO.

Agnieszka Graff: Jaka jest twoja interpretacja tego procesu, w którym zupełny brak namysłu nad opieką został zastąpiony kroczącym wydłużaniem urlopów macierzyńskich? Czy traktowanie tego jako pewnego ukłonu w stronę rodziców to przejaw naiwności? Czy mamy domagać się wydłużenia urlopów i niezbywalności urlopów ojcowskich, czy uznać całą sytuację za systematyczne konserwatywne wypychanie kobiet z rynku pracy?

Dorota Szelewa: Na podstawie politologicznego przeglądu reform polityki rodzinnej w Europie widać wyraźnie, że okno dla zmiany otwiera się tylko na chwilę i zazwyczaj to, co zostanie w tamtym momencie uchwalone, stawia duży opór dalszym reformom. Jeśli dziś przyjmiemy wydłużenie urlopu bez opcji dla ojców, to w przyszłości będzie ją bardzo trudno uzyskać. Każda próba wprowadzenia nowych elementów do systemu, na przykład wydzielenie dwóch miesięcy dla ojców, będzie traktowana jako zabieranie matkom. Boję się, że ten konserwatywny kierunek polityki się utrzyma. Trwają zaawansowane prace nad świadczeniem rodzicielskim dla wszystkich: dla bezrobotnych, dla osób z umowami cywilno-prawnymi… Bardzo ciekawe, że świadczenie przysługuje „osobie, która urodziła dziecko” – to dokładne sformułowanie. W uzasadnieniu ustawy pojawiają się raz frazy o „studentkach” czy „kobietach bezrobotnych”, raz „osoby” albo nawet „studenci” i „bezrobotni”. Prawodawcy sami nie wiedzą, do kogo adresować świadczenia. Chcą dowartościować macierzyństwo, tworząc ryzyko, że będzie to kolejny instrument kierujący opiekę wyraźnie tylko do matek.

Agnieszka Graff: W Polsce jest prężny ruch ojców, którzy uważają się za pokrzywdzonych przez sądy rodzinne, a swoją krzywdę uzasadniają narracją o zmowie bab. Istnieje tu konflikt, który choć szybko zostaje sprywatyzowany, to wywołuje dyskusje o prawie, opiece rozdzielnej i podobnych kwestiach. W Niebezpiecznych związkach diagnozujecie styczność rodzicielstwa z polityką jako punkt prowokujący do antypaństwowego buntu ludzi zazwyczaj politycznie niezaangażowanych, niegłosujących, nieposiadających sympatii politycznych. Jeden z tekstów w waszej książce ku mojej satysfakcji wychodził poza polski kontekst, omawiając ruchy rodzicielskie w Rosji. Ich retoryka przypomina wypowiedzi księdza Oko i bojowników przeciwko gender. Nietrudno stwierdzić, że Kościół katolicki i konserwatywne siły polityczne mobilizują rodziców do wprowadzania konserwatywnych zmian. Ale wy proponujecie tezę ciekawszą i bardziej ryzykowną: że istnieje inna struktura świata ruchów rodzicielskich niż tradycyjny podział na prawicę i lewicę.

Elżbieta Korolczuk: Różnorodność ruchów rodzicielskich przełamuje nasze myślenie w kategoriach prawica-lewica, konserwa-progresywizm. Powiedziałaś o grupie ojców stosującej bardziej radykalne metody, ale ruchy ojcowskie również odznaczają się dużym zróżnicowaniem wewnętrznym. Często rozmawiając z przedstawicielami tych ruchów, wczuwałam się w ich sytuację. Podczas gdy modele ojcostwa ulegają przemianom, praktyki sądownicze nie zmieniają się wcale. Najbardziej sfrustrowani są chyba ci ojcowie, którzy zaangażowali się w opiekę nad swoimi dziećmi – próbując realizować nowy wzorzec – a znalazłszy się w sądzie, orientują się, że nie mają żadnych praw. Rozumiem ich odczucia, bo w tej sytuacji dokonali najpierw jakiegoś wysiłku transgresji, a później zostali za to ukarani. Tylko że tym osobom – i innym członkom społeczeństwa – trudno zauważyć powiązanie pomiędzy wprowadzeniem dłuższych urlopów ojcowskich, sytuacją w której mężczyźni powinni bardziej się zaangażować w codzienną opiekę nad dziećmi, a efektem w postaci większej szansy na posiadanie opieki nad dziećmi po rozwodzie. Z kolei ruchy rodzicielskie, o których wspomniałaś, przywołując przykład Rosji, występują również na Ukrainie, w Gruzji, na Słowacji, a także w krajach zachodnich. Warto tu wspomnieć Manif pour Tous, francuskie protesty przeciwko prawu zezwalającemu na adopcję dzieci przez pary homoseksualne. Wszystkie te grupy identyfikują się jako grupy rodziców – rodziców, którzy sprzeciwiają się pewnemu typowi modernizacji.

