Kraj

Gdula: Sztuka poruszania się w bagnie

Rozmowy, jakie odbyłem po 11 listopada, przekonały mnie, że rządzący mogą liczyć na wsparcie w dokręcaniu śruby.

Po ostatnim 11 listopada dość wyraźnie widać, że tkwimy w bagnie. Na razie wpadliśmy po pas, więc jest jeszcze szansa, że się wydobędziemy. Jeśli jednak robić będziemy gwałtowne ruchy, możemy sobie tylko zaszkodzić.

Marsz po raz kolejny był świadectwem siły środowisk narodowych i neofaszystowskich. Nawet jeśli ludzi było jakby trochę mniej, to na rondzie Dmowskiego i tak było tłoczno. W tłumie częściej niż w zeszłych latach widać było symbole rasistowskie i modę skinheadowską. Impreza straciła moc przyciągania nowych uczestników, ale stała się największym masowym zlotem skrajnej prawicy i wyrazem jej organizacyjnej sprawności.

Popołudnie i wieczór dnia niepodległości bezwzględnie należały do uczestników marszu. Przeszli główną ulicą i pokazali, że nie chodzi im jedynie o symboliczne zawłaszczenie przestrzeni. To, co im się w mieście nie podobało, podpalali, rozwalali i obrzucali kamieniami. Jeśli dojdą do władzy, nie będzie w Polsce miejsca dla „śmieciów, zboczeńców i ruskich”.

Działo się to przy zadziwiającej bierności policji, która wszędzie była przynajmniej o dziewięć minut za późno. Jednocześnie organizatorzy przekonywali w mediach, że ekscesy mają jedynie marginalny charakter, lub kłamali, że przemoc jest wynikiem lewicowej prowokacji. Słowa Artura Zawiszy na wieść o rozwiązaniu marszu – żaden świstek z ratusza nas nie zatrzyma – dobrze oddawały klimat wieczoru. Narodowcy wyznaczali reguły gry i od ich dobrej woli oraz politycznej kalkulacji zależał poziom destrukcji.

Trudno nie zareagować na tę sytuację oburzeniem. Dość naturalne jest oczekiwanie, żeby ktoś zrobił porządek.

Najlepiej, żeby usunął centralną narodową ustawkę 11 listopada z kalendarza świąt skrajnej prawicy.

Platforma jest gotowa. Po pierwsze, nie na darmo zmieniała w zeszłym roku przepisy o zgromadzeniach, żeby z nich teraz nie skorzystać. Organizatorzy mają być zatem pociągnięci do odpowiedzialności finansowej za zniszczenia. Poza tym przepisy znów wypadałoby znowelizować. Prezydent przypomina, że jest zwolennikiem zakazu zasłaniania twarzy przez demonstrantów. Rozwiązania podsuwają też politykom dziennikarze. Piotr Najsztub na przykład proponuje prewencyjnie zamykać chuliganów na komisariatach, aby przeczekiwali demonstracje za kratkami.

W tej atmosferze wyrok trzech miesięcy więzienia bez zawieszenia dla pijanego uczestnika marszu, który zbluzgał policjantów i pokazał im środkowy palec, może wydawać się dość umiarkowany. Na razie idą do więzienia za łamanie przepisów. A przecież w zasadzie powinni tam trafiać, żeby nie mieli szans ich złamać.

Rozmowy, jakie odbyłem po 11 listopada, przekonały mnie, że rządzący mogą liczyć na wsparcie w dokręcaniu śruby. Słyszałem, że chuliganów trzeba „wziąć za łeb”, „nie patyczkować się”, „wysłać na demonstrację do lasu” i „kazać im płacić”.

I to właśnie jest bagno, w którym tkwimy. Z jednej strony mamy silny ruch narodowy, który nie waha się sięgać po brutalne metody, żeby wejść do polityki i realizować swoje ideologiczne cele. Z drugiej mamy rząd, który promuje coraz bardziej represyjne i autorytarne rozwiązania. Gdzie się nie odwrócimy, tam brunatny bulgot.

W tej sytuacji przede wszystkim uniknąć należy pośpiesznego wyboru, które zło jest mniejsze.

Dla lewicy oczywistym mniejszym złem ma być rząd Tuska. Myśląc w taki sposób, oddajemy się jednak we władzę sytuacji, której dynamika polega na postępującej faszyzacji. Autorytaryzm odgórny uzasadnia swoje postępy skłonnością dołu do agresji. Oddolny konsoliduje się w sprzeciwie wobec rosnącego zamordyzmu. Jeśli ktoś mimo wszystko woli faszyzm w garniturze niż w glanach, powinien wziąć pod uwagę, że instytucje państwa przechodzą z rąk do rąk i nikt nie może zagwarantować, że garniturowcy zawsze będą u steru. Dzisiejsze zmiany mogą przygotować instrumenty dla tych, którzy dziś są jeszcze na ulicy.

