Kraj

Gdula: Po referendum, przed wyborami

Partie polityczne zrobiły wiele, żeby referendum przejąć dla siebie i włączyć je w tryby rytualnego sporu.

Najprawdopodobniej zabrakło dwóch procent uprawnionych do głosowania, żeby referendum odwoławcze Hanny Gronkiewicz-Waltz było ważne. Pani prezydent zostaje w ratuszu, a zwolennikom jej odwołania pozostaje zastanowić się, jakie wnioski płyną z kampanii, i oczywiście rozdać sobie nagrody pocieszenia.

To referendum na pewno miało sens i przysłużyło się Warszawie. Owocem mobilizacji obywatelskiej stała się przemiana HGW z aroganckiej polityczki w osobę otwartą i wsłuchaną w głos obywateli. Dzięki referendum między innymi jeździmy wreszcie przez tunel Wisłostrady, mamy nowego dyrektora Biura Kultury i naczelnika Wydziału Estetyki i wciąż możemy pójść do Kulturalnej.

Niejednej i niejednemu z nas przeszła nawet przez głowę anarchistyczna myśl, że warunkiem dobrych rządów jest coroczne organizowanie referendum.

Partie polityczne zrobiły wiele, żeby referendum przejąć dla siebie i włączyć je w tryby rytualnego sporu. PiS zorganizował przestrzeloną kampanię o godzinie W, nawiązując jak zwykle do powstania warszawskiego. Tym zagraniem pokazał, że referendum to dla niego przede wszystkim okazja na  przypomnienie się swojemu twardemu elektoratowi. W psuciu lokalnej demokracji dno przebiło jednak PO. Najpierw premier butnie oznajmił, że i tak zostawi HGW w ratuszu jako komisarza. Gdy okazało się, że mogłoby to rodzić przykre konsekwencje prawne, zaczęła się akcja zniechęcania do referendum. Chęć zabrania głosu na temat prezydent Warszawy zrównana została z polityczną rozróbą i ekstremizmem. Tylko lata praktykowania cynizmu pozwolą wkrótce Donaldowi Tuskowi jak gdyby nigdy nic zachęcać ludzi do pójścia na wybory.

W tej sytuacji postawa wszystkich tych, którzy poszli do referendum, żeby sprzeciwić się odwołaniu HGW, zasługuje na najwyższy szacunek. Około 20 tys. ludzi nie dało się przekonać, że w politycznym interesie warto grać na łamanie reguł i zniechęcanie ludzi do demokracji. Nie obezwładnił ich polityczny leń, do którego apelowała Platforma. Stawili się w lokalach wyborczych chociaż szansa na wygraną wobec strategii Donalda Tuska była zerowa. Wybrali demokrację i w sensie etycznym są zwycięzcami.

Dzięki referendum mogliśmy także dowiedzieć się dużo o SLD. Jeśli ktoś miał jakieś rozterki, czy głosując na partię Leszka Millera nie wspiera przypadkiem PO, dziś nie ma już wątpliwości. Głos na SLD będzie głosem oddanym na Donalda Tuska. To w jego stronę kierują się tęskne spojrzenia polityków Sojuszy, którzy zrobią wszystko, żeby „nie dopuścić do władzy IV RP” i trochę porządzić jako nowy PSL.

Kampania ujawniła też jednak, że aktywni politycznie nie dzielą się wyłącznie wedle partyjnych tożsamości.

Najwięcej emocji budzili zwolennicy referendum, którym nie dało się przypiąć partyjnej łatki. Byli nazywani pożytecznymi idiotami, chłopami z nagonki i słoikami. Gdzie im do polityki, wracać do czworaków, Pcimów albo do szkoły!

Na szczęście chłopi z nagonki nie dali się zahukać starszym, bardzo racjonalnym panom. Pomimo przeważających sił przeciwników dzielnie walczyli o to, żeby ostatnie tygodnie nie zamieniły się w nudne odbijanie piłeczki. Chwała przede wszystkim inicjatywie Miasto Jest Nasze.

Ujawniony przez kampanię potencjał sprzeciwu wobec establishmentu – wśród głosujących 10% nie głosowało w poprzednich wyborach na żadną partię – można wykorzystać w przyszłości. Jeśli niezależny kandydat miałby występować w przyspieszonych wyborach, łatwo byłoby szantażować jego zwolenników i zwolenniczki koniecznością poparcia kogoś, kto zatrzyma PiS. W przyszłorocznych wyborach ten szantaż nie będzie już taki skuteczny, bo PO będzie przegrywała lub wygrywała na swoje własne konto. Kandydat spoza zgranego partyjnego zestawu będzie miał w takich warunkach szansę przyciągnięcia wyborców na nowy program dla Warszawy, a nie tylko na zebranie niezadowolonych.

Jeśli to się uda, warto było w niedzielę nie wygrywać.  

Czytaj też:

Krzysztof Cibor, Żądajmy niemożliwego!

Bio

Maciej Gdula

| Socjolog, publicysta Krytyki Politycznej
Socjolog, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Badał i popularyzował m.in. teorię P. Bourdieu, N. Luhmanna i B. Latoura. Z Przemysławem Sadurą przeprowadził studia nad systemem klasowym, pokazując, jak zastosować można w Polsce teorię klas Pierre’a Bourdieu. Opublikował m.in.: "Trzy dyskursy miłosne" (2009), "Style życia i porządek klasowy w Polsce" (2012, wspólnie z P. Sadurą), "Oprogramowanie rzeczywistości społecznej" (2014, wspólnie z L.M. Nijakowskim) i "Uspołecznienie i kompozycja. Dwie tradycje myśli społecznej a współczesne teorie krytyczne" (2015).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!