Kraj

Goodbye, Chevron! [komentarze]

To był najdłużej trwający lokalny protest przeciwko odwiertom w poszukiwaniu gazu łupkowego na świecie.

W poniedziałek, 7 lipca 2014, o godzinie czwartej nad ranem pracownicy amerykańskiej firmy Chevron wyjechali ze wsi Żurawlów na Lubelszczyźnie. Po 400 dniach nieustającego protestu rolnikom, mieszkankom i aktywistom udało się powstrzymać prace nad wydobyciem gazu łupkowego. Wydarzenie to komentują Ewa Sufin-Jacquemart, Roman Kurkiewicz i Magdalena Krysińska-Kałużna.

***

Ewa Sufin-Jacquemart, prezeska Fundacji Strefa Zieleni: Najważniejsi byli ludzie!

To był najdłużej trwający lokalny protest przeciwko odwiertom w poszukiwaniu gazu łupkowego na świecie. Złożyło się na to wiele czynników. Po pierwsze zanim Chevron przyjechał do Żurawlowa, prowadził prace w Rogowie. Po badaniach sejsmicznych popękały tam ściany w kilku domach i wtedy stamtąd wyjechali. Jeszcze nie zaczęły się odwierty, a już coś się stało. Okazało się również, że samorząd jest zupełnie niepoinformowany. Nie wiedzieli nic o odwiertach, zagrożeniach, które te ze sobą niosą, nie potrafili odpowiedzieć mieszkańcom na żadne pytanie. Przez to wzrastała niechęć do odwiertów.

Najważniejsi jednak są ludzie, którzy rozpoczęli i prowadzili ten protest. Jest jeden duży rolnik – Wiesiek Gryn, który ze swoją rodziną uprawia 700 hektarów. Gdyby nie on, toby się wiele nie udało. Wiesiek udziela się w organizacjach rolniczych, ma autorytet. Co ciekawe, na samym początku nie był przeciwny odwiertom. Zmienił zdanie, podobnie jak inni rolnicy, dopiero po tym, co wydarzyło się w Rogowie. Dowiedzieli się też, że mają pod sobą ogromne zbiorniki wód podziemnych i jeśli jeden zostanie skażony, to dotknie to wszystkich. Stroną organizacyjną zajęli się w dużej mierze Basia Siegieńczuk i Andrzej Bąk – oni są z miasta, z Zamościa. Mieli wystarczający poziom wiedzy i doświadczenia, żeby się tego podjąć. Jest jeszcze bardzo mądry i wyważony sołtys, Emil Jabłoński. A po jakimś czasie zaczęli przyjeżdżać młodzi ludzie z całej polski. Chcieli pomagać.

Im bardziej sprawa Żurawlowa zaczęła roznosić się w świat, tym bardziej wszyscy mieli poczucie wielkiej odpowiedzialności. Przestało chodzić tylko o Żurawlów. Wyszła z tego taka historia o Dawidzie i Goliacie.

Mieliśmy przeświadczenie, że jeśli my się poddamy, to nikt inny już nie będzie nawet myślał o tym, żeby się organizować.

Istotną rolę w sukcesie mieszkańców Żurawlowa odegrał również sam Chevron. Koncern włożył ogromne pieniądze w kampanię wizerunkową. Opowiadali w spotach, jak dbają o środowisko, warunki pracy i kontakty z lokalnymi społecznościami. A rzeczywistość wszyscy znamy. Pozywali rolników za wzywanie innych do stawiania oporu. Ciągle toczy się osiem spraw w sądzie. Najbardziej absurdalne zarzuty padły pod adresem Andrzeja Gryna. W sądzie kilku policjantów zeznawało, że wtargnął na teren należący do Chevronu. Problem w tym, że sędzia zorientował się, że świadkowie widzieli go pierwszy raz na oczy dopiero na sali sądowej. Jeszcze gorsze rzeczy działy się w Rumunii, gdzie protesty były brutalnie tłumione, a mieszkańcom wsi utrudniano życie na każdym kroku. W Chevronie ktoś musiał się w końcu zorientować, że ten kontrast między kampanią wizerunkową a rzeczywistą praktyką jest dla nich szkodliwy.

Jestem w ciągłym kontakcie z ludźmi z Żurawlowa. Od zeszłego poniedziałku mamy nadzieję, że to wreszcie koniec. Chociaż samochody Chevronu wyjechały ze wsi w sposób co najmniej dziwny. Chyłkiem, o czwartej nad ranem. Przez to, że droga wyjazdowa była blokowana przez rolników, pracownicy korporacji musieli jechać pod oknami mieszkańców. Ci wyskoczyli w piżamach, żeby obfotografować tą tchórzliwą ucieczkę.