Agnieszka Graff: Czy ci rodzice naprawdę się boją, że ich dziecko zostanie porwane przez „dżendera”? Czy zwyczajnie robią konserwatywną politykę posługując się figurą zagrożonego dziecka, bardzo skuteczną w mobilizowaniu gniewu i legitymizowaniu przemocy?

Elżbieta Korolczuk: I jedno, i drugie. Na przykład w Rosji z jednej strony występują organizacje wspierane przez elity polityczne i ekonomiczne. Mer Petersburga finansuje Sanctity of Motherhood, ogromną inicjatywę dotyczącą macierzyństwa. Z drugiej strony, działają lokalne, oddolne ruchy, tworzone przez rodziców, którzy nie chcą, żeby ich dzieci przychodziły ze szkoły z prezerwatywami. Organizują się pocztą pantoflową i przez internet, a ich działalność ma charakter antyestablishmentowy i antypaństwowy. Jednak swoje żądanie kierują do państwa. Jedni mówią: państwo powinno przestać ingerować w rodzinę, ponieważ obecnie rozbija ją przez łatwe rozwody i alimentację. Drudzy proponują jeszcze większą ingerencję państwa, nakłaniając do karania matek niewprowadzających postanowień sądu o kontaktach ojca z dziećmi, nie tylko za pomocą grzywny, ale nawet więzienia. Podział na prawicę i lewicę, progresywność i konserwatywność jest tu bardzo płynny. Ruchy antyszczepionkowe nie ufają państwu, chcą by rodzina decydowała o zdrowiu dziecka – czyli lokowałyby się w pozycji konserwatywnej. Ale adresują też krytykę w stronę wielkich koncernów farmaceutycznych – która bardziej jest po drodze lewicy. Łatwe podziały polityczne należałoby porzucić, bo przysłaniają nam zróżnicowanie i wagę tych mobilizacji.

Renata Hryciuk: Pytałaś nas o główną tezę naszej książki. Chcemy zwrócić uwagę na opiekę.

Chcemy zdekonstruować macierzyństwo tak, by było postrzegane szerzej niż macierzyństwo biologiczne.

Ruchy ojcowskie – nawet ich radykalne nurty – posługują się kategorią opieki. Dziennikarze i dziennikarki uwiedzeni chwytliwym i inkluzywnym terminem zapraszają ojców do programu i dowiadują się, jak szczególnie rozumiane jest to słowo. „Opieka” oznacza dla nich kontrolę i władzę.

Agnieszka Graff: Mówicie, że ojcowie protestujący przeciw wyrokom sądów używają słowa „opieka”, bo jest nośne, ale mają na myśli władzę, którą w ciągu ostatnich 20 lat stracili. Nie wiem, czy wolno to powiedzieć feministce, ale wygląda na to, że z kolei matki wykorzystują zesencjonalizowaną i sfetyszyzowaną pozycję macierzyństwa do pognębić mężczyzn. Nieprawda, że obecnie ojcowie nie wiedzą, co robią, i powinni się zamiast tego zająć walką o urlopy. Faktycznie zdarzyło się coś niedobrego. Czekam na osławione statystyki, żeby wreszcie się dowiedzieć, ilu ojców w Polsce rzeczywiście chce tej opieki. Jeszcze nie wiadomo, o co chodzi w tym sporze, jaka jest stawka. Ruchy rodzicielskie stanowią symptom wielkiej zmiany społecznej, dotyczącej wzorców opieki, stosunku do państwa, sfery prywatnej i publicznej.

