Kraj

Gdula: Jak obchodzić 11 listopada?

Żałobę odprawiamy wyłącznie po osobach, które padły w walce o Polskę i dają się wykorzystać w żałosnym wyścigu na najbardziej umęczony naród świata.

Już za kilka dni przez Warszawę przejdą marsze niepodległości. Biurokratyczno-optymistyczny poprowadzi prezydent Komorowski. Nadęto-zadymowy wyruszy z ronda patrona najprawdziwszych Polaków, czyli Romana Dmowskiego. Oba na różne sposoby będą starały się ukryć nieczyste sumienie, jakie wiąże się z odzyskaniem przez Polskę niepodległości w 1918 roku. II Rzeczpospolita powstała przecież na 8,5 milionach grobów ofiar I wojny światowej, a nas co roku zachęca się do dość bezmyślnego tańca radości.

W całkowitym polskim znieczuleniu na horror I wojny jest coś więcej niż prosty witalizm małego narodu, który cieszy się, że wyjątkowe okoliczności przywróciły mu autonomię. Ofiary trzeba wymazać, bo przypominają nieprzyjemną prawdę, że niepodległość trafiła nam się bez własnych specjalnych zasług. Przemilczanie gehenny ludzi, dzięki której powstała II RP, pozwala też podtrzymać mit wyjątkowego polskiego cierpienia: 123 lat niewoli i powstań narodowych. A przecież powstańcze klęski, które organizują nasze narodowe imaginarium, to igraszka w porównaniu z bezmiarem śmierci i zniszczenia, jakie przyniosły lata 1914-1918.

W powstaniu listopadowym zginęło około 15 tys. ludzi. Mniej więcej tyle ofiar przyniósł jeden atak gazowy 31 maja 1915 roku pod Bolinowem między Łodzią i Warszawą. Tak wyglądało pole bitwy widziane oczami rosyjskiej pielęgniarki, kiedy z tysięcy butli Niemcy wypuścili chlor gazowy: „Sofija wchodzi do jednego z okopów. Widzi ciała, mnóstwo ciał, niektóre w brązowych mundurach armii rosyjskiej, inne w szarych mundurach armii niemieckiej. Wcześniej też już widziała zwłoki, ale to jest coś nowego. Ci tutaj leżą mianowicie w pozycjach »tak powykrzywianych, wskazujących na olbrzymie męczarnie, zupełnie nienaturalnych, że aż trudno było odróżnić, gdzie kończy się jedno ciało, a zaczyna drugie«. Ten sam gaz bojowy, który odebrał życie żołnierzom rosyjskim, stał się później przekleństwem atakujących Niemców. Sofija i pozostali pielęgniarze szukają dalej. Kolejne ciała odnajdują w schronie, w rowach strzelniczych, dokąd pewnie uciekali w panice, ale gaz ich dogonił. Za ciężkim karabinem maszynowym pokrytym czerwonym kurzem znajdują skulonego pielęgniarza. Kiedy ktoś go dotyka, ciało upada na ziemię bez życia” (P. Englund, Piękno i smutek wojny, Znak 2011, s. 145).

Oczywiście, że na polskich ziemiach II wojna światowa odcisnęła znacznie głębsze piętno. II wojna jest jednak dużo wygodniejsza, bo ofiary łatwo wlicza się do narodowych rachunków cierpienia. Inaczej jest z Polakami w mundurach austriackich, rosyjskich i niemieckich, którzy ginęli od Tannenbergu do Gorlic. A było ich przecież aż 500 tysięcy. Ich pozostawienie na ziemi niczyjej świetnie uzmysławia zasady konstrukcji naszej pamięci narodowej. Żałobę odprawiamy wyłącznie po osobach, które padły w walce o Polskę i dają się wykorzystać w żałosnym wyścigu na najbardziej umęczony przez sąsiadów naród świata.

Bez zrobienia miejsca w naszej pamięci dla I wojny światowej trudno wyobrazić sobie podniesienie etycznej wrażliwości.

Skala masakry, jaką była ta wojna, sprawia, że na jej ofiary patrzy się dziś nie przez pryzmat narodowych krzywd, ale z perspektywy losu, jaki zgotować może destrukcyjne połączenie technologii i nacjonalizmu. Żołnierze nie umierali jako Anglicy, Austriacy czy Rosjanie, ale po prostu jako ludzie starci przez siły historii, nad którymi nie byli w stanie zapanować.

Dlatego chciałbym, żeby prezydent zamiast obnoszenia jakiegoś orła z czekolady wybrał się 11 listopada na cmentarz, gdzie spoczywają polegli z I wojny. Mógłby opowiedzieć o skomplikowanych relacjach między cierpieniem a radością i w zbiorowej wyobraźni zrobić miejsce dla ofiar z lat 1914-1918. W ten sposób narodowe święto stałoby się bardziej ludzkie.

Czytaj także:

Łukasz Dąbrowiecki, „Polacy, nic się nie stało!”, czyli świętowanie pustki

Bio

Maciej Gdula

| dr hab. nauk społecznych, publicysta Krytyki Politycznej
Socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: "Style życia i porządek klasowy w Polsce" (2012, wspólnie z P. Sadurą), "Oprogramowanie rzeczywistości społecznej" (2014, wspólnie z L.M. Nijakowskim) i "Uspołecznienie i kompozycja. Dwie tradycje myśli społecznej a współczesne teorie krytyczne" (2015), „Nowy autorytaryzm” (2018).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.