Nadzieja, że to jest koniec, nie bierze się znikąd. Miesiąc temu pracownicy Chevronu wyjechali z Ministrówki w gminie Miączyn. To niedaleko Żurawlowa. Zrobili odwierty do poboru wody, ale od razu po tym zabrali cały sprzęt. Zostawili puste ogrodzenie i nie zanosi się, żeby chcieli bronić tamtej studni. W tym samym czasie pakowali również swój sprzęt w Rumunii, w miejscowości Pungești. Tam protesty przebiegały znacznie brutalniej niż u nas, ale też udało im się pozbyć Chevronu.

Dużą siłą protestujących jest to, że nie działają w pojedynkę, tylko w sieci. Najbardziej aktywne komitety sprzeciwiające się odwiertom prowadzonym przez Chevron funkcjonują w pięciu krajach – Argentynie, Ekwadorze, Rumunii, Stanach Zjednoczonych i Nigerii.

21 maja w międzynarodowym dniu mobilizacji przeciwko Chevronowi, podpisaliśmy deklarację poszkodowanych przez tę firmę. Teraz są tam podpisy ponad 200 organizacji z całego świata. Mieszkańcy z Żurawlowa angażują się również w sieć ogólnopolską – Złupieni.pl. Działają wspólnie z ludźmi z Kaszub, Lubuskiego, Mazowsza. Organizują warsztaty i oczywiście współpracują z krajami europejskimi. Efektem tej współpracy jest między innymi list otwarty do Andersa Fogha Rasmussena, który zarzucał organizacjom ekologicznym, że działają z polecenia Rosji i tamtejszych potentatów gazowych.

Obecność Chevronu w Żurawlowie dobiegła końca, przynajmniej mamy taką nadzieję, ale pracownicy tej firmy nie wynieśli się jeszcze z Lubelszczyzny. Teraz możliwe, że odwierty prowadzone będą w gminie Susiec, na Roztoczu. Żurawlów ma wysłać otwarte zapytanie do PGNiG, czy zamierzają wiercić na Lubelszczyźnie, bo ich ustalenia z Chevronem są niejasne. Najpierw opowiadają, że mają tylko obowiązek udzielania sobie wyników badań, a kiedy pojawiają się trudniejsze pytania, zaczynają kluczyć.

Najbliższa przyszłość będzie skupiała się wokół Roztocza. Ale nie możemy zapomnieć o zwycięstwie w Żurawlowie. Nie byłoby go, gdyby nie niesamowita mobilizacja mieszkańców, międzynarodowa współpraca i nieustająca bezczelność Chevronu, która prowokowała wszystkich do działania.

***

Roman Kurkiewicz, dziennikarz, aktywista: Przenieśmy stolicę do Żurawlowa!

Fakt, że mała grupka osób, rolniczek, rolników, mieszkanek i mieszkańców niewielkiej wioski Żurawlów pod Zamościem, jest w stanie wygrać z globalnym gigantem, firmą Chevron, i przegnać go spod swoich domostw po 400-dniowym nieprzerwanym proteście i czujnej aktywności – przede wszystkim cieszy. Pokazuje, że nawet niewielka społeczność, która wykazała się nadzwyczajną, niespotykaną determinacją obywatelską, może wygrać w nierównej konfrontacji. To nie tylko symboliczna odsłona niekończącej się potyczki Dawida z Goliatem. Ta sytuacja pokazuje, że osamotnieni ze wszystkich stron: przez państwo, w tym policję i wojewodę, samorząd, media (mediom za daleko do Żurawlowa, poza tym podobnie jak władza są po uszy zakochane w łupkach, nie bardzo widząc, że bez wzajemności i ze szkodą dla żywych ludzi) – dzięki samym sobie, wierności przynależnym im prawom i z troski o coś więcej niż doraźne korzyści (a zaiste byli kuszeni…) – wytrwali i byli świadkami, jak pod osłoną nocy odjeżdżają z podkulonymi rurami wydechowymi ostatnie pojazdy Chevronu, firmy, która za swoje przewiny ścigana jest najwyższą w historii karą kilkudziesięciu miliardów dolarów. Wygrali ci bez pieniędzy, bez wsparcia (nie licząc grupek aktywistów i aktywistek, ekologów i Zielonych), ci zagonieni nowym prawem i snem o potędze gazowego bogactwa.

Jakie to zwycięstwo? I realne i symboliczne. I niestety jest to także zwycięstwo w bitwie, nie w wojnie, która toczy się na nierównych zasadach.