Drugim zagrożeniem jest uznanie, że w obecnej sytuacji pozostaje nam tylko heroiczny pesymizm. Garniturowcy warci są łysogłowych, znajdujemy się na równi pochyłej, a jedyne, co możemy zrobić, to obserwować katastrofę i dawać świadectwo przywiązania do wolności. Konsekwencje takiej postawy różnią się od wspierania rządu w dokręcaniu śruby tylko subiektywnym poczuciem słuszności, ale oznaczają de facto zgodę na rozwój sytuacji.

Co zatem można robić?

Należy krytykować rząd za nieudolność w radzeniu sobie z nacjonalistycznym zagrożeniem w istniejących ramach instytucjonalnych. Jeśli ktoś, posiadając tak pokaźne instrumenty kar i środków prewencji, narzeka, że niewiele może zrobić, to znaczy, że albo jest nieudolny, albo chodzi mu o coś zupełnie innego niż ochrona demokracji.

Nie bez znaczenia są też argumenty, którymi posługują się ludzie sprawujący władzę. Jeśli używają monopolu na przemoc po to, żeby chronić wolność obywateli, to jest to zupełni inny cel niż wtedy, gdy obiecują porządek, bezpieczeństwo i walkę z chuligaństwem. Póki co mamy licytowanie się, kto zaprowadzi lepszy porządek. Nie wymagam od polityków PO, żeby stali się bojownikami o poszerzanie wolności. Wystarczy, że przypomną sobie liberalne minimum, które kiedyś było im bliskie.

Pamiętać też trzeba, że przemoc na ulicach Warszawy nie jest wyłącznie ekscesem narodowców i kibiców. Warunki dla niej w sferze publicznej od kilku lat przygotowują prawicowi publicyści. Rafał Ziemkiewicz, Łukasz Warzecha i inni nie marnują żadnej okazji, żeby przemoc eufemizować i osłaniać. Jeśli w głównym nurcie nacjonaliści nie mogliby liczyć na szerokie wsparcie, nie czuliby się tak bezkarnie na ulicach. Żarty ze spalonej tęczy to nie zabawne zwischenrufy, ale nawoływanie do wandalizmu. Mówienie, że awanturują się tylko nieliczni chuligani, to zachęta do politycznego wykorzystywania przemocy.

Wszystkie moje propozycje mogą wydawać się dziś dość zachowawcze i nieadekwatne do zagrożenia. Pamiętajmy jednak, gdzie tkwimy. Mniej może oznaczać więcej.

Czytaj także:

Ireneusz Krzemiński: Narodowcy nie rozliczyli się ze swojej historii

Bartłomiej Sienkiewicz: Nie żałuję mocnych słów

Cezary Michalski, Tęcza biało-czerwona

Ewa Łętowska, Nie trzeba zaostrzać prawa, tylko je egzekwować

Jacek Żakowski, Kryzysu społecznego cenzurą się nie rozwiąże

Kinga Dunin, Cały naród rujnuje swoją stolicę

Agnieszka Ziółkowska, Skłot to znaczy dom

Przychodnia i Syrena: Zostajemy tutaj, nie boimy się, będzie nas więcej!

Oświadczenie Kolektywu Syrena

Witold Mrozek, Żądam od mojego państwa

Maciej Gdula, Ta przemoc stała się częścią naszej politycznej rzeczywistości

“Duma, duma, narodowa duma”. Fotorelacja z Marszu Niepodległości

Bio

Maciej Gdula

| Socjolog, publicysta Krytyki Politycznej
Socjolog, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Badał i popularyzował m.in. teorię P. Bourdieu, N. Luhmanna i B. Latoura. Z Przemysławem Sadurą przeprowadził studia nad systemem klasowym, pokazując, jak zastosować można w Polsce teorię klas Pierre’a Bourdieu. Opublikował m.in.: "Trzy dyskursy miłosne" (2009), "Style życia i porządek klasowy w Polsce" (2012, wspólnie z P. Sadurą), "Oprogramowanie rzeczywistości społecznej" (2014, wspólnie z L.M. Nijakowskim) i "Uspołecznienie i kompozycja. Dwie tradycje myśli społecznej a współczesne teorie krytyczne" (2015).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.