Co myślicie np. o ruchu Elbanowskich „Ratuj Maluchy”, zmierzającym do odroczenia obowiązku szkolnego? Niektóre media lekceważyły ich, uznając za rodzicielskie ramię PiS-u. Rozmawiałam z nimi, i ich oddziaływanie społeczne jednak mnie zaciekawiło.

Dorota Szelewa: Pierwszy raz zareagowałam na ich protesty zdziwieniem: jak to, przecież wszędzie na świecie reformuje się systemy edukacji, żeby dzieci szybciej zaczęły chodzić do szkoły, to świetnie wpływa na ich rozwój, lepiej się uczą, a społeczeństwo na tym zyskuje. Ale po chwili postarałam się wczuć w punkt widzenia tego ruchu. Pomyślałam, jak w społeczeństwie postsowieckim traktuje się ingerencję państwa. W pierwszym odruchu po upadku komunizmu rodzina wycofała się jak najdalej od państwa, i ta postawa wciąż jest obecna w ruchach rodzicielskich w Polsce. Wśród tych organizacji znalazły się również matki pierwszego kwartału lub rodzice dzieci niepełnosprawnych – w ich przypadkach rząd się ugiął. W przypadku Elbanowskich tak się nie stało. Co prawda opóźniono wprowadzenie wcześniejszej edukacji szkolnej, ale ostatecznie weszło to w życie. I pokazało innym ruchom rodzicielskim, że można się zmobilizować, przynajmniej ze względu na atrakcyjność medialną.

Renata Hryciuk: Komentując przypadek ruchów ojcowskich poszłabym jeszcze dalej – chodzi tu o kontrolę sytuacji. Mężczyźni z najbardziej radykalnych nurtów nie chcieli odpowiadać na moje pytanie o wyobrażenia działalności rodzicielskiej z chwilą uzyskania opieki nad dziećmi. Interesowało ich utrzymanie kontroli po nieudanym związku. Okazywali wiele emocji, przejawiali agresję – chyba w reakcji na bardzo trudną transformację wzorów męskości. W wywiadach z samotnymi matkami dowiedziałam się, że one nigdy nie zapomną nam Manif na temat aborcji, robionych rok po roku w czasie ich protestów. Nie zapomną, że ówczesna rzeczniczka ds. równego statusu kobiet i mężczyzn Magdalena Środa je zupełnie zlekceważyła. Ruch się teraz zdemobilizował, a wiele liderek pracuje w organizacjach kobiecych. W swoim działaniu te organizacje mają agendę zupełnie feministyczną, łącznie z edukacją seksualną, ale bez walki o prawa reprodukcyjne. Trudno z nimi budować sojusze, choć bardzo dużo robią dla kobiet. Żywią dla feminizmu niechęć nie dlatego, że się źle kojarzy. Uważają, że feminizm ignoruje macierzyństwo.

Elżbieta Korolczuk: Myśląc o projekcie wspólnotowym i roli feminizmu, oraz związanych z nim narracji dotyczących rodzicielstwa i macierzyństwa musimy być wobec siebie krytyczne. Powinnyśmy przyglądać się naszemu ładunkowi ideologicznemu z podobnym krytycyzmem, jaki stosujemy wobec innych. Należy rozumieć czyjeś postrzeganie świata i traktować je poważnie. Nie powinnyśmy zakładać, że ktoś jest odurzony np. ideologią kościoła katolickiego, tylko uznać jego widzenie świata za wpływające z doświadczeń, przemyśleń i przekonań, tak jak nasze.

Jest to skrócony zapis debaty „Niebezpieczne związki. Macierzyństwo, ojcostwo i polityka, która odbyła się 29 stycznia w redakcji Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.