Po jednej stronie jest więc rząd (zmieniający bez publicznej debaty prawo górnicze i geologiczne zgodnie z interesem wielkich globalnych firm wydobywczych), w którym ministrem ochrony środowiska (wydawałoby się, że to naturalny sprzymierzeniec protestujących) zostaje wysoki rangą urzędnik Ministerstwa Gospodarki, by ułatwić łupkowe łupienie kraju. Po tej samej stronie światowe koncerny, a wśród nich spółki zależne od Gazpromu, który jest przecież wytłumaczeniem błyskawicznej ofensywy łupkowej, mającej dać niezależność od rosyjskiego gazu. A po drugiej – grupa ludzi, którzy zadają najprostsze pytania: co z wodą po zabiegu szczelinowania?, co z naszą ziemią?, co ze zniszczeniami, za które w myśl znowelizowanego prawa niszczący nie ponosi odpowiedzialności?, co z naszymi drogami nieprzystosowanymi do wjazdu ciężkiego sprzętu? Na te pytania nie usłyszeli odpowiedzi ani od państwa, ani od Chevronu, który przed nimi fizycznie uciekł, wsiadając do swoich samochodów. Żurawlów zyskał zainteresowanie i sympatię dziesiątków krajów i tamtejszych mediów. Najrzadziej interesowali się nim polscy dziennikarze.

Mimo wszystko należy się cieszyć, że dzięki uporowi jego mieszkańców, chłopskiemu i babskiemu, zaczęliśmy słyszeć głos wątpliwości wobec procedur i praw służących wielkim graczom na rynku wydobywczym, kosztem zwykłych mieszkańców. Ten i każdy kolejny rząd (w kwestii entuzjazmu łupkowego partie mainstreamu znowu niczym się między sobą nie różnią) będą musiały wreszcie zacząć odpowiadać na zadawane przez protestujących pytania i rozmawiać na ten temat.

Bo jak nie, to trzeba będzie wreszcie przenieść stolicę do Żurawlowa. Tam byliśmy świadkami dbania o przyszłość Rzeczypospolitej. I chwała wam za to, obrończynie i obrońcy Żurawlowa!

***

Magdalena Krysińska-Kałużna, etnolog: Żurawlow to nie Manhattan

Pluszowe tygrysy, 600 metrów chodnika dla pieszych, prezenty mikołajkowe dla przedszkolaków, komputery dla gimnazjalistów… Gdy czytałam o prezentach, jakie Chevron ofiarował mieszkańcom Żurawlowa, gdzie miały się odbywać poszukiwania gazu łupkowego, przypominałam sobie historię Huaorani z ekwadorskiej Amazonii.

Tam firmy naftowe kupowały niektórym Indianom silniki do łodzi albo piły spalinowe. Zakładały, że ci, którzy dostaną prezenty, przychylniej spojrzą na obecność korporacji na ich terenach, a podczas konsultacji wyrażą zgodę na prowadzenie odwiertów. Podczas ceremonii, która odbywała się na terenach Huaorani w 1993 roku, niedługo po tym jak Indianie zgodzili się na prowadzenie tam prac przez firmę Maxus, córka prezydenta Ekwadoru, Alicia Durán Ballén, zdjęła złote kolczyki i podała je jednej z kobiet Huaorani, mówiąc po angielsku do pozostałej części rządowej delegacji: „Czy waszym zdaniem to była dobra wymiana?”. Mark Wiznitzer, doradca polityczny z ambasady Stanów Zjednoczonych odpowiedział: „W ten sposób zdobyliśmy Manhattan”.

Półtora miesiąca temu do Żurawlowa przyjechało dwoje Argentyńczyków działających na rzecz poprawy warunków życia lokalnych społeczności i czystego środowiska w zamieszkałym przez Indian Mapucze regionie Neuquén. Wydobycie gazu z łupków przygotowywane jest tam na szeroką skalę. W trakcie rozmów z polskimi rolnikami doszli do wniosku, że sposoby działania koncernów wydobywczych w Argentynie i w Polsce są w zasadzie takie same.

Zarówno Ekwador, jak i Argentyna ratyfikowały 169. Konwencję Międzynarodowej Organizacji Pracy, która nakłada m.in. wymóg konsultowania z ludnością tubylczą poszukiwania i eksploatacji złóż kopalnych na zamieszkiwanych przez nią terenach. Podpisując umowy z firmami wydobywczymi, Huaorani nie wiedzieli, jakie będą ich skutki. W negocjacjach z tak silnymi podmiotami powinni byli otrzymać wsparcie rządu. Było to jednak niemożliwe, ponieważ rząd znajdował się w tych negocjacjach po przeciwnej stronie stołu. Nawet odpowiednie regulacje prawne, jeśli nie są wsparte działaniami rządu i organizacji pozarządowych, nie zadziałają w sytuacji, w której równowaga sił jest znacznie zachwiana.

 

Gdy rząd umywa ręce od kontrolowania działań korporacji, o to, by reguły gry były prawidłowe i były przestrzegane, muszą dbać sami obywatele.

A obywatele z Żurawlowa – w przeciwieństwie do Indian Huaorani – najwyraźniej znali historię zdobycia Manhattanu.

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.